Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO

O powołaniu słów kilka…

Rozmaite tematy

Dodano:  30 czerwca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

O powołaniu słów kilka…

Różany ogród pani Marii został doszczętnie ogołocony. Moja sąsiadka ścięła wszystkie róże na wieść o tym, że wyjeżdżam z rodzinnego domu i wstępuję do Karmelu w odległej Gdyni. Z naręczem róż, w towarzystwie siostry i brata z dziewczyną, wyruszyłam w podróż. Co prawda, mój brat do końca nie wierzył, że moją miłością jest Jezus. Optował raczej za jakimś przystojnym marynarzem, który w Gdyni czeka na jego siostrę…

Tak, trudno uwierzyć, że Jezus może tak mocno zawrócić w głowie młodej dziewczynie, że przerywa studia, zostawia rodzinę i przyjaciół, rezygnuje z perspektyw, które roztacza życie i jest gotowa przekroczyć próg klauzury, ukryć się za kratami i murem Karmelu… Po co, a nade wszystko – dlaczego?! Tak pytali bliscy, rodzina, znajomi…

O miłości małżeńskiej pisałam w majowym numerze miesięcznika. Teraz spróbuję odsłonić coś z miłości Jezusa, która potrafi postawić świat na głowie!

Bo jak inaczej nazwać to, że dotychczasowe życiowe plany jawią się jak stare, niemodne już ubrania – nie pociągają, nie zachwycają, nie są atrakcyjne?

Jak wytłumaczyć, że powszechnie śpiewana pieśń: „Nie bój się nie lękaj się, Bóg sam wystarcza” – brzmi w sercu z taką siłą przekonania, wyłączności, smaku Boga, wobec którego wszystko inne staje się przaśne, blade, płytkie i nijakie?

Skąd się bierze to, że czas spędzony z przyjaciółmi, spotkania, imprezy, kawiarniane dyskusje, zabawowe pomysły już nie zachwycają i nie sycą, a chwila, która ma być spędzona nad Ewangelią zamienia się w godziny, po których nie wiadomo – gdzie byłam, co to było, co się działo, i dlaczego tak trudno wyjść z tej otwierającej się głębi pełnej smaku, słodyczy, bliskości, bezpieczeństwa, nasyconej Bożą miłością i obecnością?

Kto ma moc wlać w serce tak głębokie przekonanie, że praca ludzkiego umysłu i rąk ma tak ograniczony zakres – choć jest tyle ewangelizacyjnych i życiowych pomysłów na realizację dobrych, pożytecznych planów?  Większą siłę, moc i skuteczność ma oddanie siebie Bogu i modlitwa, która dotrze wszędzie, w każdy zakamarek świata i ludzkiego serca, by otworzyć dostęp dla łaski Bożego miłosierdzia.

Takiego postawienia na głowie ludzkiej logiki, takiej pewności, takich przekonań zakorzenionych na głębinach, które nie podlegają zmiennym nastrojom, nie wygasają wraz z emocjami czy mijającym czasem, nie wymyśli żaden, nawet najbardziej charyzmatyczny człowiek. Takich przekonań nie wyduma się też samemu, a jeśli nawet się je zbuduje ze słów i myśli, nie da się im takiej wagi, która sprawia, że można spokojnie w tę stronę przechylić i zawierzyć całe życie. I to nie jeden raz, nie na chwilę, na dzień, miesiąc czy rok, ale na zawsze.

Tego dokonać może jedynie Bóg!

Pamiętam doskonale miejsce i czas, gdy dotarły do mnie słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). Tak, powołanie, które stawia na głowie cały świat, wywraca dotychczasowe przekonania, odsłania absolutnie nowe i zachwycające smaki sycące ludzkie serce – to jest absolutnie i wyłącznie Boże działanie, które ma moc zmienić serce człowieka, jego myślenie, dać siłę działania zgodnie z rozpoznaną nową perspektywą. Co więcej, dać równocześnie doświadczenie wolności, pokoju, bezbrzeżnej miłości, dla której warto zostawić wszystko…

Na ostatnim, pożegnalnym spotkaniu w moim pokoju ze studencką bracią, po zwyczajnym zabawowym czasie z dobrym winem, Krzyś (obecnie profesor uniwersytecki) otworzył leżącą na stoliku książkę: „O naśladowaniu Chrystusa”. Padły słowa: „…chodzi o to, aby opuściwszy wszystko, opuścić samego siebie…” Pozostały w mojej pamięci do dziś.

Gdy młoda dziewczyna opuszcza rodzinę, bliskich, perspektywy rozwoju w świecie, miłości drugiego człowieka – wszyscy się dziwią, podziwiają wręcz, wyrażają zaskoczenie – jak można oddać życie w tak młodym wieku, gdy otwiera się tyle możliwości?  Mogę zaświadczyć: to, co pociąga, ma siłę tysięcy magnesów, zachwyca i w pełni nasyca, budzi radość zdążania ku pełni życia. Nie odczuwa się wówczas bólu straty, trudu opuszczenia – ono jest otulone łaską, wypełnione zachwytem nowego życia, które kiełkuje w głębi serca zalewając je słodyczą. Ból straty i lęku o dziecko odczuwają natomiast rodzice i bliscy.

Potem, gdy ludzie patrzą już spokojnie na osoby konsekrowane, czasem tak, jakby się takimi urodzili i było to dla nich jak najbardziej naturalne życie, oni rozpoczynają kolejny etap: „pozostawianie siebie”. Już nie ludzi i rzeczy, ale właśnie siebie w codziennej rezygnacji, umieraniu sobie, wyrzeczeniu się własnych wizji, punktów widzenia, własnej woli. W życiu trwa kolejny, intensywny etap dojrzewania do pełni, jaką się niegdyś, przed laty przeczuwało, zobaczyło w proroczym widzeniu na głębinach serca. Pozostawianie siebie – zapewniam, że to zadanie na całą resztę życia…

Swoje oddanie można zamienić na chłodną rutynę, sprowadzić do zewnętrznych tylko form, zasypać pyłem codzienności, jak pisałam w poprzednim numerze miesięcznika, o fiasku małżeńskiej miłości… Taka postawa to początek dramatu zmarnowanego życia, bo jak napisał niegdyś jeden z naszych ojców karmelitów: „Jeśli ktoś wkroczył na drogę taką jak nasza, to albo dojdzie do przemienienia na szczycie góry, albo umiera zasuszony w piasku pustyni: nie ma drogi pośredniej”.

Obyśmy mieli odwagę umierać dla siebie, by owocnie żyć dla Boga i braci… O to, proszę, módlcie się dla nas, osób konsekrowanych, oddanych Bogu na służbę.

s. E.

 

 

Niebieski Kardiolog

Poezje

O mój Ty Boże od serca

Pastylkę daj cierpliwości

Przytul łagodnie do Siebie

Ucałuj mocno, z czułością

 

O mój Ty Boże od serca

Ujmij me serce w swe dłonie

Niech z głazu ciałem się stanie

I znów miłością zapłonie

 

O mój Ty Boże od serca

Naucz mnie, proszę, kochania

Dodano: 17 czerwca 2026

Lub weź to chore, ubogie

A swoje serce daj w zamian

 

O mój Ty Boże od serca

Dla Ciebie me serce kołacze

Czasem uderzy radośnie

Częściej wraz z Tobą zapłacze

 

Niebieski mój Kardiologu

Co łatasz rany serdeczne

Jak pieczęć mnie złóż na swym boku

I przyszyj na wieki wieczne

s.R

Niech zakwitnie pustynia

Rozmaite tematy

Dodano:  30 maj 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

Niech zakwitnie pustynia

Miesiąc Maryi, kwitnących łąk i miłości, słowem – maj. O miłości spróbuję zatem napisać tym razem. Może nie o tej pierwszej, nieśmiałej i gorącej zarazem. Ciekawej i niepewnej, mocnej jak śmierć – w przekonaniu zakochanych, a częstokroć kruchej i łatwo gasnącej, jak znikająca pianka na gazowanym napoju. Szumu robi wiele, ale szybko znika. Znika i zakochanie, jeśli się nie zaangażuje, by przemienić się w miłość, której moc nie jest tak ulotna jak bąbelki gazowanej wody. Ta moc tkwi w głębi, zakorzeniona, z szeroko rozrośniętymi korzeniami. Ale bywa też inaczej z miłością… W czytanej przeze mnie książce Gianfranco Ravasiego: Wyrzeźbić duszę, mocno przykuły moją uwagę dwa fragmenty: pierwszy – przez lekką, prowokującą kpinę a kolejny – przez głębię przesłania. Ale może posłuchajmy razem:

W opowieści zaczerpniętej z książki Bruce’a Marshalla pada zdanie opisujące pasażerów jednego z przedziałów pociągu. Naprzeciw opata, z koszem pełnym warzyw na kolanach, siedzą mężczyzna i kobieta w średnim wieku: „byli tak obojętni wobec siebie, że można by pomyśleć, iż są małżeństwem”.

Pomijając, budzącą uśmiech charakterystyczną dla Marshalla uszczypliwość, słowa powyższe rodzą pytanie: Czy jest możliwe zachowanie świeżej i żywej miłości na całe życie…? Z pewnością ona się zmienia, jak zmieniają się barwy i wygląd tych samych drzew w zależności od pory dnia, a tym bardziej pory roku. Wiosenne liście różnią się od tych dojrzałych letnich, czy kolorowych, jesiennych. Jest też zimowy czas, gdy liściaste drzewa wyglądają jak martwe – czas cierpliwości i trwania, czas strzeżenia nadziei i życiodajnych soków w głęboko ukrytych korzeniach. Obraz drzewa wyraźnie podpowiada postawy cierpliwości, ufności, wytrwania, nadziei, które na jego wzór winien strzec w sobie człowiek, tak w sobie samym, jak i w relacjach: koleżeństwa, przyjaźni, miłości. O nich mówi kard. Ravasi na koniec swej refleksji, używając innego obrazu. Przestrzega, że miłość może zgasnąć niepostrzeżenie, bez wielkich kłótni czy głośnych zdrad, ale „jedynie dlatego, że pozwala się, aby dzień po dniu jedno ziarenko obojętności wpadało we wzajemną relację. Ziarenka stają się zrazu warstwą pyłu, potem tworzą gęstą pokrywę i wreszcie powstaje pustynia miłości”.

Obraz pozornie łagodny i delikatny, bezgłośny, jak przesypujące się ziarenka piasku w klepsydrze, ale przerażający zarazem, bo sugeruje, że miłość można stłumić jakby mimochodem, niepostrzeżenie, przez zwyczajny brak uwagi, letniość i obojętność. Podobnie więdnie kwiat, którego zapomniano podlewać, względem którego zaniechano troski, uwagi. Jest to prawdziwe tak w relacjach między ludźmi, jak i w relacji z Bogiem, która na tę nazwę zasługuje jedynie wtedy, gdy przeniknięta jest miłością. Ona również wymaga pielęgnacji, troski, zadbania. Nie chodzi jedynie o odmówione modlitwy, uczestnictwo w obrzędach, zachowanie zwyczajów danej wspólnoty: parafialnej czy zakonnej. To subtelna, osobista więź zrodzona z miłości i ciągle odnawiana. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że gdy zdaje się, iż ogień miłości gaśnie, trzeba wrzucić choćby małe drewienko, by go podtrzymać. Tą skromną szczapą może być choćby czułość, z jaką wypełniam zwykły, codzienny obowiązek, wewnętrzny uśmiech, gdy wymawiam imię Jezus, wdzięczność za każdą chwilę i każdy dar. Chodzi o wspólny dla kochających się i bardzo osobisty język miłości, którym się posługujemy, by ziarna obojętności nie zdławiły ognia, ale by pustynia zakwitła. (zob. Iz 35,1-2)

s. E.

 

 

 

Majowe

Z moich lektur

Dodano: 15 maj 2026

MAJOWE

Maj. Miesiąc Maryi, miesiąc litanii loretańskiej. Jakie jest właściwie znaczenie tej modlitwy? Myślę, że o. Adam Szustak OP w książce pt. „Miriam” podaje jej  piękną definicję:

„Samo słowo litania oznacza błaganie, wołanie, krzyk, czyli w różny sposób zintensyfikowaną prośbę o pomoc. Czy w różnych sytuacjach życia nie mamy czasem ochoty nieustannie wołać do Boga: Panie, pomóż mi! ? Takim wołaniem jest właśnie litania, nie jednorazową prośbą, ale intensywnym, powtarzającym się wołaniem, wręcz jękiem:  Przyjdź! Pomóż! Ratuj! I choć wielu wydaje się, że odmawianie litanii trąci myszką, to ten typ modlitwy jest niemalże wprost przekładaniem na życie słów Jezusa: Proście, a będzie wam dane (Mt7,7).

Litania loretańska jest też niezwykłą modlitwą, dlatego, że w dużej mierze została skonstruowana na Piśmie Świętym. Wielu chrześcijan postuluje dziś powrót do modlitwy słowem Bożym (i słusznie!), litania do Maryi jest właśnie jednym ze sposobów odkrywania Biblii. Wiele z wezwań Litanii loretańskiej to cytaty ze Starego (w większości) i Nowego Testamentu, a w związku z tym, że ta modlitwa jest tak silnie zakorzeniona w słowie Bożym, nie da się jej zrozumieć, jeżeli nie zna się Pisma Świętego. Wracać do Biblii i modlić się jej tekstami możemy więc poprzez świadomą modlitwę litanią do Maryi.

Litanijne powtarzanie różnych tytułów Maryi wcale nie jest – jak niektórzy złośliwie twierdzą – bezmyślnym klepaniem. Mam wrażenie, że tak o różańcu i litaniach mogą myśleć tylko ci, którzy nigdy nie kochali lub nie byli tak kimś zauroczeni, że świata poza nim nie widzieli. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć się chwilę zakochanym, którzy by wyrazić czułość wobec siebie wymyślają różne imiona i określenia. Stąd wzięły się te wszelkiego rodzaju skarbeczki, słoneczka, aniołki, diamenciki, myszki, misiaczki i wiele innych (…). Tym samym jest litania. Litania loretańska to więc czułe słówka i szepty, którymi wyraża się miłość do Maryi i opowiada o jej niezwykłościach.”

Dalej autor zachęca:

„Może warto nauczyć się tej litanii na pamięć, sam kiedyś się jej nauczyłem i do dziś odmawiam ją codziennie po skończeniu różańca. A może w ogóle warto stworzyć swoją osobistą litanię do Maryi? Pozwólmy sobie na własny język w rozmowie z Nią, bo Miriam jest najbardziej wyjątkową kobietą na świecie, dla której warto stracić głowę, czas i serce.”

Dla mnie osobiście ta modlitwa nie była nigdy prosta, ze względu na jej dość monotonny charakter, przy mojej żywej naturze😊. Jednak pewnej soboty dałam się zaskoczyć Oblubieńcowi. Podczas odmawiania litanii do Niepokalanego Serca Maryi, usłyszałam czuły głos Parakleta, objawiający pewną prawdę o mnie. Niepokalane Serce Maryi stało się miejscem naszego spotkania. To wydarzenie, wciąż żywe w mojej pamięci, pomaga mi budować relację z Maryją, moją Matką i Siostrą, a więc z nią i dla niej tracić głowę, czas i serce.

s. Miriam

 

Cieśla

Poezje

Cieśla

Ty, któryś życia prozy szarej

Ikoną piękna codziennego

O twarzy ogorzałej, starej

Mądrością świętą, przemodloną

O dłoniach dobrych, szorstkich, twardych

Zdrewniałych od ciesielskiej pracy

Sercu, jak Tora delikatnym

I oczach, które lśnią, jak gwiazdy

W kędziorach Twoja broda, głowa

Oczy brunatne, jak Twa ziemia

Ziemia świętego Jeszuruna

Ty, któryś jest, jak drżąca struna

Co w harfie Boga Najwyższego

Cierpliwie czeka, trwa i ufa

Czeka na dotyk Wszechmocnego

I słucha, tylko Jego słucha

By grać tę serca pieśń jedyną

Co stale brzmi w głębinach ducha:

Posłuchaj Święty Izraela

I Święty Izrael posłuchał

Dodano: 01 maja 2026

O niespokojnym sercu człowieka…

Rozmaite tematy

Dodano:  18 kwietnia 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

O niespokojnym sercu człowieka…

Szybko, by nie rzec, natychmiast, matka lub ojciec podbiegają do łóżeczka swojej pociechy, gdy tylko niemowlak poruszy się niespokojnie czy zagaworzy. Może mu niewygodnie, coś go uwiera, zmoczyło się albo jest po prostu głodne? Sprawdza się wszystkie ewentualności, by jak najszybciej zaradzić potrzebie, by uspokoić, ukoić dziecko. Ot, sielski obrazek, który w następstwie tych kilku słów bez trudu staje przed naszymi oczyma.

Nietrudno też przypomnieć sobie, czy to z własnego doświadczenia, czy też z obserwacji, jaką troską rodzice otaczają maluszki, swoje starsze dzieci czy dojrzewające nastolatki.

Dobrzy rodzice nie zapominają o należytej trosce, o zdrowym pokarmie, świeżym powietrzu, a w późniejszych latach o treningach, kursach, nauce rozmaitych umiejętności. O odpowiedniej odzieży, obuwiu, sprzęcie do realizacji pasji itp. Wyliczać by można długo te przejawy ogromnej rodzicielskiej troski i starania.

Gdy jednak mam okazje, choć ograniczone, spotkań z ludźmi, posłuchania ich życia, pooglądania ich świata, rodzi się we mnie wątpliwość. Widzę zadbane ciało, nakarmiony umysł, ale co z sercem, co z duszą dziecka…?

Przecież niespokojny bywa nie tylko niemowlak w zmoczonym beciku, ale takie jest serce każdego, nawet tego najmniejszego człowieka – ono chce więcej, jest stworzone ku temu, co przekracza otaczający nas, materialny jedynie świat. Ono jest otwarte na nieskończoność, prościej ją przyjmuje, głębiej, bezsłownie i bezpojęciowo doświadcza. Oczywiście, jeśli ma ku temu okazję, jeśli dana mu jest taka możliwość… Jeśli tak troskliwie, jak przy najmniejszej infekcji niesiemy je do Przychodni, równie skwapliwie przynosimy je do Kościoła, oswajamy z przestrzenią Bożego działania i obecności.

Tak, myślę też bardzo konkretnie o Chrzcie świętym, który jest bramą do Królestwa, obmyciem oraz realną i skuteczną osłoną od nachalnych działań złego ducha. Naznaczone krzyżem ciało dziecka staje się Bożą świątynią, domownikiem Boga, jego umiłowanym dzieckiem.

Chrzest małych dzieci pojawił się bardzo wcześnie w dziejach chrześcijaństwa. Niektórzy wnioskują, że już w pierwszym wieku, na co mamy potwierdzenia Ojców Kościoła. Przywołam choćby synod w Kartaginie (252 rok), podczas którego św. Cyprian potwierdzał panującą już praktykę, by nie odkładać chrztu niemowląt. A mówimy tu jeszcze o okresie sprzed Edyktu Mediolańskiego (313r.), który zakończył okres prześladowań, przez co powszechną stała się swoboda przyjmowania i praktykowania wiary, także chrztu już od czasu niemowlęctwa.

Bardziej boli, niż dziwi mnie fakt, że tak wiele młodych małżeństw przestaje chrzcić swoje dzieci. Rozumiem, że może to być akt uczciwości wobec braku własnej wiary. Bo jak wyznawać przy chrzcie dziecka wiarę, której się nie wyznaje w życiu, jak zapewniać, że wychowa się je w wierze, skoro tej wiary nie ma w domu, jak ochronić światło żyjącego Pana, które symbolizuje zapalona świeca chrzcielna, gdy w domu jest ciemność niewiary…? Ale skoro od najmłodszych lat daję dziecku wybór – wolisz soczek czy herbatę, zieloną czy niebieską kurtkę, chcesz uczyć się pływać czy tańczyć? – to dlaczego nie stosujemy tego sposobu postępowania także do spraw wiary? Ale by postawić przed dzieckiem, lub kiedyś przed młodym człowiekiem, taką możliwość wyboru, trzeba wiedzieć, że odróżnia ono smak soku od smaku herbaty, kolor zielony od niebieskiego, wie, co to jest pływanie, malowanie, a czym jest jazda konna. Innymi słowy, trzeba mu dać poznać Boga. Może nie potrafisz tego sam zrobić, bo przywiędło drzewo twojej wiary, straciło swą witalność. Możesz jednak, nawet nieochrzczone dziecko posłać na religię, na katechezę; pozwolić mu rozmawiać z ludźmi wiary (a nie zawsze tak jest…), uczciwie odpowiadać na jego pytania nie zbywając tych niewygodnych.

Niech się dowie, jakie rysują się przed nim drogi. Niech przeczuje, że nie jedynie mama i tata, ale jest Ktoś nieskończenie większy, Kto jest ostatecznym autorytetem miłującym na sposób mamy, taty i po tysiąckroć bardziej. Wtedy można mieć nadzieję, że dziecko, czy młody chłopak lub dziewczyna, faktycznie dokonają w którymś momencie życia wyboru między znanymi już sobie światopoglądami. I nie ma co się obawiać, że ta aptekarska wręcz dawka godzina katechezy w tygodniu przyćmi dziesiątki godzin innych przedmiotów, słów lektur, obrazów ukazujących się nieustannie na włączonym telefonie. Nie ma takiej obawy! Nadto Bóg nie pogwałca niczyjej wolności.

Warto przytoczyć tu – z przymrużeniem oka, ale także nutą powagi – pewną anegdotę:

„Kiedyś do rabina przyszedł młody żyd i powiedział:

– Rabbi, ja jestem ateista

– No dobrze – rzekł rebe – a Torę ty przeczytałeś?

– A po co mnie czytać Torę, jak ja jestem ateista?

– A o Mojżeszu, prorokach o Dawidzie to ty coś wiesz?

– Nie rabbi, przecież ja jestem ateista…

– A Dziesięć przykazań ty znasz?

– Oj rabbi, nie znam tego wszystkiego, bo ja jestem ateista…

– To jak ty nie czytałeś Tory, jak ty nie wiesz nic o Mojżeszu, prorokach i Dawidzie, jak ty nie znasz tego wszystkiego, to ty jesteś zwyczajny nieuk, a nie ateista!”

Nie chcąc nikogo obrazić, rodzi się jednak we mnie pytanie, czy wielu z tych, którzy mienią się choćby agnostykami, wiedzą czemu i komu nie dowierzają…?

W tym kontekście jednak zastanawiać musi fakt, że coraz więcej ludzi już dorosłych prosi o chrzest. W 2025 roku we Francji chrzest przyjęło (głównie w Wigilię Paschalną) 10.384 dorosłych osób. Rekordowa liczba! Oni dotarli do bramy Kościoła, przeszli przez nią, mogą odetchnąć z ulgą – już nie muszą nieść sami własnego życia, bo zostali wprowadzeni w życie Trójcy Świętej, naznaczeni nieusuwalnym znamieniem, należą do Boga, który jak Ojciec, prowadzi ich pewnie. Jak wynika ze świadectw, wielu z tych dorosłych nim uspokoiło swe serce w Bogu, przeszło długą i bolesną drogę błędów, złych wyborów, cierpień i udręk. Można i tak, można dotrzeć do Boga prawie w ostatnich godzinach dnia, ale Ci, którzy Go wreszcie prawdziwie spotkają z bólem podobnym do tego, jaki wyrażał św. Augustyn, wołają:

„Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę; dotknąłeś, a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju…”

s. E.

 

 

 

Wielki Tydzień

Poezje

Dodano: 01 kwietnia 2026

WIELKI TYDZIEŃ

 

Takie te dni są ważne, święte

A ptaszek śpiewa, słońce świeci

Bóg się dziś trudzi nad zbawieniem

A obok śmiesznie śmieją się dzieci

Nie onieśmiela Bóg miłością

Skrytą w zieleni świeżej, młodej

Jak ona wiecznie takiej samej

I w swej wierności, zawsze nowej

s. R

 

Współcześni trędowaci

Rozmaite tematy

Dodano:  15 marca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

 

WSPÓŁCZEŚNI TRĘDOWACI

 

Zaangażowana i uwielbiana przez uczniów młoda nauczycielka, matka dwójki dzieci, Elena, pewnego ranka musi przejść przez wyludnione ulice i dotrzeć samotnie do przystani, skąd zostanie przewieziona na wyspę bez powrotu – na Spinalongę. Odprowadzany w tym samym kierunku jest też mały chłopiec, z przerażeniem i bólem na twarzy, zostawiający rodziców. To u niego wykryto pierwsze oznaki choroby, które – długo skrywane – stały się przyczyną zarażenia się nauczycielki. Wspólnie zatem wyruszają na wyspę śmierci, wyspę trędowatych, bez szansy powrotu i kontaktu z rodziną, która pozostaje w miasteczku z rozdartym sercem… To scena z książki Wyspa autorstwa Victorii Hislop.

A działo się to nie w odległych, biblijnych czasach, gdzie izolacja osób trędowatych była radykalna, o czym wspomina niejeden ewangeliczny opis. Opowieść o greckiej wyspie Spinalonga u wybrzeży Krety, to historia z pierwszej połowy dwudziestego wieku. I nawet później, gdy wynaleziono lek na trąd i przekonywano, że przestał on być już tak groźny i zaraźliwy, ostracyzm wobec osób naznaczonych śladami trądu pozostał. Taki sam, jak współcześnie często jest kierowany w stronę osób psychicznie chorych, których posługujący wykluczonym bracia z Bronxu nazywają „współczesnymi trędowatymi”…

Wszyscy znamy, choćby pobieżnie, anatomię człowieka i wiemy, że wystarczy mała dysfunkcja, by organizm wszedł w stan chorobowy. Jednym dokucza wątroba, innym serce, jeszcze innych boli głowa, stawy czy kręgosłup. Niektórych dopada nowotwór, który budzi strach, ale też rodzi głęboką wyrozumiałość, współczucie i gotowość pomocy. Współczujemy osobom, u których zostaje zaburzona praca hepatocytów, komórek wątroby lub choćby nefrony, podstawowe jednostki funkcjonalne nerek czy inne specyficzne komórki ciała. Ale czy podobnie ma się sprawa, gdy zmiany i zaburzenia dotyczą komórek nerwowych, czyli neuronów, a nasz system nerwowy przestaje być giętką, czułą sprężyną czy struną i przestaje odpowiadać adekwatnie na dochodzące doń impulsy? Czasem niewielkie zmiany zachodzące tak w strukturze mózgu jak i w jego chemii (np. zaburzenia na poziomie neurotransmiterów takich jak serotonina, dopamina czy noradrenalina) stają się przyczyną rozmaitych zaburzeń, dysfunkcji fizycznych i poznawczych, jak i poważnych chorób psychicznych.

Gdy się źle odżywiamy może nas dopaść anemia, gdy natomiast przeżywamy długotrwały stres, wewnętrzne konflikty lub doświadczamy głębokiej traumy dochodzi nie tyle do strukturalnego uszkodzenia mózgu i zniszczenia samych neuronów. Źródłem obciążeń i zaburzeń staje się dysregulacja połączeń synaptycznych, równowagi chemicznej, nadwrażliwości receptorów itp. A to sprawia, że choć „radio” naszej głowy ma wszystkie elementy, to gałka głośności jest rozregulowana, boleśnie zaburza i plącze odbiór dźwięków…

Ci, którzy ze względu na poważne zaburzenia nerwowe i  psychiczne nie radzą sobie z rzeczywistością, z życiem, z codziennością często trafiają do szpitali lub do ośrodków psychiatrycznych. Ale jest wielu takich, których zaburzenia czy choroby nie szkodzą innym, i które z trudem, ale radzą sobie z życiem i niosą ukryty ciężar choroby. Widoczne jej znaki potrafią jednak stygmatyzować i izolować, jak niegdyś trąd. Budzą niepewność, niechęć, niezrozumienie czy wręcz wstręt. Szczególnie wtedy, gdy choroba wprowadza w inny świat, naznacza fizyczność, mocno eksponuje inność.

Jeden ze wspomnianych braci z Bronxu – Brat Glen posługujący w najbardziej niebezpiecznej i opuszczonej części Nowego Jorku mówi wprost: „Dzisiejsi trędowaci to raczej osoby „szurnięte” z naszych społeczeństw, „stuknięci” czy upośledzeni umysłowo. (…) W USA chorzy psychicznie – z wyjątkiem najcięższych przypadków – nie są przetrzymywani w zakładach. Dzięki kuracji i opiece lekarskiej żyją „na wolności”. Faktycznie jednak wielu wegetuje w izolacji jak pariasi. Niektórzy pukają do naszych drzwi, by porozmawiać. Wszędzie, gdzie pójdą, są na listach oczekujących; ludzie odsuwają się od nich, kiedy monologują w metrze czy na ulicy… Te osoby mają ogromne potrzeby emocjonalne, ale nikt nie poświęca czasu na wysłuchiwanie tego, co mówią. Staramy się więc być nieco dyspozycyjni. Trzeba do nich wiele cierpliwości. Nie zawsze można dać im wszystko, czego chcą, ale przynajmniej odrobinę tego, czego potrzebują. Wysłuchanie, uśmiech, kawa…

Czy w tym kontekście nie warto zadać sobie pytania: dlaczego „wyżej cenione” jest cierpienie fizyczne niż psychiczne? Dlaczego to pierwsze łatwo znajduje nasze zrozumienie i współczucie, to drugie natomiast budzi w nas chęć ucieczki, odsunięcia się?

Oczywiście, ludzie psychicznie chorzy potrafią być nieobliczalni i trudni, natrętni i nieprzyjemni. Są też i tacy, którzy jedynie delikatnie odsłonią nam swoją kruchość…

Pamiętam kobietę, która przed laty podeszła do mnie przy sklepie w Szczecinie. Zauważyła mój różaniec na ręce i nieśmiało o niego poprosiła. Niegdyś nauczycielka, teraz z głęboką nerwicą i schizofrenią, została pozostawiona sama sobie, porzucona przez rodzinę, przez własne dzieci. Była tak delikatna, dyskretna i… tak bardzo obolała. Cóż mogłam zrobić więcej oprócz ofiarowania jest trzymanego na nadgarstku różańca…? Na długo pozostała w mojej pamięci i modlitwie. Ale czy modliłam się tak, jak brat Glen…?

„Kiedy wieczorem panuje względny spokój, w przerwie między dwoma dzwonkami telefonu, Gleen tak się modli: Panie, dziękuję Ci za łaskę, że mogę Ci służyć i Ciebie dotykać w Twoich ubogich, w tych wszystkich, którzy są nieprzyjemni, przychodzą nie w porę, nie podziękują, śmierdzą. Bez nich byłbym wydany na pastwę samego siebie i swojego egoizmu. Wiem też, Panie, że ja sam jestem trędowaty i że muszę pokochać tę chorą część samego siebie, bo Ty kochasz ją nieskończenie. Dziękuję za tych ubogich, którzy mi otworzą bramy Nieba”.

Cóż więcej dodać? Ci współcześni trędowaci mogą nam pomóc, mogą wyzwolić nas od samych siebie i choć odrobinę uwolnić od naszego egoizmu. A kiedyś może właśnie oni rozpoznają w nas tych, którzy przed nimi nie uciekli, nie strząsnęli ich z siebie, nie odsunęli się, nie zlekceważyli, nie wzgardzili, ale uszanowali, podeszli, podali dłoń, podarowali uśmiech, czy jakąkolwiek pomoc. I wtedy powiedzą: Jezu, to są owce! Białe owce! Na prawo je postaw!

A Zbawiciel tak się wtedy odezwie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem psychicznie chory, a przyjęliście Mnie i uszanowali.”

Natomiast ci z lewej strony usłyszą takie słowa:

Byłem chory psychicznie, a wyście się Mnie bali i unikaliście Mnie, i w ten sposób pogrążaliście Mnie w jeszcze większej izolacji i samotności. W waszych rozmowach ze Mną czułem drwinę i lekceważenie, co utrudniało Mi wiarę w moją ludzką godność. Uważaliście, że nie zasługuję na szacunek ani na zwyczajną ludzką dobroć, i w ten sposób kazaliście Mi się czuć kawałkiem ludzkiego złomu, a nie człowiekiem” (o. Jacek Salij).

Nasz czas, to ciągle czas wyboru i decyzji – miłości lub obojętności.

s. E.

 

 

Uśpiony świat spoczywa jeszcze

Poezje

Dodano: 09 marca 2026

 

Uśpiony świat spoczywa jeszcze

Wiatr resztki drzemki z drzew otrząsa

Ziemia pęcznieje świeżym deszczem

Pośród obłoków słońce pląsa

 

Błękitna cisza drży rozdarta

Jak mieczem brzmień kaskadą ostrą

Jak hejnał życiu, co uparte

Wraca pełną nadziei wiosną

s. R

 

 

O pokój wołam…

Rozmaite tematy

Dodano:  15 stycznia 2025

 

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”

Niech pokój będzie z wami wszystkimi, najdrożsi bracia i siostry” – to pierwsze słowa jakie wypowiedział Robert Prevost już jako papież Leona XIV z loggi Bazyliki św. Piotra, tuż po wyborze, 8 maja 2025 roku.

Wspólne życzenie pokoju warto też powtórzyć u początku nowego roku, tym bardziej że właśnie 1 stycznia, uroczystość Bożej Rodzicielki, jest również Światowym Dniem Pokoju ogłoszonym lata temu przez papieża Pawła VI.

Samo słowo pokój, choć często obecne w ustach wielkich tego świata, niestety, jak stwierdził papież Leon, staje się czasem jedynie nic nieznaczącym sloganem. A przecież pokój to wielka wartość, pragnienie serca każdego człowieka.

U początku roku zatem, wobec tak wielu miejsc, gdzie trwają walki, rozruchy, gdzie toczy się regularna wojna, gdzie zwycięża przemoc, trzeba nam nie tylko życzyć sobie pokoju, ale pracować na jego rzecz, każdy na swoją miarę, zaczynając od własnej, osobistej, codziennej przestrzeni. Papież Leon 5 września minionego roku podkreślił:

„Musimy pielęgnować pokój w naszych sercach i w naszych relacjach, musimy pozwolić mu rozkwitnąć w naszych codziennych działaniach, pracować na rzecz pojednania w naszych domach, społecznościach, szkołach i miejscach pracy, w Kościele i między Kościołami”

„Nie bójcie się więc! – apelował na zakończenie swojego przemówienia Papież. – Siejcie ziarna pokoju wszędzie tam, gdzie kiełkują ziarna nienawiści i urazy. Bądźcie cierpliwymi budowniczymi jedności tam, gdzie panuje polaryzacja i wrogość. Bądźcie głosem tych, którzy nie mają głosu, wzywając do sprawiedliwości i poszanowania godności człowieka. Bądźcie światłem i solą tam, gdzie gaśnie płomień wiary i smak życia. Nie poddawajcie się, jeśli spotkacie tych, którzy was nie rozumieją. Jak mawiał św. Karol de Foucauld, Bóg wykorzystuje również przeciwne wiatry, aby doprowadzić nas do portu”.

Słowem, nasze noworoczne życzenia pokoju zamieniać się winny w codzienne działania na rzecz pokoju – w naszych sercach, relacjach, społecznościach. Do tych działań należy zaliczyć też bardzo skuteczny środek, jakim jest modlitwa, co również potwierdził w przywoływanym przemówieniu Papież: „Zachęcam do pielęgnowania modlitwy i życia duchowego, ponieważ to ono jest źródłem pokoju i umożliwia spotkanie różnych tradycji i kultur”.

W tym miejscu podzielę się moim doświadczeniem ostatnich miesięcy. Przed laty trafiła mi w ręce Koronka Pokoju – stara chorwacka modlitwa odkryta na nowo w Medjugorje. Odmówiłam ją wówczas raz czy drugi i… odłożyłam. Gdy natknęłam się na nią minionej jesieni, poczytałam trochę i odmówiłam ją – wówczas dotknęła mojego serca, przyszedł jej czas. Uważnie przyjrzałam się jej strukturze. Modlitwa najprostsza pod słońcem. Złożona z Wyznania Wiary, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu… czyli z biblijnych, podstawowych modlitw ludzi wierzących, znanych i często tak czy inaczej odmawianych. Ułożone w małą koronkę, którą po początkowym Wyznaniu Wiary tworzy 7 grup złożonych z Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu… oraz kończącego wezwania: Królowo Pokoju, módl się za nami. Trzy pierwsze trójki odmawia się w intencji zwycięstwa Maryi, trzy następne o pokonanie Szatana, siódmą za triumf Niepokalanego Serca Maryi. A wszystko w intencji pokoju. Przekonała mnie ta prosta modlitwa, pociągnęła, zatrzymała. Pomyślałam o rzeszach Wojowników Maryi, mężczyznach, którzy walczą na różańcu. A czy odmawiających tę trwającą jedynie kilka minut modlitwę osób nie można by nazwać… saperami? W ciszy i skupieniu, w obecności Maryi, docieramy do miejsc walki, by je rozbrajać, unieszkodliwiać wrogie plany, uciszać i łagodzić ludzkie serca. Saperzy Maryi – takie przyszło mi skojarzenie i wraca, gdy sięgam po tę drobną koronkę. Marzy mi się rzesza Bożych Saperów rozbrajających wpierw naznaczone agresją, złością, zawiścią i mściwością ludzkie serca, a potem wszystkie miejsca walki – by zamiast bomb rozbrzmiewał tam dźwięk dobra, pomocy, odgłos ulgi… Co więcej, gdy poświęcam te kilka minut na odmówienie koronki, niezauważenie i niespodziewanie doświadczam także w sobie łagodnego wyciszenia, smaku pokoju. Od kilku miesięcy odmawiam tę koronkę – o pokój dla świata i Polski ale, co więcej, ostatnio zaczęłam się uczyć robić takie koronki, by puszczać je w świat – takie malutkie gołąbki pokoju, drobne narzędzie dla Saperów Maryi.

Zapraszam i Ciebie do tego Bożego batalionu…

s. E.