Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO

Wielki Tydzień

Poezje

Dodano: 01 kwietnia 2026

WIELKI TYDZIEŃ

 

Takie te dni są ważne, święte

A ptaszek śpiewa, słońce świeci

Bóg się dziś trudzi nad zbawieniem

A obok śmiesznie śmieją się dzieci

Nie onieśmiela Bóg miłością

Skrytą w zieleni świeżej, młodej

Jak ona wiecznie takiej samej

I w swej wierności, zawsze nowej

s. R

 

Współcześni trędowaci

Rozmaite tematy

Dodano:  15 marca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

WSPÓŁCZEŚNI TRĘDOWACI

 

Zaangażowana i uwielbiana przez uczniów młoda nauczycielka, matka dwójki dzieci, Elena, pewnego ranka musi przejść przez wyludnione ulice i dotrzeć samotnie do przystani, skąd zostanie przewieziona na wyspę bez powrotu – na Spinalongę. Odprowadzany w tym samym kierunku jest też mały chłopiec, z przerażeniem i bólem na twarzy, zostawiający rodziców. To u niego wykryto pierwsze oznaki choroby, które – długo skrywane – stały się przyczyną zarażenia się nauczycielki. Wspólnie zatem wyruszają na wyspę śmierci, wyspę trędowatych, bez szansy powrotu i kontaktu z rodziną, która pozostaje w miasteczku z rozdartym sercem… To scena z książki Wyspa autorstwa Victorii Hislop.

A działo się to nie w odległych, biblijnych czasach, gdzie izolacja osób trędowatych była radykalna, o czym wspomina niejeden ewangeliczny opis. Opowieść o greckiej wyspie Spinalonga u wybrzeży Krety, to historia z pierwszej połowy dwudziestego wieku. I nawet później, gdy wynaleziono lek na trąd i przekonywano, że przestał on być już tak groźny i zaraźliwy, ostracyzm wobec osób naznaczonych śladami trądu pozostał. Taki sam, jak współcześnie często jest kierowany w stronę osób psychicznie chorych, których posługujący wykluczonym bracia z Bronxu nazywają „współczesnymi trędowatymi”…

Wszyscy znamy, choćby pobieżnie, anatomię człowieka i wiemy, że wystarczy mała dysfunkcja, by organizm wszedł w stan chorobowy. Jednym dokucza wątroba, innym serce, jeszcze innych boli głowa, stawy czy kręgosłup. Niektórych dopada nowotwór, który budzi strach, ale też rodzi głęboką wyrozumiałość, współczucie i gotowość pomocy. Współczujemy osobom, u których zostaje zaburzona praca hepatocytów, komórek wątroby lub choćby nefrony, podstawowe jednostki funkcjonalne nerek czy inne specyficzne komórki ciała. Ale czy podobnie ma się sprawa, gdy zmiany i zaburzenia dotyczą komórek nerwowych, czyli neuronów, a nasz system nerwowy przestaje być giętką, czułą sprężyną czy struną i przestaje odpowiadać adekwatnie na dochodzące doń impulsy? Czasem niewielkie zmiany zachodzące tak w strukturze mózgu jak i w jego chemii (np. zaburzenia na poziomie neurotransmiterów takich jak serotonina, dopamina czy noradrenalina) stają się przyczyną rozmaitych zaburzeń, dysfunkcji fizycznych i poznawczych, jak i poważnych chorób psychicznych.

Gdy się źle odżywiamy może nas dopaść anemia, gdy natomiast przeżywamy długotrwały stres, wewnętrzne konflikty lub doświadczamy głębokiej traumy dochodzi nie tyle do strukturalnego uszkodzenia mózgu i zniszczenia samych neuronów. Źródłem obciążeń i zaburzeń staje się dysregulacja połączeń synaptycznych, równowagi chemicznej, nadwrażliwości receptorów itp. A to sprawia, że choć „radio” naszej głowy ma wszystkie elementy, to gałka głośności jest rozregulowana, boleśnie zaburza i plącze odbiór dźwięków…

Ci, którzy ze względu na poważne zaburzenia nerwowe i  psychiczne nie radzą sobie z rzeczywistością, z życiem, z codziennością często trafiają do szpitali lub do ośrodków psychiatrycznych. Ale jest wielu takich, których zaburzenia czy choroby nie szkodzą innym, i które z trudem, ale radzą sobie z życiem i niosą ukryty ciężar choroby. Widoczne jej znaki potrafią jednak stygmatyzować i izolować, jak niegdyś trąd. Budzą niepewność, niechęć, niezrozumienie czy wręcz wstręt. Szczególnie wtedy, gdy choroba wprowadza w inny świat, naznacza fizyczność, mocno eksponuje inność.

Jeden ze wspomnianych braci z Bronxu – Brat Glen posługujący w najbardziej niebezpiecznej i opuszczonej części Nowego Jorku mówi wprost: „Dzisiejsi trędowaci to raczej osoby „szurnięte” z naszych społeczeństw, „stuknięci” czy upośledzeni umysłowo. (…) W USA chorzy psychicznie – z wyjątkiem najcięższych przypadków – nie są przetrzymywani w zakładach. Dzięki kuracji i opiece lekarskiej żyją „na wolności”. Faktycznie jednak wielu wegetuje w izolacji jak pariasi. Niektórzy pukają do naszych drzwi, by porozmawiać. Wszędzie, gdzie pójdą, są na listach oczekujących; ludzie odsuwają się od nich, kiedy monologują w metrze czy na ulicy… Te osoby mają ogromne potrzeby emocjonalne, ale nikt nie poświęca czasu na wysłuchiwanie tego, co mówią. Staramy się więc być nieco dyspozycyjni. Trzeba do nich wiele cierpliwości. Nie zawsze można dać im wszystko, czego chcą, ale przynajmniej odrobinę tego, czego potrzebują. Wysłuchanie, uśmiech, kawa…

Czy w tym kontekście nie warto zadać sobie pytania: dlaczego „wyżej cenione” jest cierpienie fizyczne niż psychiczne? Dlaczego to pierwsze łatwo znajduje nasze zrozumienie i współczucie, to drugie natomiast budzi w nas chęć ucieczki, odsunięcia się?

Oczywiście, ludzie psychicznie chorzy potrafią być nieobliczalni i trudni, natrętni i nieprzyjemni. Są też i tacy, którzy jedynie delikatnie odsłonią nam swoją kruchość…

Pamiętam kobietę, która przed laty podeszła do mnie przy sklepie w Szczecinie. Zauważyła mój różaniec na ręce i nieśmiało o niego poprosiła. Niegdyś nauczycielka, teraz z głęboką nerwicą i schizofrenią, została pozostawiona sama sobie, porzucona przez rodzinę, przez własne dzieci. Była tak delikatna, dyskretna i… tak bardzo obolała. Cóż mogłam zrobić więcej oprócz ofiarowania jest trzymanego na nadgarstku różańca…? Na długo pozostała w mojej pamięci i modlitwie. Ale czy modliłam się tak, jak brat Glen…?

„Kiedy wieczorem panuje względny spokój, w przerwie między dwoma dzwonkami telefonu, Gleen tak się modli: Panie, dziękuję Ci za łaskę, że mogę Ci służyć i Ciebie dotykać w Twoich ubogich, w tych wszystkich, którzy są nieprzyjemni, przychodzą nie w porę, nie podziękują, śmierdzą. Bez nich byłbym wydany na pastwę samego siebie i swojego egoizmu. Wiem też, Panie, że ja sam jestem trędowaty i że muszę pokochać tę chorą część samego siebie, bo Ty kochasz ją nieskończenie. Dziękuję za tych ubogich, którzy mi otworzą bramy Nieba”.

Cóż więcej dodać? Ci współcześni trędowaci mogą nam pomóc, mogą wyzwolić nas od samych siebie i choć odrobinę uwolnić od naszego egoizmu. A kiedyś może właśnie oni rozpoznają w nas tych, którzy przed nimi nie uciekli, nie strząsnęli ich z siebie, nie odsunęli się, nie zlekceważyli, nie wzgardzili, ale uszanowali, podeszli, podali dłoń, podarowali uśmiech, czy jakąkolwiek pomoc. I wtedy powiedzą: Jezu, to są owce! Białe owce! Na prawo je postaw!

A Zbawiciel tak się wtedy odezwie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem psychicznie chory, a przyjęliście Mnie i uszanowali.”

Natomiast ci z lewej strony usłyszą takie słowa:

Byłem chory psychicznie, a wyście się Mnie bali i unikaliście Mnie, i w ten sposób pogrążaliście Mnie w jeszcze większej izolacji i samotności. W waszych rozmowach ze Mną czułem drwinę i lekceważenie, co utrudniało Mi wiarę w moją ludzką godność. Uważaliście, że nie zasługuję na szacunek ani na zwyczajną ludzką dobroć, i w ten sposób kazaliście Mi się czuć kawałkiem ludzkiego złomu, a nie człowiekiem” (o. Jacek Salij).

Nasz czas, to ciągle czas wyboru i decyzji – miłości lub obojętności.

s. E.

 

 

Uśpiony świat spoczywa jeszcze

Poezje

Dodano: 09 marca 2026

 

Uśpiony świat spoczywa jeszcze

Wiatr resztki drzemki z drzew otrząsa

Ziemia pęcznieje świeżym deszczem

Pośród obłoków słońce pląsa

 

Błękitna cisza drży rozdarta

Jak mieczem brzmień kaskadą ostrą

Jak hejnał życiu, co uparte

Wraca pełną nadziei wiosną

s. R

 

 

O pokój wołam…

Rozmaite tematy

Dodano:  15 stycznia 2025

 

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

Niech pokój będzie z wami wszystkimi, najdrożsi bracia i siostry” – to pierwsze słowa jakie wypowiedział Robert Prevost już jako papież Leona XIV z loggi Bazyliki św. Piotra, tuż po wyborze, 8 maja 2025 roku.

Wspólne życzenie pokoju warto też powtórzyć u początku nowego roku, tym bardziej że właśnie 1 stycznia, uroczystość Bożej Rodzicielki, jest również Światowym Dniem Pokoju ogłoszonym lata temu przez papieża Pawła VI.

Samo słowo pokój, choć często obecne w ustach wielkich tego świata, niestety, jak stwierdził papież Leon, staje się czasem jedynie nic nieznaczącym sloganem. A przecież pokój to wielka wartość, pragnienie serca każdego człowieka.

U początku roku zatem, wobec tak wielu miejsc, gdzie trwają walki, rozruchy, gdzie toczy się regularna wojna, gdzie zwycięża przemoc, trzeba nam nie tylko życzyć sobie pokoju, ale pracować na jego rzecz, każdy na swoją miarę, zaczynając od własnej, osobistej, codziennej przestrzeni. Papież Leon 5 września minionego roku podkreślił:

„Musimy pielęgnować pokój w naszych sercach i w naszych relacjach, musimy pozwolić mu rozkwitnąć w naszych codziennych działaniach, pracować na rzecz pojednania w naszych domach, społecznościach, szkołach i miejscach pracy, w Kościele i między Kościołami”

„Nie bójcie się więc! – apelował na zakończenie swojego przemówienia Papież. – Siejcie ziarna pokoju wszędzie tam, gdzie kiełkują ziarna nienawiści i urazy. Bądźcie cierpliwymi budowniczymi jedności tam, gdzie panuje polaryzacja i wrogość. Bądźcie głosem tych, którzy nie mają głosu, wzywając do sprawiedliwości i poszanowania godności człowieka. Bądźcie światłem i solą tam, gdzie gaśnie płomień wiary i smak życia. Nie poddawajcie się, jeśli spotkacie tych, którzy was nie rozumieją. Jak mawiał św. Karol de Foucauld, Bóg wykorzystuje również przeciwne wiatry, aby doprowadzić nas do portu”.

Słowem, nasze noworoczne życzenia pokoju zamieniać się winny w codzienne działania na rzecz pokoju – w naszych sercach, relacjach, społecznościach. Do tych działań należy zaliczyć też bardzo skuteczny środek, jakim jest modlitwa, co również potwierdził w przywoływanym przemówieniu Papież: „Zachęcam do pielęgnowania modlitwy i życia duchowego, ponieważ to ono jest źródłem pokoju i umożliwia spotkanie różnych tradycji i kultur”.

W tym miejscu podzielę się moim doświadczeniem ostatnich miesięcy. Przed laty trafiła mi w ręce Koronka Pokoju – stara chorwacka modlitwa odkryta na nowo w Medjugorje. Odmówiłam ją wówczas raz czy drugi i… odłożyłam. Gdy natknęłam się na nią minionej jesieni, poczytałam trochę i odmówiłam ją – wówczas dotknęła mojego serca, przyszedł jej czas. Uważnie przyjrzałam się jej strukturze. Modlitwa najprostsza pod słońcem. Złożona z Wyznania Wiary, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu… czyli z biblijnych, podstawowych modlitw ludzi wierzących, znanych i często tak czy inaczej odmawianych. Ułożone w małą koronkę, którą po początkowym Wyznaniu Wiary tworzy 7 grup złożonych z Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu… oraz kończącego wezwania: Królowo Pokoju, módl się za nami. Trzy pierwsze trójki odmawia się w intencji zwycięstwa Maryi, trzy następne o pokonanie Szatana, siódmą za triumf Niepokalanego Serca Maryi. A wszystko w intencji pokoju. Przekonała mnie ta prosta modlitwa, pociągnęła, zatrzymała. Pomyślałam o rzeszach Wojowników Maryi, mężczyznach, którzy walczą na różańcu. A czy odmawiających tę trwającą jedynie kilka minut modlitwę osób nie można by nazwać… saperami? W ciszy i skupieniu, w obecności Maryi, docieramy do miejsc walki, by je rozbrajać, unieszkodliwiać wrogie plany, uciszać i łagodzić ludzkie serca. Saperzy Maryi – takie przyszło mi skojarzenie i wraca, gdy sięgam po tę drobną koronkę. Marzy mi się rzesza Bożych Saperów rozbrajających wpierw naznaczone agresją, złością, zawiścią i mściwością ludzkie serca, a potem wszystkie miejsca walki – by zamiast bomb rozbrzmiewał tam dźwięk dobra, pomocy, odgłos ulgi… Co więcej, gdy poświęcam te kilka minut na odmówienie koronki, niezauważenie i niespodziewanie doświadczam także w sobie łagodnego wyciszenia, smaku pokoju. Od kilku miesięcy odmawiam tę koronkę – o pokój dla świata i Polski ale, co więcej, ostatnio zaczęłam się uczyć robić takie koronki, by puszczać je w świat – takie malutkie gołąbki pokoju, drobne narzędzie dla Saperów Maryi.

Zapraszam i Ciebie do tego Bożego batalionu…

s. E.

 

Paczki, prezenty, paczuszki i kokardy…

Rozmaite tematy

Dodano:  15 grudnia 2025

 

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

Paczki, prezenty, paczuszki i kokardy…

Było to w Rzymie, wiele lat temu…. Wśród gości świętujących obłóczyny Lindy z Erytrei była też Kapitolina – Rwandyjka studiująca w Rzymie architekturę. Zdziwiło mnie, gdy w rozmównicy wręczyła pięknie zapakowany prezent wpierw mnie, będącej wówczas mistrzynią nowicjatu, a świeżo obłóczonej Lindzie jedynie mały drobiazg. Bo u nas, w Afryce, gdy rodzi się dziecko, prezent dostaje matka, która w trudzie nosiła je w swoim łonie dziewięć miesięcy, a potem w bólach rodziła. Dziecko dostaje symboliczny prezent, bo dopiero zaczyna wędrówkę życia – powiedziała mi Kapitolina.

Dla wielu Adwent, a szczególnie jego końcówka, mija na wymyślaniu, szukaniu, zamawianiu i pakowaniu prezentów dla bliskich. Idą w ruch nożyczki, wstążki, złote gwiazdki, kolorowy papier lub tematyczne torebki – kolorowe, pięknie ozdobione prezenty czekają na swój czas w wigilijny wieczór lub, według innej tradycji, w pierwszy dzień świąt. Ukryte pod choinką, obok kominka, lub w podobnym, nastrojowym miejscu.

Obdarowujemy się prezentami w dzień Bożego Narodzenia. Tak, w dzień narodzin Jezusa, w kolejną rocznicę Jego urodzin, bo to On jest tym największym darem i prezentem, jaki został nam ofiarowany przez samego Boga. Ten dar w cichości zachwytu, niedowierzania, wielkiej czułości i miłości przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem Maryja – prosta dziewczyna z Nazaretu, która została włączona w przerastającą jej zrozumienie historię: historię naszego zbawienia. Jak przejmujący musiał być ten czas dla Maryi i jak wymagający, gdy cezar August ogłosił spis ludności i trzeba było ruszyć w drogę. Jaką czułością musiało zostać ogarnięte jej serce, gdy w ubogiej grocie narodził się Jej Syn. Ale czy faktycznie tylko Jej, skoro „męża nie znała”, nie współżyła z mężczyzną, a w sercu nosiła te niesamowite słowa Anioła: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem (…) a Święte, które się  narodzi będzie nazwane Synem Bożym…” (Łk 1,35)

W kontekście powyższego akapitu może nie jest złym pomysłem skorzystać z mądrości ludzi Afryki, którzy przy narodzinach dziecka skupiają swoją uwagę na matce, ją obdarowują doceniając jej trud. W naszych prezentowych przygotowaniach, gdy myślimy o bliskich nam osobach, warto byłoby pomyśleć o Matce, o Maryi i o prezencie dla Niej… Oczywiście nie będzie to kartonik, w którym znajdzie się barwna apaszka, cieplutki sweterek, kosmetyczka z modnymi zapachami czy inne damskie drobiazgi… Co zatem? Czego może potrzebować Maryja, z czego się ucieszy? Będąc w niebie nie potrzebuje już niczego, ma wszystko, ale pozostając naszą Matką jest zatroskana o nas, szuka sposobów jak nam pomóc. Pomóżmy zatem Jej w tym pomaganiu…

Jak za dziecięcych lat dekorowaliśmy adwentowe pierniczki z naszą mamą, by mogła je ofiarować bliskim, tak teraz włóżmy w dłonie Maryi nie tyle słodkie ciasteczka, co twarde koraliki różańca, modlitwę, by razem z Nią przyjść z pomocą potrzebującym. Maryja zrodziła Jezusa, a teraz, w czasie, rodzi każdego z nas dla nieba. Niech w Jej dłoniach nie zabraknie naszych modlitw, przesuniętych różańcowych paciorków, dzięki którym może jeszcze owocniej wędrować po drogach świata niosąc pociechę, wsparcie, dobre natchnienia, ciche podpowiedzi, jak żyć, jakie decyzje podejmować, by rodził się w nas i wzrastał Jej Syn – by trwało w nas Boże Narodzenie.

s. E.

Tęsknota

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2025

Tęsknota

 

Jest tak, jak gdy lodowiec o upale marzy

Pustynia zaś spieczona o wodnistej toni

I kiedy ktoś stęskniony śni o drogiej twarzy

By dłoń swą ktoś położyć chciał na jego dłoni

 

Tak jest, jak gdy w ciemności marzymy o słońcu

By się z nasienia zrodził już dojrzały owoc

Aby się ugór zmienił nagle w gaj kwitnący

Co serce pięknem koi i nasyca oko

 

Jakże się trudno zgodzić na kropelkę małą

Miast źródła całego, co pcha strumień żywy

I na samotność ziarna, by w nocy umarło

I plon wydało kiedyś, skromny, lecz prawdziwy

s. R

 

Ucałujesz mnie kiedyś…

Rozmaite tematy

Dodano: 03.11.2025

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”

Ucałujesz mnie kiedyś…

Mi bacierai un giorno, o Dio, mi bacierai… – Ucałujesz mnie pewnego dnia, mój Boże, ucałujesz mnie… Tak zaczyna się wiersz włoskiego księdza, którego co prawda, nie miałam okazji poznać. Wiersz napisany na obrazku dla pewnej siostry, wpadł mi w ręce 30 lat temu i jego wspomnienie pozostało do dziś. Dokładnie pamiętam jedynie pierwszy i ostatni wers, ale cała reszta żyje we mnie mocno, tak mocno, jak mnie niegdyś dotknęła.
Wspomniany ksiądz przeszedł bardzo wiele w życiu. Zniesławiony, odrzucony, fałszywie oskarżony, zmiażdżony krytyką i drwinami, wreszcie dotknięty chorobą i bolesnym osamotnieniem. Ukochał krzyż, rozpoznał go w swoim życiu, przylgnął do niego. Tak myślę, gdy wspominam treść wiersza… Jego poetyckie wyznanie naznaczone jest żywym jeszcze bólem, ale też mocną wiarą i ufnością, gdy woła: wierzę, że ucałujesz mnie, gdy dusza pozostawiając to udręczone, obite i obolałe ciało, stanie przed Tobą, naga i bez osłon. Wierzę, że ucałujesz moje rany, zetrzesz każdą łzę i ból, otulisz mnie sobą…

Któż nie odnajdzie się w tym wołaniu, bo przecież, nie porównując skali cierpienia, ono nikogo w życiu nie omija.
Znamienna jest natomiast moc wiary i zaufania autora wiersza, która wydaje się wprost proporcjonalna do ciężaru udręk i cierpienia. Nie jest to letnie pragnienie czy nieśmiała nadzieja, ale mocna ufność i silna wiara, która staje się przekonaniem, pewnością. Przywodzi ona na myśl słowa psalmu 116: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana w krainie żyjących”. Inne tłumaczenie pomija słowo wierzę, by włożyć w usta psalmisty słowa naznaczone pewnością: „Będę chodził w obecności Pana w krainie żyjących”, czy wręcz zwyczajna oczywistość: „Mogę chodzić przed obliczem Jahwe w krainie żyjących”. Cierpienie przyjęte i pokornie przeżyte owocuje wzrostem wiary, która staje się pewnością, przekonaniem, jak pisze w swoim liście do Koryntian św. Paweł: „wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą…” (1Kor 4, 13-14)
Przejmujące jest zakończenie wiersza, w którym raz jeszcze widzimy głębię cierpiącego serca i zaskakującą poetykę. Autor wyznaje: A jeśli i Ty, u progu Twego domu, gdy skończy się moja pielgrzymka, staniesz po stronie moich prześladowców, jeśli i Ty podniesiesz swą dłoń, by wymierzyć mi karę za drobne, codzienne przewinienia życia – nie uniosę już tego. Piangero senza fine…Zacznę płakać i nie przestanę, płakać będę bez końca, a moje łzy staną się Twoim grobem, mój Boże!

s. Elżbieta

Miłemu miła

Poezje

Dodano: 15 października 2025

Miłemu miła

Tyś Jego płomieniem żywym miłości

– Jego odpocznieniem.

 

Godna Jezusa wierna przyjaciółko,

Jego Ducha mieszkanie,

w Ojcu skryta cała

 

Żywa księgo Bożych zmiłowań

 

Twego ducha żar tchnij na mnie

i w Sercu Boga ucz czytać

 

s. Beata

Jak smakuje karmel?

Rozmaite tematy

Dodano: 06.10.2025

Jak smakuje karmel?

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”

– „Potrzebuję numer telefonu: Gdynia Orłowo, Karmel”. Moja koleżanka przed wielu laty w tak lakoniczny sposób zwróciła się do informacji telefonicznej chcąc uzyskać numer telefonu do klasztoru, gdzie od roku przebywałam. Po chwili ciszy usłyszała w słuchawce niepewny szept skierowany do osoby obok: „Karmel… co to jest? Jakaś cukiernia?” Ewa wybuchła niepohamowanym śmiechem.

Ale w sumie skojarzenie nie jest złe, bo kto nie zna ciasteczek z karmelem, lodów o smaku słony karmel, czekolady karmelowej, nadzienia karmelowego w batonikach itp. Bo karmel to po prostu stopiony i trochę podpalony cukier. Jak podpowiada najprostszy przepis: „Do zimnego naczynia wsypujemy 100 g białego cukru i podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż kryształki zaczną się rozpuszczać i brązowieć. Cukru nie wolno mieszać, lecz trzeba uważać, aby się nie przypalił. Kiedy karmel nabierze bursztynowego odcienia, dodajemy 20 g masła…”. Cukierniczy karmel to słodkość spotęgowana pod wpływem gorąca, tak iż z białego koloru zmienia się w miodowy, bursztynowy – prawie taki jak kolor karmelitańskich habitów.

Bo faktycznie, jest w Karmelu (Zakonie biorącym początek na biblijnej górze Karmel, gdzie działał prorok Eliasz) brązowość habitu, jest słodycz, która przenika serce w codziennych spotkaniach z Bogiem, jest też tak zwielokrotniona słodycz, czyli taka bliskość Boga, że nasza natura odczuwa ją wręcz odwrotnie. Podobnie jak długie wpatrywanie się w słońce sprawia, że przestajemy widzieć, ogarnia nas ciemność, tak na bliskość Boga nasza natura reaguje zamieszaniem i zagubieniem, co mistycy Karmelu nazywają nocą i szczegółowo opisują w swoich dziełach.

Karmel z dużej litery, to Zakon, którego duchowe początki są związane z palestyńską górą w paśmie Synaju zamieszkiwaną przed wieki przez proroka Eliasza i jego uczniów. Tam potem, na Karmelu, osiedli chrześcijańscy mnisi nazywani po dziś dzień karmelitami. Stąd na określenie naszych klasztorów, tak męskich jak i żeńskich, używa się często skróconej nazwy: Karmel. I o tym Karmelu i jego smaku chciałam napisać słów kilka.
Inspiracją jest książka, która w tym miesiącu ukaże się na rynku wydawniczym: Smak Karmelu, dla ducha i dla ciała. Pomysł, który podjęłam, przyszedł z wydawnictwa fundacji Nasza Przyszłość. Bo jak wiadomo, wielu jest zainteresowanych tym, czym jest Karmel, jak smakuje. A „smakuje ciszą, milczeniem, pokojem. Ma powściągliwy smak prostoty, umiaru, radykalizmu, ma posmak ascezy, ubóstwa i umartwienia tego, co nadmiarowe, by dać miejsce Bogu. Bo Karmel nade wszystko smakuje Bogiem, Jego wszystko ogarniającą i przenikającą Obecnością. Smakuje Jezusem, Maryją i Józefem, jak Nazaret. A w Nazarecie, ramię w ramię z Maryją, szepcząc biblijne wersety, śpiewając urywki psalmów, zamiata się podłogi, rozwiesza pranie, sprząta i… gotuje”.

Więc o tych odcieniach klauzurowego życia karmelitanki jest wspomniana książka. Ale są one ściśle powiązane z kuchennymi tematami, jak na córki św. Teresy przystało – wielkiej Reformatorki Karmelu, mistrzyni życia duchowego i…konkretnej, realistycznej, naturalnej, stąpającej mocno po ziemi kobiety. Potrafiła ona ganić w swoich listach wielkich tego świata, zachwycając się równocześnie wodą pomarańczową i nie rozstawać się z kołowrotkiem nawet w rozmównicy oraz z ochotą krzątać w kuchni. Zalecała także swoim córkom, by ich ręce były zajęte prostą, zwyczajną pracą, by serce mogło być skoncentrowane na Bogu, czujne i otwarte na Jego Obecność, w nieustannym z Nim dialogu.

Wśród dokumentów z czasów życia Świętej mamy choćby świadectwo siostry Izabeli od św. Dominika: Pewnego razu zdarzyło się, że św. Matka Teresa doznała mistycznego „porwania”, gdy smażyła jajka, nie wypuszczając z ręki patelni, którą trzymała nad ogniem. Chciałam jej ją zabrać, ale nie mogłam, tak była zesztywniała. Musiałam odpuścić, by nie zrobić jej krzywdy, pomagając jedynie utrzymać jej patelnię. Bałam się, by nie wylała oleju, ponieważ poza olejem na patelni nie miałyśmy już go więcej w klasztorze.

Powiedzenie św. Teresy, że „Pan przechadza się między garnkami” możemy doskonale przypisać temu wydarzeniu, które dotyczyło jej samej. Tym razem Jezus przyszedł do niej z darem głębokiego, ekstatycznego zjednoczenia, gdy Teresa była zajęta czymś zgoła innym, prozaicznym, codziennym – szykowaniem smakowitej jajecznicy. Takie jest też doświadczenie wielu karmelitanek. Codzienna, mozolna modlitwa, która wydaje się czasem jałowa, pusta, bezowocna, niepostrzeżenie przemienia serca i zauważyć to można potem właśnie w prozie życia – radości z małych, codziennych zadań i spraw, gotowości, by pomóc, wyjść naprzeciw, wesprzeć innych, wzrastającej miłości do Tego, który choć ukryty, jest bardziej obecny niż wszystko inne wokół.
O codzienności karmelitanki bosej, ale i o wielkiej świętej Teresie, gruszkach św. Teresy z Lisieux, mocnym winie św. Jana od krzyża czy smakowitych omlecikach brata Wawrzyńca możecie przeczytać w samej książce eksperymentując przy tej okazji prawie setkę klasztornych przepisów spisanych ze starych zeszytów służących kolejnym pokoleniom karmelitanek. Dobrej lektury i smacznego!

s. Elżbieta

 

Boża Rodzicielka

Poezje

Dodano: 01 października 2025

Boża Rodzicielka

Boża Rodzicielka
to piękne imię
Bóg wybrał dla Ciebie
Jego łaska w nim płynie

Mały strumyk przyjął
zaproszenie do tego
by stać się oceanem
życia Bożego

Ta sama woda
w obu popłynęła
z jednego źródła
swoje życie wzięła

Przejrzystość Twoja
Boga zachwyciła
naturę ludzką
w Tobie odmieniła

Najmniejsza w sobie
czysta i cicha
jesteś bezkresem życia
co w Bogu rozkwita

Twoje ubóstwo
jest bogactwem Boga
a nasze w Tobie
bronią dla wroga

Ukrycie w Tobie
to droga ku temu
co z Boga wzięte
i z Ciebie zrodzonemu

s. Beata