Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO – Rozmaite tematy

O niespokojnym sercu człowieka…

Rozmaite tematy

Dodano:  18 kwietnia 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

O niespokojnym sercu człowieka…

Szybko, by nie rzec, natychmiast, matka lub ojciec podbiegają do łóżeczka swojej pociechy, gdy tylko niemowlak poruszy się niespokojnie czy zagaworzy. Może mu niewygodnie, coś go uwiera, zmoczyło się albo jest po prostu głodne? Sprawdza się wszystkie ewentualności, by jak najszybciej zaradzić potrzebie, by uspokoić, ukoić dziecko. Ot, sielski obrazek, który w następstwie tych kilku słów bez trudu staje przed naszymi oczyma.

Nietrudno też przypomnieć sobie, czy to z własnego doświadczenia, czy też z obserwacji, jaką troską rodzice otaczają maluszki, swoje starsze dzieci czy dojrzewające nastolatki.

Dobrzy rodzice nie zapominają o należytej trosce, o zdrowym pokarmie, świeżym powietrzu, a w późniejszych latach o treningach, kursach, nauce rozmaitych umiejętności. O odpowiedniej odzieży, obuwiu, sprzęcie do realizacji pasji itp. Wyliczać by można długo te przejawy ogromnej rodzicielskiej troski i starania.

Gdy jednak mam okazje, choć ograniczone, spotkań z ludźmi, posłuchania ich życia, pooglądania ich świata, rodzi się we mnie wątpliwość. Widzę zadbane ciało, nakarmiony umysł, ale co z sercem, co z duszą dziecka…?

Przecież niespokojny bywa nie tylko niemowlak w zmoczonym beciku, ale takie jest serce każdego, nawet tego najmniejszego człowieka – ono chce więcej, jest stworzone ku temu, co przekracza otaczający nas, materialny jedynie świat. Ono jest otwarte na nieskończoność, prościej ją przyjmuje, głębiej, bezsłownie i bezpojęciowo doświadcza. Oczywiście, jeśli ma ku temu okazję, jeśli dana mu jest taka możliwość… Jeśli tak troskliwie, jak przy najmniejszej infekcji niesiemy je do Przychodni, równie skwapliwie przynosimy je do Kościoła, oswajamy z przestrzenią Bożego działania i obecności.

Tak, myślę też bardzo konkretnie o Chrzcie świętym, który jest bramą do Królestwa, obmyciem oraz realną i skuteczną osłoną od nachalnych działań złego ducha. Naznaczone krzyżem ciało dziecka staje się Bożą świątynią, domownikiem Boga, jego umiłowanym dzieckiem.

Chrzest małych dzieci pojawił się bardzo wcześnie w dziejach chrześcijaństwa. Niektórzy wnioskują, że już w pierwszym wieku, na co mamy potwierdzenia Ojców Kościoła. Przywołam choćby synod w Kartaginie (252 rok), podczas którego św. Cyprian potwierdzał panującą już praktykę, by nie odkładać chrztu niemowląt. A mówimy tu jeszcze o okresie sprzed Edyktu Mediolańskiego (313r.), który zakończył okres prześladowań, przez co powszechną stała się swoboda przyjmowania i praktykowania wiary, także chrztu już od czasu niemowlęctwa.

Bardziej boli, niż dziwi mnie fakt, że tak wiele młodych małżeństw przestaje chrzcić swoje dzieci. Rozumiem, że może to być akt uczciwości wobec braku własnej wiary. Bo jak wyznawać przy chrzcie dziecka wiarę, której się nie wyznaje w życiu, jak zapewniać, że wychowa się je w wierze, skoro tej wiary nie ma w domu, jak ochronić światło żyjącego Pana, które symbolizuje zapalona świeca chrzcielna, gdy w domu jest ciemność niewiary…? Ale skoro od najmłodszych lat daję dziecku wybór – wolisz soczek czy herbatę, zieloną czy niebieską kurtkę, chcesz uczyć się pływać czy tańczyć? – to dlaczego nie stosujemy tego sposobu postępowania także do spraw wiary? Ale by postawić przed dzieckiem, lub kiedyś przed młodym człowiekiem, taką możliwość wyboru, trzeba wiedzieć, że odróżnia ono smak soku od smaku herbaty, kolor zielony od niebieskiego, wie, co to jest pływanie, malowanie, a czym jest jazda konna. Innymi słowy, trzeba mu dać poznać Boga. Może nie potrafisz tego sam zrobić, bo przywiędło drzewo twojej wiary, straciło swą witalność. Możesz jednak, nawet nieochrzczone dziecko posłać na religię, na katechezę; pozwolić mu rozmawiać z ludźmi wiary (a nie zawsze tak jest…), uczciwie odpowiadać na jego pytania nie zbywając tych niewygodnych.

Niech się dowie, jakie rysują się przed nim drogi. Niech przeczuje, że nie jedynie mama i tata, ale jest Ktoś nieskończenie większy, Kto jest ostatecznym autorytetem miłującym na sposób mamy, taty i po tysiąckroć bardziej. Wtedy można mieć nadzieję, że dziecko, czy młody chłopak lub dziewczyna, faktycznie dokonają w którymś momencie życia wyboru między znanymi już sobie światopoglądami. I nie ma co się obawiać, że ta aptekarska wręcz dawka godzina katechezy w tygodniu przyćmi dziesiątki godzin innych przedmiotów, słów lektur, obrazów ukazujących się nieustannie na włączonym telefonie. Nie ma takiej obawy! Nadto Bóg nie pogwałca niczyjej wolności.

Warto przytoczyć tu – z przymrużeniem oka, ale także nutą powagi – pewną anegdotę:

„Kiedyś do rabina przyszedł młody żyd i powiedział:

– Rabbi, ja jestem ateista

– No dobrze – rzekł rebe – a Torę ty przeczytałeś?

– A po co mnie czytać Torę, jak ja jestem ateista?

– A o Mojżeszu, prorokach o Dawidzie to ty coś wiesz?

– Nie rabbi, przecież ja jestem ateista…

– A Dziesięć przykazań ty znasz?

– Oj rabbi, nie znam tego wszystkiego, bo ja jestem ateista…

– To jak ty nie czytałeś Tory, jak ty nie wiesz nic o Mojżeszu, prorokach i Dawidzie, jak ty nie znasz tego wszystkiego, to ty jesteś zwyczajny nieuk, a nie ateista!”

Nie chcąc nikogo obrazić, rodzi się jednak we mnie pytanie, czy wielu z tych, którzy mienią się choćby agnostykami, wiedzą czemu i komu nie dowierzają…?

W tym kontekście jednak zastanawiać musi fakt, że coraz więcej ludzi już dorosłych prosi o chrzest. W 2025 roku we Francji chrzest przyjęło (głównie w Wigilię Paschalną) 10.384 dorosłych osób. Rekordowa liczba! Oni dotarli do bramy Kościoła, przeszli przez nią, mogą odetchnąć z ulgą – już nie muszą nieść sami własnego życia, bo zostali wprowadzeni w życie Trójcy Świętej, naznaczeni nieusuwalnym znamieniem, należą do Boga, który jak Ojciec, prowadzi ich pewnie. Jak wynika ze świadectw, wielu z tych dorosłych nim uspokoiło swe serce w Bogu, przeszło długą i bolesną drogę błędów, złych wyborów, cierpień i udręk. Można i tak, można dotrzeć do Boga prawie w ostatnich godzinach dnia, ale Ci, którzy Go wreszcie prawdziwie spotkają z bólem podobnym do tego, jaki wyrażał św. Augustyn, wołają:

„Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę; dotknąłeś, a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju…”

s. E.

 

 

 

Współcześni trędowaci

Rozmaite tematy

Dodano:  15 marca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

WSPÓŁCZEŚNI TRĘDOWACI

 

Zaangażowana i uwielbiana przez uczniów młoda nauczycielka, matka dwójki dzieci, Elena, pewnego ranka musi przejść przez wyludnione ulice i dotrzeć samotnie do przystani, skąd zostanie przewieziona na wyspę bez powrotu – na Spinalongę. Odprowadzany w tym samym kierunku jest też mały chłopiec, z przerażeniem i bólem na twarzy, zostawiający rodziców. To u niego wykryto pierwsze oznaki choroby, które – długo skrywane – stały się przyczyną zarażenia się nauczycielki. Wspólnie zatem wyruszają na wyspę śmierci, wyspę trędowatych, bez szansy powrotu i kontaktu z rodziną, która pozostaje w miasteczku z rozdartym sercem… To scena z książki Wyspa autorstwa Victorii Hislop.

A działo się to nie w odległych, biblijnych czasach, gdzie izolacja osób trędowatych była radykalna, o czym wspomina niejeden ewangeliczny opis. Opowieść o greckiej wyspie Spinalonga u wybrzeży Krety, to historia z pierwszej połowy dwudziestego wieku. I nawet później, gdy wynaleziono lek na trąd i przekonywano, że przestał on być już tak groźny i zaraźliwy, ostracyzm wobec osób naznaczonych śladami trądu pozostał. Taki sam, jak współcześnie często jest kierowany w stronę osób psychicznie chorych, których posługujący wykluczonym bracia z Bronxu nazywają „współczesnymi trędowatymi”…

Wszyscy znamy, choćby pobieżnie, anatomię człowieka i wiemy, że wystarczy mała dysfunkcja, by organizm wszedł w stan chorobowy. Jednym dokucza wątroba, innym serce, jeszcze innych boli głowa, stawy czy kręgosłup. Niektórych dopada nowotwór, który budzi strach, ale też rodzi głęboką wyrozumiałość, współczucie i gotowość pomocy. Współczujemy osobom, u których zostaje zaburzona praca hepatocytów, komórek wątroby lub choćby nefrony, podstawowe jednostki funkcjonalne nerek czy inne specyficzne komórki ciała. Ale czy podobnie ma się sprawa, gdy zmiany i zaburzenia dotyczą komórek nerwowych, czyli neuronów, a nasz system nerwowy przestaje być giętką, czułą sprężyną czy struną i przestaje odpowiadać adekwatnie na dochodzące doń impulsy? Czasem niewielkie zmiany zachodzące tak w strukturze mózgu jak i w jego chemii (np. zaburzenia na poziomie neurotransmiterów takich jak serotonina, dopamina czy noradrenalina) stają się przyczyną rozmaitych zaburzeń, dysfunkcji fizycznych i poznawczych, jak i poważnych chorób psychicznych.

Gdy się źle odżywiamy może nas dopaść anemia, gdy natomiast przeżywamy długotrwały stres, wewnętrzne konflikty lub doświadczamy głębokiej traumy dochodzi nie tyle do strukturalnego uszkodzenia mózgu i zniszczenia samych neuronów. Źródłem obciążeń i zaburzeń staje się dysregulacja połączeń synaptycznych, równowagi chemicznej, nadwrażliwości receptorów itp. A to sprawia, że choć „radio” naszej głowy ma wszystkie elementy, to gałka głośności jest rozregulowana, boleśnie zaburza i plącze odbiór dźwięków…

Ci, którzy ze względu na poważne zaburzenia nerwowe i  psychiczne nie radzą sobie z rzeczywistością, z życiem, z codziennością często trafiają do szpitali lub do ośrodków psychiatrycznych. Ale jest wielu takich, których zaburzenia czy choroby nie szkodzą innym, i które z trudem, ale radzą sobie z życiem i niosą ukryty ciężar choroby. Widoczne jej znaki potrafią jednak stygmatyzować i izolować, jak niegdyś trąd. Budzą niepewność, niechęć, niezrozumienie czy wręcz wstręt. Szczególnie wtedy, gdy choroba wprowadza w inny świat, naznacza fizyczność, mocno eksponuje inność.

Jeden ze wspomnianych braci z Bronxu – Brat Glen posługujący w najbardziej niebezpiecznej i opuszczonej części Nowego Jorku mówi wprost: „Dzisiejsi trędowaci to raczej osoby „szurnięte” z naszych społeczeństw, „stuknięci” czy upośledzeni umysłowo. (…) W USA chorzy psychicznie – z wyjątkiem najcięższych przypadków – nie są przetrzymywani w zakładach. Dzięki kuracji i opiece lekarskiej żyją „na wolności”. Faktycznie jednak wielu wegetuje w izolacji jak pariasi. Niektórzy pukają do naszych drzwi, by porozmawiać. Wszędzie, gdzie pójdą, są na listach oczekujących; ludzie odsuwają się od nich, kiedy monologują w metrze czy na ulicy… Te osoby mają ogromne potrzeby emocjonalne, ale nikt nie poświęca czasu na wysłuchiwanie tego, co mówią. Staramy się więc być nieco dyspozycyjni. Trzeba do nich wiele cierpliwości. Nie zawsze można dać im wszystko, czego chcą, ale przynajmniej odrobinę tego, czego potrzebują. Wysłuchanie, uśmiech, kawa…

Czy w tym kontekście nie warto zadać sobie pytania: dlaczego „wyżej cenione” jest cierpienie fizyczne niż psychiczne? Dlaczego to pierwsze łatwo znajduje nasze zrozumienie i współczucie, to drugie natomiast budzi w nas chęć ucieczki, odsunięcia się?

Oczywiście, ludzie psychicznie chorzy potrafią być nieobliczalni i trudni, natrętni i nieprzyjemni. Są też i tacy, którzy jedynie delikatnie odsłonią nam swoją kruchość…

Pamiętam kobietę, która przed laty podeszła do mnie przy sklepie w Szczecinie. Zauważyła mój różaniec na ręce i nieśmiało o niego poprosiła. Niegdyś nauczycielka, teraz z głęboką nerwicą i schizofrenią, została pozostawiona sama sobie, porzucona przez rodzinę, przez własne dzieci. Była tak delikatna, dyskretna i… tak bardzo obolała. Cóż mogłam zrobić więcej oprócz ofiarowania jest trzymanego na nadgarstku różańca…? Na długo pozostała w mojej pamięci i modlitwie. Ale czy modliłam się tak, jak brat Glen…?

„Kiedy wieczorem panuje względny spokój, w przerwie między dwoma dzwonkami telefonu, Gleen tak się modli: Panie, dziękuję Ci za łaskę, że mogę Ci służyć i Ciebie dotykać w Twoich ubogich, w tych wszystkich, którzy są nieprzyjemni, przychodzą nie w porę, nie podziękują, śmierdzą. Bez nich byłbym wydany na pastwę samego siebie i swojego egoizmu. Wiem też, Panie, że ja sam jestem trędowaty i że muszę pokochać tę chorą część samego siebie, bo Ty kochasz ją nieskończenie. Dziękuję za tych ubogich, którzy mi otworzą bramy Nieba”.

Cóż więcej dodać? Ci współcześni trędowaci mogą nam pomóc, mogą wyzwolić nas od samych siebie i choć odrobinę uwolnić od naszego egoizmu. A kiedyś może właśnie oni rozpoznają w nas tych, którzy przed nimi nie uciekli, nie strząsnęli ich z siebie, nie odsunęli się, nie zlekceważyli, nie wzgardzili, ale uszanowali, podeszli, podali dłoń, podarowali uśmiech, czy jakąkolwiek pomoc. I wtedy powiedzą: Jezu, to są owce! Białe owce! Na prawo je postaw!

A Zbawiciel tak się wtedy odezwie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem psychicznie chory, a przyjęliście Mnie i uszanowali.”

Natomiast ci z lewej strony usłyszą takie słowa:

Byłem chory psychicznie, a wyście się Mnie bali i unikaliście Mnie, i w ten sposób pogrążaliście Mnie w jeszcze większej izolacji i samotności. W waszych rozmowach ze Mną czułem drwinę i lekceważenie, co utrudniało Mi wiarę w moją ludzką godność. Uważaliście, że nie zasługuję na szacunek ani na zwyczajną ludzką dobroć, i w ten sposób kazaliście Mi się czuć kawałkiem ludzkiego złomu, a nie człowiekiem” (o. Jacek Salij).

Nasz czas, to ciągle czas wyboru i decyzji – miłości lub obojętności.

s. E.

 

 

O pokój wołam…

Rozmaite tematy

Dodano:  15 stycznia 2025

 

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

Niech pokój będzie z wami wszystkimi, najdrożsi bracia i siostry” – to pierwsze słowa jakie wypowiedział Robert Prevost już jako papież Leona XIV z loggi Bazyliki św. Piotra, tuż po wyborze, 8 maja 2025 roku.

Wspólne życzenie pokoju warto też powtórzyć u początku nowego roku, tym bardziej że właśnie 1 stycznia, uroczystość Bożej Rodzicielki, jest również Światowym Dniem Pokoju ogłoszonym lata temu przez papieża Pawła VI.

Samo słowo pokój, choć często obecne w ustach wielkich tego świata, niestety, jak stwierdził papież Leon, staje się czasem jedynie nic nieznaczącym sloganem. A przecież pokój to wielka wartość, pragnienie serca każdego człowieka.

U początku roku zatem, wobec tak wielu miejsc, gdzie trwają walki, rozruchy, gdzie toczy się regularna wojna, gdzie zwycięża przemoc, trzeba nam nie tylko życzyć sobie pokoju, ale pracować na jego rzecz, każdy na swoją miarę, zaczynając od własnej, osobistej, codziennej przestrzeni. Papież Leon 5 września minionego roku podkreślił:

„Musimy pielęgnować pokój w naszych sercach i w naszych relacjach, musimy pozwolić mu rozkwitnąć w naszych codziennych działaniach, pracować na rzecz pojednania w naszych domach, społecznościach, szkołach i miejscach pracy, w Kościele i między Kościołami”

„Nie bójcie się więc! – apelował na zakończenie swojego przemówienia Papież. – Siejcie ziarna pokoju wszędzie tam, gdzie kiełkują ziarna nienawiści i urazy. Bądźcie cierpliwymi budowniczymi jedności tam, gdzie panuje polaryzacja i wrogość. Bądźcie głosem tych, którzy nie mają głosu, wzywając do sprawiedliwości i poszanowania godności człowieka. Bądźcie światłem i solą tam, gdzie gaśnie płomień wiary i smak życia. Nie poddawajcie się, jeśli spotkacie tych, którzy was nie rozumieją. Jak mawiał św. Karol de Foucauld, Bóg wykorzystuje również przeciwne wiatry, aby doprowadzić nas do portu”.

Słowem, nasze noworoczne życzenia pokoju zamieniać się winny w codzienne działania na rzecz pokoju – w naszych sercach, relacjach, społecznościach. Do tych działań należy zaliczyć też bardzo skuteczny środek, jakim jest modlitwa, co również potwierdził w przywoływanym przemówieniu Papież: „Zachęcam do pielęgnowania modlitwy i życia duchowego, ponieważ to ono jest źródłem pokoju i umożliwia spotkanie różnych tradycji i kultur”.

W tym miejscu podzielę się moim doświadczeniem ostatnich miesięcy. Przed laty trafiła mi w ręce Koronka Pokoju – stara chorwacka modlitwa odkryta na nowo w Medjugorje. Odmówiłam ją wówczas raz czy drugi i… odłożyłam. Gdy natknęłam się na nią minionej jesieni, poczytałam trochę i odmówiłam ją – wówczas dotknęła mojego serca, przyszedł jej czas. Uważnie przyjrzałam się jej strukturze. Modlitwa najprostsza pod słońcem. Złożona z Wyznania Wiary, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu… czyli z biblijnych, podstawowych modlitw ludzi wierzących, znanych i często tak czy inaczej odmawianych. Ułożone w małą koronkę, którą po początkowym Wyznaniu Wiary tworzy 7 grup złożonych z Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu… oraz kończącego wezwania: Królowo Pokoju, módl się za nami. Trzy pierwsze trójki odmawia się w intencji zwycięstwa Maryi, trzy następne o pokonanie Szatana, siódmą za triumf Niepokalanego Serca Maryi. A wszystko w intencji pokoju. Przekonała mnie ta prosta modlitwa, pociągnęła, zatrzymała. Pomyślałam o rzeszach Wojowników Maryi, mężczyznach, którzy walczą na różańcu. A czy odmawiających tę trwającą jedynie kilka minut modlitwę osób nie można by nazwać… saperami? W ciszy i skupieniu, w obecności Maryi, docieramy do miejsc walki, by je rozbrajać, unieszkodliwiać wrogie plany, uciszać i łagodzić ludzkie serca. Saperzy Maryi – takie przyszło mi skojarzenie i wraca, gdy sięgam po tę drobną koronkę. Marzy mi się rzesza Bożych Saperów rozbrajających wpierw naznaczone agresją, złością, zawiścią i mściwością ludzkie serca, a potem wszystkie miejsca walki – by zamiast bomb rozbrzmiewał tam dźwięk dobra, pomocy, odgłos ulgi… Co więcej, gdy poświęcam te kilka minut na odmówienie koronki, niezauważenie i niespodziewanie doświadczam także w sobie łagodnego wyciszenia, smaku pokoju. Od kilku miesięcy odmawiam tę koronkę – o pokój dla świata i Polski ale, co więcej, ostatnio zaczęłam się uczyć robić takie koronki, by puszczać je w świat – takie malutkie gołąbki pokoju, drobne narzędzie dla Saperów Maryi.

Zapraszam i Ciebie do tego Bożego batalionu…

s. E.

 

Paczki, prezenty, paczuszki i kokardy…

Rozmaite tematy

Dodano:  15 grudnia 2025

 

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

Paczki, prezenty, paczuszki i kokardy…

Było to w Rzymie, wiele lat temu…. Wśród gości świętujących obłóczyny Lindy z Erytrei była też Kapitolina – Rwandyjka studiująca w Rzymie architekturę. Zdziwiło mnie, gdy w rozmównicy wręczyła pięknie zapakowany prezent wpierw mnie, będącej wówczas mistrzynią nowicjatu, a świeżo obłóczonej Lindzie jedynie mały drobiazg. Bo u nas, w Afryce, gdy rodzi się dziecko, prezent dostaje matka, która w trudzie nosiła je w swoim łonie dziewięć miesięcy, a potem w bólach rodziła. Dziecko dostaje symboliczny prezent, bo dopiero zaczyna wędrówkę życia – powiedziała mi Kapitolina.

Dla wielu Adwent, a szczególnie jego końcówka, mija na wymyślaniu, szukaniu, zamawianiu i pakowaniu prezentów dla bliskich. Idą w ruch nożyczki, wstążki, złote gwiazdki, kolorowy papier lub tematyczne torebki – kolorowe, pięknie ozdobione prezenty czekają na swój czas w wigilijny wieczór lub, według innej tradycji, w pierwszy dzień świąt. Ukryte pod choinką, obok kominka, lub w podobnym, nastrojowym miejscu.

Obdarowujemy się prezentami w dzień Bożego Narodzenia. Tak, w dzień narodzin Jezusa, w kolejną rocznicę Jego urodzin, bo to On jest tym największym darem i prezentem, jaki został nam ofiarowany przez samego Boga. Ten dar w cichości zachwytu, niedowierzania, wielkiej czułości i miłości przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem Maryja – prosta dziewczyna z Nazaretu, która została włączona w przerastającą jej zrozumienie historię: historię naszego zbawienia. Jak przejmujący musiał być ten czas dla Maryi i jak wymagający, gdy cezar August ogłosił spis ludności i trzeba było ruszyć w drogę. Jaką czułością musiało zostać ogarnięte jej serce, gdy w ubogiej grocie narodził się Jej Syn. Ale czy faktycznie tylko Jej, skoro „męża nie znała”, nie współżyła z mężczyzną, a w sercu nosiła te niesamowite słowa Anioła: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem (…) a Święte, które się  narodzi będzie nazwane Synem Bożym…” (Łk 1,35)

W kontekście powyższego akapitu może nie jest złym pomysłem skorzystać z mądrości ludzi Afryki, którzy przy narodzinach dziecka skupiają swoją uwagę na matce, ją obdarowują doceniając jej trud. W naszych prezentowych przygotowaniach, gdy myślimy o bliskich nam osobach, warto byłoby pomyśleć o Matce, o Maryi i o prezencie dla Niej… Oczywiście nie będzie to kartonik, w którym znajdzie się barwna apaszka, cieplutki sweterek, kosmetyczka z modnymi zapachami czy inne damskie drobiazgi… Co zatem? Czego może potrzebować Maryja, z czego się ucieszy? Będąc w niebie nie potrzebuje już niczego, ma wszystko, ale pozostając naszą Matką jest zatroskana o nas, szuka sposobów jak nam pomóc. Pomóżmy zatem Jej w tym pomaganiu…

Jak za dziecięcych lat dekorowaliśmy adwentowe pierniczki z naszą mamą, by mogła je ofiarować bliskim, tak teraz włóżmy w dłonie Maryi nie tyle słodkie ciasteczka, co twarde koraliki różańca, modlitwę, by razem z Nią przyjść z pomocą potrzebującym. Maryja zrodziła Jezusa, a teraz, w czasie, rodzi każdego z nas dla nieba. Niech w Jej dłoniach nie zabraknie naszych modlitw, przesuniętych różańcowych paciorków, dzięki którym może jeszcze owocniej wędrować po drogach świata niosąc pociechę, wsparcie, dobre natchnienia, ciche podpowiedzi, jak żyć, jakie decyzje podejmować, by rodził się w nas i wzrastał Jej Syn – by trwało w nas Boże Narodzenie.

s. E.

Ucałujesz mnie kiedyś…

Rozmaite tematy

Dodano: 03.11.2025

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”

Ucałujesz mnie kiedyś…

Mi bacierai un giorno, o Dio, mi bacierai… – Ucałujesz mnie pewnego dnia, mój Boże, ucałujesz mnie… Tak zaczyna się wiersz włoskiego księdza, którego co prawda, nie miałam okazji poznać. Wiersz napisany na obrazku dla pewnej siostry, wpadł mi w ręce 30 lat temu i jego wspomnienie pozostało do dziś. Dokładnie pamiętam jedynie pierwszy i ostatni wers, ale cała reszta żyje we mnie mocno, tak mocno, jak mnie niegdyś dotknęła.
Wspomniany ksiądz przeszedł bardzo wiele w życiu. Zniesławiony, odrzucony, fałszywie oskarżony, zmiażdżony krytyką i drwinami, wreszcie dotknięty chorobą i bolesnym osamotnieniem. Ukochał krzyż, rozpoznał go w swoim życiu, przylgnął do niego. Tak myślę, gdy wspominam treść wiersza… Jego poetyckie wyznanie naznaczone jest żywym jeszcze bólem, ale też mocną wiarą i ufnością, gdy woła: wierzę, że ucałujesz mnie, gdy dusza pozostawiając to udręczone, obite i obolałe ciało, stanie przed Tobą, naga i bez osłon. Wierzę, że ucałujesz moje rany, zetrzesz każdą łzę i ból, otulisz mnie sobą…

Któż nie odnajdzie się w tym wołaniu, bo przecież, nie porównując skali cierpienia, ono nikogo w życiu nie omija.
Znamienna jest natomiast moc wiary i zaufania autora wiersza, która wydaje się wprost proporcjonalna do ciężaru udręk i cierpienia. Nie jest to letnie pragnienie czy nieśmiała nadzieja, ale mocna ufność i silna wiara, która staje się przekonaniem, pewnością. Przywodzi ona na myśl słowa psalmu 116: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana w krainie żyjących”. Inne tłumaczenie pomija słowo wierzę, by włożyć w usta psalmisty słowa naznaczone pewnością: „Będę chodził w obecności Pana w krainie żyjących”, czy wręcz zwyczajna oczywistość: „Mogę chodzić przed obliczem Jahwe w krainie żyjących”. Cierpienie przyjęte i pokornie przeżyte owocuje wzrostem wiary, która staje się pewnością, przekonaniem, jak pisze w swoim liście do Koryntian św. Paweł: „wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą…” (1Kor 4, 13-14)
Przejmujące jest zakończenie wiersza, w którym raz jeszcze widzimy głębię cierpiącego serca i zaskakującą poetykę. Autor wyznaje: A jeśli i Ty, u progu Twego domu, gdy skończy się moja pielgrzymka, staniesz po stronie moich prześladowców, jeśli i Ty podniesiesz swą dłoń, by wymierzyć mi karę za drobne, codzienne przewinienia życia – nie uniosę już tego. Piangero senza fine…Zacznę płakać i nie przestanę, płakać będę bez końca, a moje łzy staną się Twoim grobem, mój Boże!

s. Elżbieta

Jak smakuje karmel?

Rozmaite tematy

Dodano: 06.10.2025

Jak smakuje karmel?

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”

– „Potrzebuję numer telefonu: Gdynia Orłowo, Karmel”. Moja koleżanka przed wielu laty w tak lakoniczny sposób zwróciła się do informacji telefonicznej chcąc uzyskać numer telefonu do klasztoru, gdzie od roku przebywałam. Po chwili ciszy usłyszała w słuchawce niepewny szept skierowany do osoby obok: „Karmel… co to jest? Jakaś cukiernia?” Ewa wybuchła niepohamowanym śmiechem.

Ale w sumie skojarzenie nie jest złe, bo kto nie zna ciasteczek z karmelem, lodów o smaku słony karmel, czekolady karmelowej, nadzienia karmelowego w batonikach itp. Bo karmel to po prostu stopiony i trochę podpalony cukier. Jak podpowiada najprostszy przepis: „Do zimnego naczynia wsypujemy 100 g białego cukru i podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż kryształki zaczną się rozpuszczać i brązowieć. Cukru nie wolno mieszać, lecz trzeba uważać, aby się nie przypalił. Kiedy karmel nabierze bursztynowego odcienia, dodajemy 20 g masła…”. Cukierniczy karmel to słodkość spotęgowana pod wpływem gorąca, tak iż z białego koloru zmienia się w miodowy, bursztynowy – prawie taki jak kolor karmelitańskich habitów.

Bo faktycznie, jest w Karmelu (Zakonie biorącym początek na biblijnej górze Karmel, gdzie działał prorok Eliasz) brązowość habitu, jest słodycz, która przenika serce w codziennych spotkaniach z Bogiem, jest też tak zwielokrotniona słodycz, czyli taka bliskość Boga, że nasza natura odczuwa ją wręcz odwrotnie. Podobnie jak długie wpatrywanie się w słońce sprawia, że przestajemy widzieć, ogarnia nas ciemność, tak na bliskość Boga nasza natura reaguje zamieszaniem i zagubieniem, co mistycy Karmelu nazywają nocą i szczegółowo opisują w swoich dziełach.

Karmel z dużej litery, to Zakon, którego duchowe początki są związane z palestyńską górą w paśmie Synaju zamieszkiwaną przed wieki przez proroka Eliasza i jego uczniów. Tam potem, na Karmelu, osiedli chrześcijańscy mnisi nazywani po dziś dzień karmelitami. Stąd na określenie naszych klasztorów, tak męskich jak i żeńskich, używa się często skróconej nazwy: Karmel. I o tym Karmelu i jego smaku chciałam napisać słów kilka.
Inspiracją jest książka, która w tym miesiącu ukaże się na rynku wydawniczym: Smak Karmelu, dla ducha i dla ciała. Pomysł, który podjęłam, przyszedł z wydawnictwa fundacji Nasza Przyszłość. Bo jak wiadomo, wielu jest zainteresowanych tym, czym jest Karmel, jak smakuje. A „smakuje ciszą, milczeniem, pokojem. Ma powściągliwy smak prostoty, umiaru, radykalizmu, ma posmak ascezy, ubóstwa i umartwienia tego, co nadmiarowe, by dać miejsce Bogu. Bo Karmel nade wszystko smakuje Bogiem, Jego wszystko ogarniającą i przenikającą Obecnością. Smakuje Jezusem, Maryją i Józefem, jak Nazaret. A w Nazarecie, ramię w ramię z Maryją, szepcząc biblijne wersety, śpiewając urywki psalmów, zamiata się podłogi, rozwiesza pranie, sprząta i… gotuje”.

Więc o tych odcieniach klauzurowego życia karmelitanki jest wspomniana książka. Ale są one ściśle powiązane z kuchennymi tematami, jak na córki św. Teresy przystało – wielkiej Reformatorki Karmelu, mistrzyni życia duchowego i…konkretnej, realistycznej, naturalnej, stąpającej mocno po ziemi kobiety. Potrafiła ona ganić w swoich listach wielkich tego świata, zachwycając się równocześnie wodą pomarańczową i nie rozstawać się z kołowrotkiem nawet w rozmównicy oraz z ochotą krzątać w kuchni. Zalecała także swoim córkom, by ich ręce były zajęte prostą, zwyczajną pracą, by serce mogło być skoncentrowane na Bogu, czujne i otwarte na Jego Obecność, w nieustannym z Nim dialogu.

Wśród dokumentów z czasów życia Świętej mamy choćby świadectwo siostry Izabeli od św. Dominika: Pewnego razu zdarzyło się, że św. Matka Teresa doznała mistycznego „porwania”, gdy smażyła jajka, nie wypuszczając z ręki patelni, którą trzymała nad ogniem. Chciałam jej ją zabrać, ale nie mogłam, tak była zesztywniała. Musiałam odpuścić, by nie zrobić jej krzywdy, pomagając jedynie utrzymać jej patelnię. Bałam się, by nie wylała oleju, ponieważ poza olejem na patelni nie miałyśmy już go więcej w klasztorze.

Powiedzenie św. Teresy, że „Pan przechadza się między garnkami” możemy doskonale przypisać temu wydarzeniu, które dotyczyło jej samej. Tym razem Jezus przyszedł do niej z darem głębokiego, ekstatycznego zjednoczenia, gdy Teresa była zajęta czymś zgoła innym, prozaicznym, codziennym – szykowaniem smakowitej jajecznicy. Takie jest też doświadczenie wielu karmelitanek. Codzienna, mozolna modlitwa, która wydaje się czasem jałowa, pusta, bezowocna, niepostrzeżenie przemienia serca i zauważyć to można potem właśnie w prozie życia – radości z małych, codziennych zadań i spraw, gotowości, by pomóc, wyjść naprzeciw, wesprzeć innych, wzrastającej miłości do Tego, który choć ukryty, jest bardziej obecny niż wszystko inne wokół.
O codzienności karmelitanki bosej, ale i o wielkiej świętej Teresie, gruszkach św. Teresy z Lisieux, mocnym winie św. Jana od krzyża czy smakowitych omlecikach brata Wawrzyńca możecie przeczytać w samej książce eksperymentując przy tej okazji prawie setkę klasztornych przepisów spisanych ze starych zeszytów służących kolejnym pokoleniom karmelitanek. Dobrej lektury i smacznego!

s. Elżbieta

 

Dawid i ja

Rozmaite tematy

Dodano: 15.09.2025

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”

Dawid i ja

Gdyby stworzyć wachlarz uczuć, jakie potrafią zrodzić się w ludzkim sercu, miałby on ogromną ilość zakładek. Liczną jak odcienie na palecie barw impresjonisty albo jak…suma wersów Psałterza. 150 psalmów składających się na biblijny psałterz to aż 2527 wersów. Mawiamy czasem: targają mną liczne i sprzeczne uczucia; nie potrafię wyrazić tego, co się we mnie kotłuje; zalewa mnie ogromna fala uczuć. Słowem, doświadczamy ich wiele i mają one jasne, pogodne, przyjemne odcienie, aż po te ostre, szare, groźne i mroczne. Dobrze jest uświadomić sobie czasem, że nie dotyczą one jedynie nas, bliskich, znanych i współczesnych nam osób, ale także bohaterów biblijnych psalmów, które przecież uznajemy za pismo natchnione przez samego Boga, pełne Jego światła i obecności. Zdają się tak przyziemnie ludzkie i tak mało duchowe, według potocznego pojmowania duchowości równoznacznej prawie z doskonałością i odrealnionym prawie wysublimowaniem.

Zwykle mówi się, że są to psalmy Dawidowe, choć według znawców, autorstwu Dawida można przypisać około 73 psalmów. Ich powstawanie było bowiem rozciągnięte w czasie i trwało od X do IV wieku przed Chrystusem. Obejmuje zatem czas królewski Izraela, niewolę, powrót z niewoli, odbudowę świątyni – słowem, długi okres burzliwej historii Izraela. Nie dziwi zatem, że psalmy poruszają tak wiele tematów: od wielkich wydarzeń po drobne ludzkie zmagania. Angażują one w ten śpiew całe serce człowieka, który kocha, uwielbia, dziękuje, ale także upada na duchu, tęskni, boi się, żali czy wręcz buntuje. Psalmy to przestrzeń, gdzie wyrażało się całe serce pobożnego Izraelity ze wszystkimi jego meandrami. Samego króla Dawida idącego do boju, wdzięcznego za zwycięstwo, zamieszanego po porażce, skruszonego, gdy zgrzeszył, jak i późniejszych współautorów psalmów, choćby Asafa i Synów Koracha, których pieśni miały bardziej wspólnotowy i liturgiczny charakter.

Dla Izraelitów już od IV wieku psalmy miały kanoniczny charakter natchnionego dzieła i były powszechnie używane, tak w modlitwie osobistej jak i we wspólnotowej liturgii. Zostały także jako takie przyjęte przez Kościół. Co więcej, stały się podstawą modlitwy osób duchowych, czyli brewiarza.

I tu jawią się przede mną dwa kolejne kroki, które chciałabym spróbować z Wami przejść.

Skoro także Kościół uznaje psalmy za pisma natchnione przez Boga, to znaczy, że On jest ich pierwszorzędnym autorem. Przez ludzkich autorów mówi w nich do nas, mówi dla nas, dając nam słowa modlitwy, ale mówi też i o nas. Jak zaznacza psalmista: „Wie On, z czegośmy powstali, pamięta (!) że jesteśmy prochem” (Ps 103,14). Wie, zna nas doskonale i daje nam w usta słowa, którymi możemy wyrazić wszelkie stany nie tylko naszego ducha, ale i naszej psychiki, naszych zmiennych uczuć, naszego zagubienia, zamieszania, utrudzenia, gniewu i sprzeciwu… Taka jest prawda o nas i Bóg jej nie neguje. Przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy i pozwala nam być takimi, jakimi jesteśmy na dziś. „Niech więc serce wasze będzie szczere wobec Pana, Boga naszego” (1 Krl 8,61) Bóg chce naszej szczerości, nawet wtedy, gdy jej treścią byłoby jedynie nasze zagubienie, zbuntowanie, żal, ból czy strach. On sam, krok po kroku, doprowadzi nas do pełni, piękna i harmonii, jakie dla nas wymarzył. On ma cierpliwość, On czeka i działa w nas niezauważenie. „Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem” (Ps 121,4), czyli nade mną i nad tobą.

A drugim krokiem jest moja propozycja, którą wypraktykowałam na sobie samej – własne psalmy…

Nie pretendujemy, by nasze psalmy zostały włączone do kanonu Psałterza. I choć nie jesteśmy królem Dawidem, to razem z nim możemy stanąć w szeregu i wyśpiewywać Bogu własną historię, własne radości i troski. Bo skoro Bóg czeka na naszą szczerość i ufną otwartość, to możemy, jak mówi Psalmista, wylać przed Bogiem nasze serce: „W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie! Przed Nim wylejcie wasze serca” (Ps 62,9).

W letni czas, który przed nami, gdy wędrować będziemy górskimi ścieżkami lub brzegiem morza, możemy zapożyczyć schemat pieśni trzech młodzieńców (oni nie byli co prawda na spacerze, ale w piecu ognistym), którzy uwielbiali Boga (Dn 3):
„Błogosławcie Pana wszystkie dzieła Pańskie, chwalcie Go i wywyższajcie na wieki…” I mamy tu przywołane wszelkie moce, potęgi, żywioły: noce i dnie, światło i ciemności, morza i rzeki, deszcze i rosy, góry i pagórki itp.

A my co widzimy, co zauważamy, co podziwiamy jako dzieło Boga? Może warto spróbować wyśpiewać własny psalm opisujący chociażby piękno otaczającego nas świata.

Uwielbiaj Pana szmerze strumyka – chwal Go i wywyższaj na wieki
Uwielbiajcie Pana kwitnące łąki – chwalcie Go i wywyższajcie na wieki
Uwielbiajcie Pana kolorowe motyle – chwalcie Go i wywyższajcie na wieki

I nie trzeba być poetą, ale uważnym i wdzięcznym obserwatorem, by znaleźć powody do dziękowanie Bogu i uwielbiania Go.
Inny psalm natomiast może się stać podstawą dla naszego wylewania serca w dni chmurne, szare, trudne czy bolesne. Choćby ten (56):
„Zmiłuj się nade mną, Boże, bo czyha na mnie człowiek (bo jest mi źle, bo dotknęły mnie krzywdy i oszczerstwa, bo…)
Podnieś mnie, ilekroć mnie trwoga ogarnie (ilekroć upadam, ilekroć się boję, ilekroć jestem zagubiony…)”.

Tak, zachęcam do lektury psalmu 56, by z niego uczynić własną modlitwę na trudniejsze czasy. A zaprzyjaźnić się warto ze wszystkimi spośród 150 psalmów, w których odbija się całe miłujące Serce Boga i cały wachlarz uczuć, doświadczeń i przekonań serca człowieka.

Niech nasze wakacyjne wędrowanie, zwiedzanie, podziwianie świata stanie się też naturalną modlitwą skierowaną do Boga, który tak hojnie uposażył świat, w którym nas umieścił, uważnie wybierając najlepszy dla nas czas i miejsce.

s. Elżbieta

 

Serce Jezusa

Rozmaite tematy

Dodano: 15.06.2025

SERCE JEZUSA – OTWARTE ŹRÓDŁO PULSUJĄCE MIŁOŚCIĄ

Ilu z nas jeszcze pamięta o tym, że miesiąc czerwiec jest poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa? A jeśli nawet pamiętamy, jakie ma to dla nas znaczenie? Czy wywiera wpływ na nasze życie duchowe i naszą codzienność?

Warto zadać sobie te pytania i może w któryś z czerwcowych wieczorów, otulonych zapachem czeremchy, jaśminu, wczesnej maciejki, wczytać się w litanię do Najśw. Serca Jezusa, zagłębić się w nią umysłem i sercem, przekroczyć zasłonę słów, by sięgnąć głębiej – w sens poszczególnych wezwań niosących w sobie rytm bijącego miłością Serca Jezusa.

Dziś chciałabym się zatrzymać na czterech wezwaniach tejże litanii:

Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata

Łatwo odnaleźć echo tego „odwiecznego” pragnienia, oczekiwania na objawienie się Mesjasza i Jego miłości w pismach Starego Testamentu. By wspomnieć chociażby proroctwo Zachariasza będące odpowiedzią na tę tęsknotę: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili i boleć będą nad nim (…) W owym dniu wytryśnie źródło, dostępne dla domu Dawida i dla mieszkańców Jeruzalem, na obmycie grzechu i zmazy” (Za 12,10; 13.1).

Papież Franciszek sięgnął po szereg starotestamentalnych cytatów, pisząc że „Przebity bok Jezusa jest siedzibą Jego miłości, tej miłości, którą Bóg wyznał ludowi w tak różnorakich słowach: Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję (Iz 43,4). Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała. Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach (Iz 49,15-16). Bo góry mogą się poruszyć i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju (Iz 54,10). Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość (Jer 31,3). Pan, twój Bóg jest pośród ciebie, Mocarz, który zbawia, uniesie się weselem nad tobą, odnowi cię swoją miłością, wzniesie okrzyk radości (Sof 3,17)”.

To w przebitym Sercu Jezusa skupiają się wszystkie wyrazy miłości zawarte w słowach Pisma świętego, realizują się wszystkie obietnice. Wraz z Jego Krwią wylewa się na świat w sposób widzialny i trwały miłość Boga.

Serce Jezusa, włócznią przebite i dla nieprawości naszych starte

Serce rozdarte, przebite, zranione, serce, którego dosięgnęła nie tylko włócznia żołnierza, ale wszelkie nasze nieprawości, nie zamknęło się w bólu, nie odwróciło się od człowieka, ale stało się bramą. Jak mówi św. Augustyn: „Chrystus jest bramą. Dla ciebie została otwarta ta brama, kiedy Jego bok przebiła włócznia. Pamiętaj, co z niego wyszło i wybierz, którędy wejść”. Przez ranę Jezusowego ciała uwidacznia się rana Jego Serca, tajemnica Jego miłości, która się nie cofa, nie odwraca od człowieka, ale go przygarnia, leczy i zbawia. „Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, wzmocnij mnie. W Ranach Twoich ukryj mnie, nie daj mi z Tobą rozłączyć się…” brzmią słowa znanej modlitwy Ignacego Loyoli, które wielu z nas czyni swoimi.

Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają

Orygenes zapisał: „Chrystus, przybity do krzyża, sprawia, że wytryskują źródła Nowego Testamentu (…). Gdyby On nie został przebity i gdyby nie wypłynęła z Jego boku woda i krew, my wszyscy cierpielibyśmy pragnienie Słowa Bożego”. Z przebitego boku Chrystusa rodzi się Kościół, który przechowuje i strzeże dla nas skarby Bożego Słowa i Bożej Miłości. A św. Ambroży zachęca chrześcijan z czwartego wieku: „Pij Chrystusa, gdyż jest skałą, z której wytrysnęła woda; pij Chrystusa, bo jest źródłem życia; pij Chrystusa, bo jest pokojem; pij Chrystusa, gdyż strumienie wody żywej popłyną z Jego wnętrza”. Tysiąc lat później Hubert z Casale przynagla wierzących: „Wejdź do tej ziemi obiecanej, którą jest Serce Jezusa, raz tam dotarłszy, nie wychodź więcej”. Tak, nie wychodź z tego Miłosiernego Serca – hojnego dla wszystkich, którzy Je wzywają – i z perspektywy tego bezpiecznego miejsca patrz na wszystko wokół…

Bardzo świadomie przytoczyłam w powyższym rozważaniu słowa wielu świętych i Ojców Kościoła, by zwrócić uwagę, że nabożeństwo do Serca Jezusa nie bierze swego początku jedynie z pobożności XVII wieku, gdy powstała odmawiana przez nas litania, ale sięga początków chrześcijaństwa, które trafnie odczytało wydarzenie przebicia Serca Jezusa na krzyżu, jego znaczenie, symbolikę i konsekwencje jako trwały dostęp do nieustannie otwartego źródła pulsującego miłością Boga.

Na koniec przytoczę jeszcze słowa współczesnego nam świętego, Jana Pawła II, który podczas pielgrzymki do Polski w 1999 roku powiedział: „Serce Jezusa jest symbolem Jego uczucia w stosunku do całej ludzkości, zwłaszcza wobec ludzi załamujących się pod ciężarem krzyża. Jest nieustannym wołaniem do wszystkich:

„Uwierzcie, że Bóg jest Miłością! Uwierzcie na dobre i złe!”

s. Elżbieta

Płonąca pochodnia modlitwy

Rozmaite tematy

Dodano: 1.06.2025

Płonąca pochodnia modlitwy

Tytułowe określenie: płonąca pochodnia modlitwy zostało użyte w watykańskim dokumencie o modlitwie poprzedzającym Rok Jubieleuszowy 2025. Określało ono wspólnoty kontemplacyjne, które swoim życiem trzymają wciąż jaśniejącą tę pochodnię, która rozświetla drogę, rozjaśnia życiowe zapętlenia, rozgrzewa zziębnięte serca i umysły.

Zainspirowana tymi słowami przygotowałam tomik ze zbiorem myśli na każdy dzień świętej Elżbiety od Trójcy Świętej, karmelitanki bosej, w którym możemy odkryć jej duchowy świat skoncentrowany na Bogu żyjącym w duszy, a także jej życie i drogę modlitwy.

Elżbieta Catez żyła zaledwie 26 lat, z czego pięć we francuskim Karmelu w Dijon. Urodziła się 18 lipca 1880 roku w Garnizonie wojskowym w Avor, gdzie stacjonował jej ojciec, Józef Catez. Wyrazista, żywiołowa i dynamiczna osobowość Elżbiety objawiała się od samego początku jej życia, co ją różniło od spokojnej i łagodnej młodszej siostry Małgorzaty. Żywa, popędliwa, złoszcząca się szybko, Elżbieta była jak nieujarzmiony wulkan wyrzucający na wszystkie strony swoją energię, zapał, wrażliwość. Szybko jednak zaczęła nad sobą pracować – ucząc nawet swoją lalkę modlitw i właściwego klęczenia.

Bóg i muzyka, to dwa kierunki, w jakich skanalizowała się energia i wrażliwość Elżbiety. Jeszcze przed wstąpieniem do Karmelu napisała w liście: „Abym uczyniła z mego życia ustawiczną modlitwę”. Bóg, którego obecność odkryła w głębi serca, przez co nazywa je „niebem na ziemi” zogniskował jej uwagę i całą energię. Gotowa była zatem zrezygnować z dobrze zapowiadającej się kariery pianistki z propozycją przejścia z konserwatorium w rodzinnym Dijon do tego w Paryżu. Tuż przed wstąpieniem do Karmelu (po długo odwlekanej zgodzie matki) została laureatką pierwszej nagrody pianistycznej konserwatorium w Dijon. Pozostawiła jednak muzykę zbudowaną z dźwięków, by zanurzyć się w tę utkaną z ciszy, pełną Bożej Obecności…

Do wyczekiwanego i upragnionego Karmelu w Dijon wstąpiła w sierpniu 1901 roku, a w listopadzie 1906 umarła w zakonnej infirmerii. Dotknięta ciężką chorobą (prawdopodobnie choroba Addisona), która niesie ze sobą oprócz bólu, wielkiej słabości, niemożności przyjmowania posiłków, także wahania nastroju i depresję – Elżbieta tymczasem z niesamowitą pogodą ducha szybowała w łono Trzech – jej Miłości.
Wiele z jej myśli zawartych w tym tomiku może nas przerastać, wydawać się odległymi od naszej skromnej duchowości. Niech jednak nie przeraża nas ich niebosiężność, bo Elżbieta wskazuje nam tym samym kierunek naszego duchowego rozwoju. Ona przeżywała „niebo na ziemi”, wpierw za mocną zasłoną wiary, a z czasem, z coraz głębszym przeczuciem i doświadczeniem wielkości, potęgi, piękna i miłości obecnego w niej Boga.

Elżbieta z całą żarliwością jej kochającego serca weszła w proste życie Karmelu koncentrując się na Bogu, wzrastając w głębokiej wierze, w pełnym zdaniu się na Boga. Charakteryzowała ją też wielka wrażliwość serca, uważność, uległość względem Bożego działania – była jak struna liry czy harfy pod delikatnym dotknięciem Artysty dusz.

Nieustannie powracającym wątkiem w zapiskach Elżbiety jest odkrycie „bycia zamieszkaną” przez Boga w głębi własnego serca, a w konsekwencji stawanie się Uwielbieniem Trójjedynego Boga, czy jak to ona określa: Laudem gloriae – Uwielbienie Sławy [Chwały] Boga. To ostatnie określenie zaczerpnięte jest z listów św. Pawła, którymi nieustannie się karmiła i które kształtowały jej duchowość.
Jak napisała w jednym z listów:

„W niebie moim posłannictwem będzie pociąganie dusz, pomagając im wyjść z siebie,
aby przylgnąć do Boga poprzez bardzo prosty i pełen miłości odruch,
oraz na strzeżeniu ich w tym wielkim milczeniu wewnętrznym, które pozwala Bogu
odcisnąć się w nich i przekształcić je w Niego samego”.

U Elżbiety nie znajdziemy systematycznej nauki o modlitwie, ale jej pisma są pełne drobnych podpowiedzi, rzucanych jakby mimochodem, naturalnych, lekkich jak swobodne uderzenia klawiszy pianina czy pociągnięcia strun harfy, jak wolna i niezależna wokaliza, która reaguje na natchnienia serca – a wszystko w rytmie miłości i łaski.

s. Elżbieta

 

Maryja – Matko

Poezje

Dodano: 15.05.2025

Matko

Matko Jezusa
i Jego Kościoła
Twa miłość do nas
ma bezkres Słowa

Ono było na początku
w Nim Twe słodkie Imię
wybrzmiewa harmonią
co z Serca Boga płynie

Byłaś ukryta
w Jego pragnieniu
by przynieść pokój
wszelkiemu stworzeniu

Bóg Ciebie wybrał
byś przyjęła Słowo
w Nim nas dla nieba
zrodziła na nowo

Ty nas wprowadzasz
do Serca Ojca
tam miejsce nasze
i miłość gorąca

s. Beata