Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO

Na łące

Na łące

Na rudej łące, rudy lis

Za rudym raz motylem gonił

I potknął się, bo rudy rydz

Przed słońcem swoją rudość chronił

 

Pod kapeluszem rudym też

Na baczność stał na jednej nodze

I nagle: trzask, bo rudy zwierz

Omal stratował go, niebożę

 

Jednak uprzejmość w świecie dzikim

Nierzadko całkiem też się zdarza

Rudzielec błysnął śmiechem lisim

Rydz zaś się zwykle nie obraża

 

Toteż w najlepszej komitywie

Pogwarkę se ucięli długą

Rudy zaś motyl z nieba spłynął

I spijał nektar trąbką rudą.

s. R

 

W domu najlepiej…

Rozmaite tematy

Dodano:  14 września 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

W domu najlepiej…

Po wakacyjnych wyjazdach, po zwiedzaniu nowych miejsc, wielu z nas, gdy zasiada w wysłużonym fotelu, spogląda na półkę ze swoimi książkami, które cierpliwie na nas czekały, bierze do ręki dobrze znane przedmioty, krząta się po kuchni czy w majsterkowym zakątku, stwierdza: fajnie i ciekawie było, ale… w domu najlepiej.

Jednakże dom to nie tylko ta fizyczna budowla, czy kilkupokojowa przestrzeń. Domem możemy także nazwać nasze wnętrze, miejsce, gdzie nieustannie przebywamy, żyjemy. Rodzi się jednak pytanie, czy faktycznie przebywamy nieustannie u siebie, w głębi naszej istoty, serca i duszy. Tak wielu żyje jedynie na powierzchni, łapiąc motyle ulotnych zdarzeń, wyciągając nieustannie ręce do tego, co zewnętrzne, przemijające, nietrwałe. Co więcej, wielu nie jest w stanie funkcjonować bez nieustannego szumu radia, telewizji, muzyki. Wciąż musi coś brzmieć, powiedział mi niegdyś znajomy. Nie lubię ciszy…

A przecież jedynie w ciszy, jak w uspokojonej jeziornej wodzie, można zauważyć to, co jest głębiej, na dnie, co nas stanowi. Na dnie naszego serca, wiemy to doskonale, może być bardzo różnie. Przez przejrzysty błękit można ujrzeć pokój, harmonię, łagodność, miłość. Mogą się też jednak kotłować konflikty, niespójności, złość, gniew, żal, zadry czy zawiść. Na głębinach mogą być poblokowane przestrzenie, drzwi do szczelnie zamkniętych pomieszczeń, o których zawartości nawet sami nie mamy pojęcia.

Dobre kierownictwo duchowe jak i sprawny psycholog może pomóc dotrzeć do tych pogmatwanych przestrzeni, by ostatecznie zostały rozpoznane i uporządkowane. Gdy wewnętrzne pomieszczenia naszego serca są prześwietlone i przejrzyste, człowiek chętnie siada na progu własnego domu. Świadom, co jest za jego plecami ma kontakt z tym, co stanowi jego wewnętrzne bogactwo. Z progu własnego domu spotkanie z drugim człowiekiem ma szansę stać się głębokie i prawdziwe. W domu przecież najlepiej, nawet gdy wychodzi się na jego próg, by spotkać drugiego człowieka. Fundament uporządkowanego domu to jak ewangeliczna budowla na skale – oprze się wszelkim nawałnicom (Mt 7,25)

Jedynie żyjąc we własnym domu, tu i teraz, możemy doświadczyć Bożej łaski i prowadzenia. Choć minęło bardzo wiele lat, doskonale pamiętam wyrażenie o. Bronisława Mokrzyckiego, światłego duchowego mistrza, który interpretując Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego z Loyoli stwierdził: „Łaska jest związana z wydarzeniami a nie z wyobrażeniami”. Ta krótka fraza była zaopatrzona rysunkiem, na którym widać siedzącego spokojnie człowieka ogarniętego snopem światła płynącego z góry. Kontur drugiego człowieka, który wybiega do przodu, jest zanurzony w niepokojących ciemnościach.

Tak, Bóg przychodzi do nas dzisiaj, teraz, tutaj, gdzie jesteśmy. Będąc obecni i uważni, otwarci na Jego działanie, żyjemy w snopie Jego światła – natchnień, łaski, obecności i ochrony. Wybiegając do przodu, tworząc wyobrażenia przyszłości, wydajemy samych siebie na niepokój i wchodzimy w ciemność. A jak wiadomo, ciemność i niepokój to przestrzeń złego ducha, który potrafi tak podbić nurtujący nas temat, iż mamy wrażenie tonięcia w odmętach zamieszania. A przecież jesteśmy synami światła a nie ciemności – „Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności” (1Tes 5,5). Mamy to zagwarantowane niezmienną obietnicą Boga. Żyjmy więc nie na obrzeżach domu naszego serca, ale tu i teraz, w świetle rzucanym przez miłującego nas Boga. Dość ma dzień swojej troski. „Nie martwcie się więc o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie martwić się będzie” (Mt 6,34) Nie troszczcie się zbytnio – nadmiarowo i na wyrost, na zapas – podarowane nam jest „dzisiaj” do przeżycia w świetle Bożej obecności. Bo łaska związana jest z wydarzeniami naszego dziś, a nie z wyobrażeniami tego, co może przyjść jutro…

s. E.

Z wysoka wschodzące słońce…

Rozmaite tematy

Dodano:  11 sierpnia 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

Z wysoka wschodzące słońce…

Ten, kto spędził pełną bólu, bezsenną noc, wie, co to znaczy czekać na brzask dnia, pierwsze promienie słońca, nadzieję na ulgę po wycieńczającej nocy. Słońca, podobnie jak deszczu, wyczekuje też rolnik, który przeorał ziemię, zasiał ziarno, a teraz czeka i liczy na jego wzrost. A któż nie marzy o tym, by jego urlopowo-wakacyjny czas był pogodny i słoneczny? Czy to podczas górskich wspinaczek, gdzie promienie słońca splecione z powiewami wiatru łagodnie smagają ciało, czy nad jeziorami lub morzem. Tam słońce, po orzeźwiającej kąpieli, jest upragnione. Tańczy w rytm wiatru na wilgotnej skórze, osusza ją, pieści, rozgrzewa, odpręża…

Pomijając tutaj wielkie naukowe oraz medyczne odkrycia dotyczące znaczenia i konieczności działania słońca na żywe istoty, nie sposób nie przyznać, że to „ciało jaśniejące” uczynione czwartego dnia stworzenia, „by władało dniem” (Rdz 1, 14-18), a które Bóg uznał za dobre, jest dla nas niezwykle ważne i potrzebne. Co więcej, przez swoją potęgę i moc od zawsze poddawało się wielu porównaniom, budziło skojarzenia czy analogie – także religijne.

Komu z nas widok monstrancji, która swymi złocistymi promieniami otula i strzeże Ciało Pana, nie przypomina słońca? Promienne kształty płaskorzeźb można też odnaleźć na drzwiczkach licznych tabernakulów. Nic w tym dziwnego, jeśli uświadomimy sobie, jak często w Biblii i tradycji słońce było używane jako symbol samego Boga, Jezusa Chrystusa. Zaznaczmy jednak, że choć dla nas słońce to wręcz potęga, która rozprasza noc, przywraca barwy światu, nie pozwala bezkarnie wpatrywać się w siebie, to jest to ciągle jedynie blada i słaba analogia do mocy i potęgi samego Boga.

Spójrzmy zatem na kilka biblijnych fragmentów odwołujących się do obrazu słońca.

Psalm 104, który wyśpiewuję potęgę Boga szukając najtrafniejszych ku temu skojarzeń, mówi w pewnym miejscu: „O Boże mój, Panie, Ty jesteś bardzo wielki! Odziany we wspaniałość i majestat, światłem okryty jak płaszczem…” Światło i słońce, chce nam powiedzieć psalmista, to jedynie płaszcz, okrycie, dla nieskończonego Boga. O tym trzeba pamiętać, gdy czytamy kolejne teksty, choćby zapowiedź zawartą w ostatniej księdze Starego Testamentu, księdze proroka Malachiasza: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach (Ml 3,20). Tekst ten, stojący u progu Nowego Testamentu naturalnie kieruje nas ku Jezusowi, ku Jego wcieleniu, ku Jego przyjściu w ciele i zwycięskim powrocie po śmierci. A św. Jan w księdze Apokalipsy doda: „A Jego wygląd – jak słońce, kiedy jaśnieje w swej mocy” (Ap 1,16).

Podobnie próbuje swoje doświadczenie spod Damaszku opisać św. Paweł mówiąc, że ujrzał (Dz 26): „światło z nieba, jaśniejsze od słońca” a potem dodaje, że właśnie z tego światła odezwał się do niego sam Jezus.

Powiedziawszy to, chciałabym przywołać św. Jana od Krzyża, który w jednej ze swoich sentencji tak wyraził tę analogię: „Bóg, jak słońce, trwa nad nami, by się nam darować”. Bo słońce, idąc za kolejnym obrazem św. Jana, nie może zatrzymać się, gdy odsuniemy ciemne okiennice, ale przenika i wypełnia sobą całe pomieszczenie. Tak działa nasz Bóg, gdy się świadomie otworzymy i „wystawimy” na Jego obecność.

W 33 strofie Pieśni Duchowej ten sam św. Jan mówi o Bożym spojrzeniu porównując je właśnie do słońca i do jego działania.: „Boże spojrzenie sprawia w duszy cztery dobra: oczyszcza ją, upiększa, ubogaca i ją oświeca, zachowując się jak słońce, które swoimi promieniami osusza, rozgrzewa, upiększa i rozświetla wszystko” (Pieśń Duchowa, strofa 33,1)

Przejdźmy jeszcze do innego tekstu, doskonale znanego wszystkim osobom duchownym, które wypowiadają go każdego dnia w porannej jutrzni. Chodzi o kantyk Zachariasza, w którym ojciec Jana Chrzciciela powiedział o Jezusie: „Dzięki litości serdecznej Boga naszego (…) z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju”. (Łk 1, 78-79)

Jezus przez swoje wcielenie przypieczętowane zapisaną przez Ewangelistę Mateusza obietnicą, że będzie z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata (por. Mt 28,20) jest obecny wśród nas, by działać. „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam” (J 5,17) – wyznaje z kolei w Janowej Ewangelii.

Tak, Jezus działa nieustannie, niezmiennie, z miłością pochylając się nad każdym z nas. Do tej myśli może nas pobudzać także codzienny widok słońca, jego świetlistości, jego hojności – tak w jasne jak i w pochmurne dni. Sam Jezus przywołał ten obraz mówiąc, że „słońce Jego (Ojca) wschodzi nad złymi i nad dobrymi (Mt 5,45). Bardziej i pełniej niż słońce, sam Bóg trwa z otwartym Sercem i wylewającą się łaską nad każdym człowiekiem – byleby i ludzkie serce było otwarte…

Byleby…, bo przecież tak różnie bywa, o czym mówi kolejny biblijny fragment: „Wzeszło bowiem palące słońce i wysuszyło łąkę, kwiat jej opadł, a piękny jej wygląd zginął. Tak też bogaty przeminie w swoich poczynaniach” (Jk 1, 11). Słońce może wypalić, zniszczyć, wysuszyć roślinę, gdy nie jest ona głęboko zakorzeniona, gdy nie czerpie siły ze swego źródła.  Powiedział św. Augustyn: „Wiara jest źródłem modlitwy. Jeżeli źródło wyschnie, nie może płynąć potok modlitwy”. Uschnie w nas życie, aż po jego korzenie sięgające wieczności, jeśli wyschnie nasza łączność ze Bożym źródłem, wysuszy się nasza wiara i miłość. Wtedy to samo słońce, które przynosi rozkwit, może spalić pusty pęd…

Wróćmy na koniec do pozytywnego obrazu słońca zawartego w wyśpiewywanym w Noc Paschalną Orędziu Wielkanocnym (Exultet). Znajdujemy tam między innymi słowa wyraźnie ukazujące Jezusa na podobieństwo światła oświecającego mroki ludzkiej egzystencji:

„Raduj się, ziemio, opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa! Zdobny blaskiem takiej światłości, raduj się, Kościele święty, Matko nasza! Ta zaś świątynia niechaj zabrzmi potężnym śpiewem całego ludu”.

Wprost Słońcem – przewyższającym nieskończenie moc tego znanego nam ciała niebieskiego – zostaje nazwany Jezus na sam koniec orędzia:

Niech ta świeca płonie,

gdy wzejdzie słońce nie znające zachodu: Jezus Chrystus,

Twój Syn Zmartwychwstały,

który oświeca ludzkość swoim światłem

i z Tobą żyje i króluje na wieki wieków.

Amen.

s. E.

O powołaniu słów kilka…

Rozmaite tematy

Dodano:  30 czerwca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

O powołaniu słów kilka…

Różany ogród pani Marii został doszczętnie ogołocony. Moja sąsiadka ścięła wszystkie róże na wieść o tym, że wyjeżdżam z rodzinnego domu i wstępuję do Karmelu w odległej Gdyni. Z naręczem róż, w towarzystwie siostry i brata z dziewczyną, wyruszyłam w podróż. Co prawda, mój brat do końca nie wierzył, że moją miłością jest Jezus. Optował raczej za jakimś przystojnym marynarzem, który w Gdyni czeka na jego siostrę…

Tak, trudno uwierzyć, że Jezus może tak mocno zawrócić w głowie młodej dziewczynie, że przerywa studia, zostawia rodzinę i przyjaciół, rezygnuje z perspektyw, które roztacza życie i jest gotowa przekroczyć próg klauzury, ukryć się za kratami i murem Karmelu… Po co, a nade wszystko – dlaczego?! Tak pytali bliscy, rodzina, znajomi…

O miłości małżeńskiej pisałam w majowym numerze miesięcznika. Teraz spróbuję odsłonić coś z miłości Jezusa, która potrafi postawić świat na głowie!

Bo jak inaczej nazwać to, że dotychczasowe życiowe plany jawią się jak stare, niemodne już ubrania – nie pociągają, nie zachwycają, nie są atrakcyjne?

Jak wytłumaczyć, że powszechnie śpiewana pieśń: „Nie bój się nie lękaj się, Bóg sam wystarcza” – brzmi w sercu z taką siłą przekonania, wyłączności, smaku Boga, wobec którego wszystko inne staje się przaśne, blade, płytkie i nijakie?

Skąd się bierze to, że czas spędzony z przyjaciółmi, spotkania, imprezy, kawiarniane dyskusje, zabawowe pomysły już nie zachwycają i nie sycą, a chwila, która ma być spędzona nad Ewangelią zamienia się w godziny, po których nie wiadomo – gdzie byłam, co to było, co się działo, i dlaczego tak trudno wyjść z tej otwierającej się głębi pełnej smaku, słodyczy, bliskości, bezpieczeństwa, nasyconej Bożą miłością i obecnością?

Kto ma moc wlać w serce tak głębokie przekonanie, że praca ludzkiego umysłu i rąk ma tak ograniczony zakres – choć jest tyle ewangelizacyjnych i życiowych pomysłów na realizację dobrych, pożytecznych planów?  Większą siłę, moc i skuteczność ma oddanie siebie Bogu i modlitwa, która dotrze wszędzie, w każdy zakamarek świata i ludzkiego serca, by otworzyć dostęp dla łaski Bożego miłosierdzia.

Takiego postawienia na głowie ludzkiej logiki, takiej pewności, takich przekonań zakorzenionych na głębinach, które nie podlegają zmiennym nastrojom, nie wygasają wraz z emocjami czy mijającym czasem, nie wymyśli żaden, nawet najbardziej charyzmatyczny człowiek. Takich przekonań nie wyduma się też samemu, a jeśli nawet się je zbuduje ze słów i myśli, nie da się im takiej wagi, która sprawia, że można spokojnie w tę stronę przechylić i zawierzyć całe życie. I to nie jeden raz, nie na chwilę, na dzień, miesiąc czy rok, ale na zawsze.

Tego dokonać może jedynie Bóg!

Pamiętam doskonale miejsce i czas, gdy dotarły do mnie słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). Tak, powołanie, które stawia na głowie cały świat, wywraca dotychczasowe przekonania, odsłania absolutnie nowe i zachwycające smaki sycące ludzkie serce – to jest absolutnie i wyłącznie Boże działanie, które ma moc zmienić serce człowieka, jego myślenie, dać siłę działania zgodnie z rozpoznaną nową perspektywą. Co więcej, dać równocześnie doświadczenie wolności, pokoju, bezbrzeżnej miłości, dla której warto zostawić wszystko…

Na ostatnim, pożegnalnym spotkaniu w moim pokoju ze studencką bracią, po zwyczajnym zabawowym czasie z dobrym winem, Krzyś (obecnie profesor uniwersytecki) otworzył leżącą na stoliku książkę: „O naśladowaniu Chrystusa”. Padły słowa: „…chodzi o to, aby opuściwszy wszystko, opuścić samego siebie…” Pozostały w mojej pamięci do dziś.

Gdy młoda dziewczyna opuszcza rodzinę, bliskich, perspektywy rozwoju w świecie, miłości drugiego człowieka – wszyscy się dziwią, podziwiają wręcz, wyrażają zaskoczenie – jak można oddać życie w tak młodym wieku, gdy otwiera się tyle możliwości?  Mogę zaświadczyć: to, co pociąga, ma siłę tysięcy magnesów, zachwyca i w pełni nasyca, budzi radość zdążania ku pełni życia. Nie odczuwa się wówczas bólu straty, trudu opuszczenia – ono jest otulone łaską, wypełnione zachwytem nowego życia, które kiełkuje w głębi serca zalewając je słodyczą. Ból straty i lęku o dziecko odczuwają natomiast rodzice i bliscy.

Potem, gdy ludzie patrzą już spokojnie na osoby konsekrowane, czasem tak, jakby się takimi urodzili i było to dla nich jak najbardziej naturalne życie, oni rozpoczynają kolejny etap: „pozostawianie siebie”. Już nie ludzi i rzeczy, ale właśnie siebie w codziennej rezygnacji, umieraniu sobie, wyrzeczeniu się własnych wizji, punktów widzenia, własnej woli. W życiu trwa kolejny, intensywny etap dojrzewania do pełni, jaką się niegdyś, przed laty przeczuwało, zobaczyło w proroczym widzeniu na głębinach serca. Pozostawianie siebie – zapewniam, że to zadanie na całą resztę życia…

Swoje oddanie można zamienić na chłodną rutynę, sprowadzić do zewnętrznych tylko form, zasypać pyłem codzienności, jak pisałam w poprzednim numerze miesięcznika, o fiasku małżeńskiej miłości… Taka postawa to początek dramatu zmarnowanego życia, bo jak napisał niegdyś jeden z naszych ojców karmelitów: „Jeśli ktoś wkroczył na drogę taką jak nasza, to albo dojdzie do przemienienia na szczycie góry, albo umiera zasuszony w piasku pustyni: nie ma drogi pośredniej”.

Obyśmy mieli odwagę umierać dla siebie, by owocnie żyć dla Boga i braci… O to, proszę, módlcie się dla nas, osób konsekrowanych, oddanych Bogu na służbę.

s. E.

 

 

Niebieski Kardiolog

Poezje

O mój Ty Boże od serca

Pastylkę daj cierpliwości

Przytul łagodnie do Siebie

Ucałuj mocno, z czułością

 

O mój Ty Boże od serca

Ujmij me serce w swe dłonie

Niech z głazu ciałem się stanie

I znów miłością zapłonie

 

O mój Ty Boże od serca

Naucz mnie, proszę, kochania

Dodano: 17 czerwca 2026

Lub weź to chore, ubogie

A swoje serce daj w zamian

 

O mój Ty Boże od serca

Dla Ciebie me serce kołacze

Czasem uderzy radośnie

Częściej wraz z Tobą zapłacze

 

Niebieski mój Kardiologu

Co łatasz rany serdeczne

Jak pieczęć mnie złóż na swym boku

I przyszyj na wieki wieczne

s.R

Niech zakwitnie pustynia

Rozmaite tematy

Dodano:  30 maj 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

Niech zakwitnie pustynia

Miesiąc Maryi, kwitnących łąk i miłości, słowem – maj. O miłości spróbuję zatem napisać tym razem. Może nie o tej pierwszej, nieśmiałej i gorącej zarazem. Ciekawej i niepewnej, mocnej jak śmierć – w przekonaniu zakochanych, a częstokroć kruchej i łatwo gasnącej, jak znikająca pianka na gazowanym napoju. Szumu robi wiele, ale szybko znika. Znika i zakochanie, jeśli się nie zaangażuje, by przemienić się w miłość, której moc nie jest tak ulotna jak bąbelki gazowanej wody. Ta moc tkwi w głębi, zakorzeniona, z szeroko rozrośniętymi korzeniami. Ale bywa też inaczej z miłością… W czytanej przeze mnie książce Gianfranco Ravasiego: Wyrzeźbić duszę, mocno przykuły moją uwagę dwa fragmenty: pierwszy – przez lekką, prowokującą kpinę a kolejny – przez głębię przesłania. Ale może posłuchajmy razem:

W opowieści zaczerpniętej z książki Bruce’a Marshalla pada zdanie opisujące pasażerów jednego z przedziałów pociągu. Naprzeciw opata, z koszem pełnym warzyw na kolanach, siedzą mężczyzna i kobieta w średnim wieku: „byli tak obojętni wobec siebie, że można by pomyśleć, iż są małżeństwem”.

Pomijając, budzącą uśmiech charakterystyczną dla Marshalla uszczypliwość, słowa powyższe rodzą pytanie: Czy jest możliwe zachowanie świeżej i żywej miłości na całe życie…? Z pewnością ona się zmienia, jak zmieniają się barwy i wygląd tych samych drzew w zależności od pory dnia, a tym bardziej pory roku. Wiosenne liście różnią się od tych dojrzałych letnich, czy kolorowych, jesiennych. Jest też zimowy czas, gdy liściaste drzewa wyglądają jak martwe – czas cierpliwości i trwania, czas strzeżenia nadziei i życiodajnych soków w głęboko ukrytych korzeniach. Obraz drzewa wyraźnie podpowiada postawy cierpliwości, ufności, wytrwania, nadziei, które na jego wzór winien strzec w sobie człowiek, tak w sobie samym, jak i w relacjach: koleżeństwa, przyjaźni, miłości. O nich mówi kard. Ravasi na koniec swej refleksji, używając innego obrazu. Przestrzega, że miłość może zgasnąć niepostrzeżenie, bez wielkich kłótni czy głośnych zdrad, ale „jedynie dlatego, że pozwala się, aby dzień po dniu jedno ziarenko obojętności wpadało we wzajemną relację. Ziarenka stają się zrazu warstwą pyłu, potem tworzą gęstą pokrywę i wreszcie powstaje pustynia miłości”.

Obraz pozornie łagodny i delikatny, bezgłośny, jak przesypujące się ziarenka piasku w klepsydrze, ale przerażający zarazem, bo sugeruje, że miłość można stłumić jakby mimochodem, niepostrzeżenie, przez zwyczajny brak uwagi, letniość i obojętność. Podobnie więdnie kwiat, którego zapomniano podlewać, względem którego zaniechano troski, uwagi. Jest to prawdziwe tak w relacjach między ludźmi, jak i w relacji z Bogiem, która na tę nazwę zasługuje jedynie wtedy, gdy przeniknięta jest miłością. Ona również wymaga pielęgnacji, troski, zadbania. Nie chodzi jedynie o odmówione modlitwy, uczestnictwo w obrzędach, zachowanie zwyczajów danej wspólnoty: parafialnej czy zakonnej. To subtelna, osobista więź zrodzona z miłości i ciągle odnawiana. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że gdy zdaje się, iż ogień miłości gaśnie, trzeba wrzucić choćby małe drewienko, by go podtrzymać. Tą skromną szczapą może być choćby czułość, z jaką wypełniam zwykły, codzienny obowiązek, wewnętrzny uśmiech, gdy wymawiam imię Jezus, wdzięczność za każdą chwilę i każdy dar. Chodzi o wspólny dla kochających się i bardzo osobisty język miłości, którym się posługujemy, by ziarna obojętności nie zdławiły ognia, ale by pustynia zakwitła. (zob. Iz 35,1-2)

s. E.

 

 

 

Majowe

Z moich lektur

Dodano: 15 maj 2026

MAJOWE

Maj. Miesiąc Maryi, miesiąc litanii loretańskiej. Jakie jest właściwie znaczenie tej modlitwy? Myślę, że o. Adam Szustak OP w książce pt. „Miriam” podaje jej  piękną definicję:

„Samo słowo litania oznacza błaganie, wołanie, krzyk, czyli w różny sposób zintensyfikowaną prośbę o pomoc. Czy w różnych sytuacjach życia nie mamy czasem ochoty nieustannie wołać do Boga: Panie, pomóż mi! ? Takim wołaniem jest właśnie litania, nie jednorazową prośbą, ale intensywnym, powtarzającym się wołaniem, wręcz jękiem:  Przyjdź! Pomóż! Ratuj! I choć wielu wydaje się, że odmawianie litanii trąci myszką, to ten typ modlitwy jest niemalże wprost przekładaniem na życie słów Jezusa: Proście, a będzie wam dane (Mt7,7).

Litania loretańska jest też niezwykłą modlitwą, dlatego, że w dużej mierze została skonstruowana na Piśmie Świętym. Wielu chrześcijan postuluje dziś powrót do modlitwy słowem Bożym (i słusznie!), litania do Maryi jest właśnie jednym ze sposobów odkrywania Biblii. Wiele z wezwań Litanii loretańskiej to cytaty ze Starego (w większości) i Nowego Testamentu, a w związku z tym, że ta modlitwa jest tak silnie zakorzeniona w słowie Bożym, nie da się jej zrozumieć, jeżeli nie zna się Pisma Świętego. Wracać do Biblii i modlić się jej tekstami możemy więc poprzez świadomą modlitwę litanią do Maryi.

Litanijne powtarzanie różnych tytułów Maryi wcale nie jest – jak niektórzy złośliwie twierdzą – bezmyślnym klepaniem. Mam wrażenie, że tak o różańcu i litaniach mogą myśleć tylko ci, którzy nigdy nie kochali lub nie byli tak kimś zauroczeni, że świata poza nim nie widzieli. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć się chwilę zakochanym, którzy by wyrazić czułość wobec siebie wymyślają różne imiona i określenia. Stąd wzięły się te wszelkiego rodzaju skarbeczki, słoneczka, aniołki, diamenciki, myszki, misiaczki i wiele innych (…). Tym samym jest litania. Litania loretańska to więc czułe słówka i szepty, którymi wyraża się miłość do Maryi i opowiada o jej niezwykłościach.”

Dalej autor zachęca:

„Może warto nauczyć się tej litanii na pamięć, sam kiedyś się jej nauczyłem i do dziś odmawiam ją codziennie po skończeniu różańca. A może w ogóle warto stworzyć swoją osobistą litanię do Maryi? Pozwólmy sobie na własny język w rozmowie z Nią, bo Miriam jest najbardziej wyjątkową kobietą na świecie, dla której warto stracić głowę, czas i serce.”

Dla mnie osobiście ta modlitwa nie była nigdy prosta, ze względu na jej dość monotonny charakter, przy mojej żywej naturze😊. Jednak pewnej soboty dałam się zaskoczyć Oblubieńcowi. Podczas odmawiania litanii do Niepokalanego Serca Maryi, usłyszałam czuły głos Parakleta, objawiający pewną prawdę o mnie. Niepokalane Serce Maryi stało się miejscem naszego spotkania. To wydarzenie, wciąż żywe w mojej pamięci, pomaga mi budować relację z Maryją, moją Matką i Siostrą, a więc z nią i dla niej tracić głowę, czas i serce.

s. Miriam

 

Cieśla

Poezje

Cieśla

Ty, któryś życia prozy szarej

Ikoną piękna codziennego

O twarzy ogorzałej, starej

Mądrością świętą, przemodloną

O dłoniach dobrych, szorstkich, twardych

Zdrewniałych od ciesielskiej pracy

Sercu, jak Tora delikatnym

I oczach, które lśnią, jak gwiazdy

W kędziorach Twoja broda, głowa

Oczy brunatne, jak Twa ziemia

Ziemia świętego Jeszuruna

Ty, któryś jest, jak drżąca struna

Co w harfie Boga Najwyższego

Cierpliwie czeka, trwa i ufa

Czeka na dotyk Wszechmocnego

I słucha, tylko Jego słucha

By grać tę serca pieśń jedyną

Co stale brzmi w głębinach ducha:

Posłuchaj Święty Izraela

I Święty Izrael posłuchał

Dodano: 01 maja 2026

O niespokojnym sercu człowieka…

Rozmaite tematy

Dodano:  18 kwietnia 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

O niespokojnym sercu człowieka…

Szybko, by nie rzec, natychmiast, matka lub ojciec podbiegają do łóżeczka swojej pociechy, gdy tylko niemowlak poruszy się niespokojnie czy zagaworzy. Może mu niewygodnie, coś go uwiera, zmoczyło się albo jest po prostu głodne? Sprawdza się wszystkie ewentualności, by jak najszybciej zaradzić potrzebie, by uspokoić, ukoić dziecko. Ot, sielski obrazek, który w następstwie tych kilku słów bez trudu staje przed naszymi oczyma.

Nietrudno też przypomnieć sobie, czy to z własnego doświadczenia, czy też z obserwacji, jaką troską rodzice otaczają maluszki, swoje starsze dzieci czy dojrzewające nastolatki.

Dobrzy rodzice nie zapominają o należytej trosce, o zdrowym pokarmie, świeżym powietrzu, a w późniejszych latach o treningach, kursach, nauce rozmaitych umiejętności. O odpowiedniej odzieży, obuwiu, sprzęcie do realizacji pasji itp. Wyliczać by można długo te przejawy ogromnej rodzicielskiej troski i starania.

Gdy jednak mam okazje, choć ograniczone, spotkań z ludźmi, posłuchania ich życia, pooglądania ich świata, rodzi się we mnie wątpliwość. Widzę zadbane ciało, nakarmiony umysł, ale co z sercem, co z duszą dziecka…?

Przecież niespokojny bywa nie tylko niemowlak w zmoczonym beciku, ale takie jest serce każdego, nawet tego najmniejszego człowieka – ono chce więcej, jest stworzone ku temu, co przekracza otaczający nas, materialny jedynie świat. Ono jest otwarte na nieskończoność, prościej ją przyjmuje, głębiej, bezsłownie i bezpojęciowo doświadcza. Oczywiście, jeśli ma ku temu okazję, jeśli dana mu jest taka możliwość… Jeśli tak troskliwie, jak przy najmniejszej infekcji niesiemy je do Przychodni, równie skwapliwie przynosimy je do Kościoła, oswajamy z przestrzenią Bożego działania i obecności.

Tak, myślę też bardzo konkretnie o Chrzcie świętym, który jest bramą do Królestwa, obmyciem oraz realną i skuteczną osłoną od nachalnych działań złego ducha. Naznaczone krzyżem ciało dziecka staje się Bożą świątynią, domownikiem Boga, jego umiłowanym dzieckiem.

Chrzest małych dzieci pojawił się bardzo wcześnie w dziejach chrześcijaństwa. Niektórzy wnioskują, że już w pierwszym wieku, na co mamy potwierdzenia Ojców Kościoła. Przywołam choćby synod w Kartaginie (252 rok), podczas którego św. Cyprian potwierdzał panującą już praktykę, by nie odkładać chrztu niemowląt. A mówimy tu jeszcze o okresie sprzed Edyktu Mediolańskiego (313r.), który zakończył okres prześladowań, przez co powszechną stała się swoboda przyjmowania i praktykowania wiary, także chrztu już od czasu niemowlęctwa.

Bardziej boli, niż dziwi mnie fakt, że tak wiele młodych małżeństw przestaje chrzcić swoje dzieci. Rozumiem, że może to być akt uczciwości wobec braku własnej wiary. Bo jak wyznawać przy chrzcie dziecka wiarę, której się nie wyznaje w życiu, jak zapewniać, że wychowa się je w wierze, skoro tej wiary nie ma w domu, jak ochronić światło żyjącego Pana, które symbolizuje zapalona świeca chrzcielna, gdy w domu jest ciemność niewiary…? Ale skoro od najmłodszych lat daję dziecku wybór – wolisz soczek czy herbatę, zieloną czy niebieską kurtkę, chcesz uczyć się pływać czy tańczyć? – to dlaczego nie stosujemy tego sposobu postępowania także do spraw wiary? Ale by postawić przed dzieckiem, lub kiedyś przed młodym człowiekiem, taką możliwość wyboru, trzeba wiedzieć, że odróżnia ono smak soku od smaku herbaty, kolor zielony od niebieskiego, wie, co to jest pływanie, malowanie, a czym jest jazda konna. Innymi słowy, trzeba mu dać poznać Boga. Może nie potrafisz tego sam zrobić, bo przywiędło drzewo twojej wiary, straciło swą witalność. Możesz jednak, nawet nieochrzczone dziecko posłać na religię, na katechezę; pozwolić mu rozmawiać z ludźmi wiary (a nie zawsze tak jest…), uczciwie odpowiadać na jego pytania nie zbywając tych niewygodnych.

Niech się dowie, jakie rysują się przed nim drogi. Niech przeczuje, że nie jedynie mama i tata, ale jest Ktoś nieskończenie większy, Kto jest ostatecznym autorytetem miłującym na sposób mamy, taty i po tysiąckroć bardziej. Wtedy można mieć nadzieję, że dziecko, czy młody chłopak lub dziewczyna, faktycznie dokonają w którymś momencie życia wyboru między znanymi już sobie światopoglądami. I nie ma co się obawiać, że ta aptekarska wręcz dawka godzina katechezy w tygodniu przyćmi dziesiątki godzin innych przedmiotów, słów lektur, obrazów ukazujących się nieustannie na włączonym telefonie. Nie ma takiej obawy! Nadto Bóg nie pogwałca niczyjej wolności.

Warto przytoczyć tu – z przymrużeniem oka, ale także nutą powagi – pewną anegdotę:

„Kiedyś do rabina przyszedł młody żyd i powiedział:

– Rabbi, ja jestem ateista

– No dobrze – rzekł rebe – a Torę ty przeczytałeś?

– A po co mnie czytać Torę, jak ja jestem ateista?

– A o Mojżeszu, prorokach o Dawidzie to ty coś wiesz?

– Nie rabbi, przecież ja jestem ateista…

– A Dziesięć przykazań ty znasz?

– Oj rabbi, nie znam tego wszystkiego, bo ja jestem ateista…

– To jak ty nie czytałeś Tory, jak ty nie wiesz nic o Mojżeszu, prorokach i Dawidzie, jak ty nie znasz tego wszystkiego, to ty jesteś zwyczajny nieuk, a nie ateista!”

Nie chcąc nikogo obrazić, rodzi się jednak we mnie pytanie, czy wielu z tych, którzy mienią się choćby agnostykami, wiedzą czemu i komu nie dowierzają…?

W tym kontekście jednak zastanawiać musi fakt, że coraz więcej ludzi już dorosłych prosi o chrzest. W 2025 roku we Francji chrzest przyjęło (głównie w Wigilię Paschalną) 10.384 dorosłych osób. Rekordowa liczba! Oni dotarli do bramy Kościoła, przeszli przez nią, mogą odetchnąć z ulgą – już nie muszą nieść sami własnego życia, bo zostali wprowadzeni w życie Trójcy Świętej, naznaczeni nieusuwalnym znamieniem, należą do Boga, który jak Ojciec, prowadzi ich pewnie. Jak wynika ze świadectw, wielu z tych dorosłych nim uspokoiło swe serce w Bogu, przeszło długą i bolesną drogę błędów, złych wyborów, cierpień i udręk. Można i tak, można dotrzeć do Boga prawie w ostatnich godzinach dnia, ale Ci, którzy Go wreszcie prawdziwie spotkają z bólem podobnym do tego, jaki wyrażał św. Augustyn, wołają:

„Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę; dotknąłeś, a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju…”

s. E.

 

 

 

Wielki Tydzień

Poezje

Dodano: 01 kwietnia 2026

WIELKI TYDZIEŃ

 

Takie te dni są ważne, święte

A ptaszek śpiewa, słońce świeci

Bóg się dziś trudzi nad zbawieniem

A obok śmiesznie śmieją się dzieci

Nie onieśmiela Bóg miłością

Skrytą w zieleni świeżej, młodej

Jak ona wiecznie takiej samej

I w swej wierności, zawsze nowej

s. R