Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO

Pascha s. Marii Klary od Miłosierdzia Bożego – przejście ze wspólnoty otaczających ją sióstr w ramiona Ojca

Rozmaite tematy

Dodano: 01 czerwca 2020

Pascha s. Marii Klary od Miłosierdzia Bożego –
przejście ze wspólnoty otaczających ją sióstr w ramiona Ojca.

 

S. Maria Klara od Miłosierdzia Bożego – Sylwia Szpytko

Urodziła się 27.04.1973 r. w Wałbrzychu, jako pierworodna córka Tadeusza i Barbary. Ma o rok młodszą siostrę, Elżbietę i 21 lat młodszą, przyrodnią siostrę Elizę, z drugiego związku mamy. Rodzice rozwiedli się, obie córki wychował ojciec.

Pierwsze znaki powołania odczuła jako mała dziewczynka, gdy mama opowiadała jej o „zamkniętych siostrach, które całe życie się modlą”. W liceum wiedziała już, że chce, by Jezus był jej jedynym Oblubieńcem. Wtedy też, na Oazie, po raz pierwszy zetknęła się z pismami św. Jana od Krzyża, które bardzo ją pociągnęły.

Wstąpiła do Karmelu wrocławskiego po maturze, w roku 1992, tam spędziła 12 lat. Pierwszą profesję złożyła 8.grudnia 1994 r., a wieczystą 3 lata później. Do Bornego przybyła w 2004 roku, na 3 miesiące odpoczynku, które przedłużyły się do 1,5 roku. W 2006 poprosiła o przyjęcie do naszej wspólnoty. Przyjęłyśmy ją na 3 lata, po nich zaś na stałe. Kiedy pytałyśmy o motywację prośby o przeniesienie, powtarzała niezmiennie: „Tu jest mój dom”. Nie każda z nas rozumiała, co się kryje dla niej pod słowem „dom”, ale intuicyjnie czułyśmy, że jest to coś bardzo ważnego. W Bornem znalazła duchową matkę w św.p. s.Teresie (Kieniewicz), z którą bardzo się związała i miała w niej mocne oparcie.

Dała się poznać jako osoba o dużej wrażliwości na drugiego człowieka, pielęgnowała przyjaźnie i była im wierna do ostatnich chwil życia. Kilka dni przed śmiercią zaprosiła siostry, by przychodziły do niej, aby się pożegnać – każda osobiście.

Była bardzo sumienna, dokładna i obowiązkowa, zatem powierzano jej odpowiedzialne prace zarówno w klasztorze we Wrocławiu, jak i potem w Bornem Sulinowie. Była kilkakrotnie radną, kołową, ogrodniczką, infirmerką, ekonomką, zakrystianką, zajmowała się habitami, szyła i haftowała szaty liturgiczne. Kochała liturgię, pięknie śpiewała, zatem prowadziła śpiewy podczas oficjum i na mszy św. Była miłośniczką śpiewu gregoriańskiego. Pod koniec życia uczyła nas zasad tego śpiewu wedle metody z Solesmes. Przygotowywała też lekcje dla nowicjatu. Miała smykałkę do historii, prowadziła ciekawe lekcje z historii Kościoła. Czytała Ojców, a jej ulubionymi teologami byli Benedykt XVI i kard. Sarah. Najbliżsi mówili, że była „bardzo poukładana”. Jednak nie była sztywna, ani zasadnicza. Miała duży dystans do świata i do siebie, potrafiła ironizować i śmiać się z samej siebie. W Bornem bardzo jej się podobały kapituły. My bywałyśmy często nimi zmęczone, a s.Klara na to mawiała, że ceni sobie nasze „burze mózgów” i cieszy się, gdy każda siostra swobodnie wypowiada swoje zdanie na różne tematy. Lubiła też rekreacje, odprężało ją proste bycie ze wspólnotą. Kochała motyle, potrafiła nazwać wszystkie niemal gatunki, jakie wylęgają się w naszym lesie. Robiła im piękne zdjęcia, potrafiła czekać i zbliżyć się do tych płochliwych stworzeń na kilka centymetrów.

Choroba nowotworowa została odkryta 4 lata temu i szybko postępowała, zajmując kości, a potem inne organy. S.Klara nie poddawała się, walczyła podejmując kolejne chemie i operacje, a także pomagając sobie dietą. W końcówce życia znalazła oparcie w św. Hildegardzie, której wizja świata bardzo jej odpowiadała. Znalazła pokój w konsekwentnym, całościowym dążeniu do harmonii ze sobą, z innymi i z Bogiem. W ostatnich tygodniach życia odżywiała się głównie odrobiną orkiszu, mąki kasztanowej i kopru włoskiego. Śmiałyśmy się, że wszystkie prognozy lekarskie, które opiewały jej rychłą śmierć, zostały obalone przez hildegardową dietę. Na niej siostra czuła się dobrze, nie cierpiała na dodatkowe dolegliwości, płynące z zajętej przez nowotwór wątroby.

Dała nam świadectwo pięknego, powolnego, cierpliwego odchodzenia i oswajania się ze śmiercią. Kochała życie, nie chciała umierać, miała wiele planów i marzeń. Ale zawsze powtarzała jak refren: „Chcę tego, co Jezus chce, niech będzie jak On chce”. Odprawiałyśmy kilka nowenn o jej uzdrowienie, i niezmiennie, na pytanie, czy chce być uzdrowiona, odpowiadała – „Chcę, by było tak, jak Bóg chce”. Swoją chorobę ofiarowała za mamę, która od jej wieczystej profesji całkowicie zerwała z nią kontakt.

Gdy nadeszła ostatnia prosta, w marcu tego roku, przeżyła prawdziwą „żałobę po życiu”. Opłakiwała swoje skrócone przez chorobę życie. Potem wkroczyła w fazę pogodzenia i oswajania się z myślą, że śmierć realnie się zbliża. Z coraz większym pokojem i pogodą ducha, a nawet humorem przygotowywała się na ten moment, porządkując swoje rzeczy i żegnając się z bliskimi osobami. Jezus dał jej wielką pociechę spotkania z mamą. W marcu siostra napisała do niej pożegnalny list, pełen słów miłości i wyrozumiałości. Reakcja mamy była natychmiastowa – zadzwoniła do niej i rozmawiały pierwszy raz od 23 lat… Mama od początku choroby wiedziała, że życie Klary jest zagrożone, jednak nie potrafiła zdobyć się na spotkanie z nią. Wkrótce mama przyjechała i nastąpiło wymarzone pojednanie/ Mama była pełna skruchy i żalu za swoje zamknięcie na najstarszą córkę. Tato Klary natomiast okazywał jej zawsze wiele miłości i troski. Przez ostatni miesiąc jej życia mieszkał u nas, wykonując rozmaite prace jako elektryk, a także ogrodnik – tego fachu nauczył się od naszego pracownika, pana Andrzeja. Mógł też niemal co dzień choć przez chwilę rozmawiać z córką w rozmównicy. Siostra niemal do końca była samodzielna, uczestniczyła z nami we mszy św., codziennie chodziła na spacery – opierając się o którąś z nas. Dopiero w ostatnim dniu życia nie była w stanie przyjść na Eucharystię do chóru. Była bardzo osłabiona, wychudzona i odwodniona, organizm był już bardzo wyniszczony. Nawet wtedy wszakże zażądała, by „spacer” odbył się za sprawą otwartego na oścież okna w infirmerii. Siedziała na wózku i zachwycała się kwiatkami. Do końca żyła pełnią życia, na miarę swoich sił. W ostatnich miesiącach objawiła się z mocą jej autonomia. Tydzień przed śmiercią poprosiła nas, byśmy modliły się dla niej o dobrą śmierć. Czuła się wyczerpana chorowaniem.

Otrzymałyśmy wielką łaskę, mogąc być przy niej w chwili śmierci. Agonia zaczęła się ok. godz. 21 i trwała 6 godzin. Wtedy ogarnęły ją totalne bóle, bo dotąd dawało się lekami niemal całkowicie je uśmierzać. Przez cały ten czas towarzyszyła jej Nasza Matka z s.Agnieszką, s.Miriam i s.Barbarą, które były najbliżej niej w czasie choroby. Nasza Matka przeprowadzała ją na drugi brzeg podając jej wodę z Lourdes, która na pół godziny uśmierzyła bóle. Następnie pytała ją, czy ofiarowuje swoje cierpienie w konkretnych intencjach, na co s.Klara odpowiadała zdecydowanym „Tak”! Wezwała wspólnotę ok. 2.30 w nocy, 23. maja, bo chciała, „by siostry jej pomogły”. Gdy tylko zaczęłyśmy modlitwy przy jej łóżku, uspokoiła się i, ściskając krzyż, czekała na swój kres. Na chwilę przed śmiercią w jej oku pojawiła się łza. Widziała już Kogoś…? Jej śmierci towarzyszył wielki pokój, a nas ogarnęła radość. Odeszła w czasie odmawiania tajemnicy Wniebowzięcia, za pięć trzecia. Wierzymy, że Maryja zabrała ją prosto do Jezusa, do Nieba, jak tego bardzo pragnęła.

Pogrzeb s.Klary odbył się 26. maja 2020 r. Od 9.00 do 12.00 ciało w otwartej trumnie było wystawione w chórze zakonnym, blisko kraty. Każdy, kto chciał, mógł Siostrę pożegnać. O godz. 12.00 została odprawiona Eucharystia w naszej kaplicy przez 13 księży odzianych w białe ornaty – takie było życzenie Zmarłej. Przewodniczył jej biskup pomocniczy naszej diecezji, Krzysztof Zadarko, N.O. Jan Malicki przeczytał biogram Siostry, a o.Serafin Tyszko wygłosił płomienną, paschalną homilię. Obecni byli rodzice i obie siostry. Równolegle w kościele parafialnym była odprawiana Eucharystia w intencji s.Klary dla osób, które nie zmieściły się w kaplicy klasztoru (według przepisów epidemiologicznych mogło być u nas tylko 7 osób). Potem udaliśmy się procesyjnie na cmentarz klasztorny, także osoby, które doszły z kościoła parafialnego. Zdaje się, że zmieściliśmy się w liczbie 50 osób… Ceremonii pogrzebu przewodniczył Ojciec Prowincjał. Mimo łez i żalu, towarzyszyła nam Boża radość i odczuwalny przez wszystkich pokój. Usłyszałyśmy później od kilku osób, że pierwszy raz uczestniczyli w takim pogrzebie, byli nam bardzo wdzięczni. Wszyscy włączyli się w piękny śpiew s.Sary, Uczennicy Krzyża, która podczas spuszczania trumny do grobu mocnym głosem zaintonowała: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie!”

Klaro, wierzymy, że wstąpiłaś w Życie, które zawsze tak bardzo kochałaś.

Pragnę wejść w ciszę

Poezje

Dodano: 15 maja 2020

+

Pragnę wejść w ciszę

by słuchać Ciebie, Słowo

Choć nic nie słyszę,

po prostu chcę być z Tobą.

Trzeba wiary, by pustka

obecnością się stała,

by milczeniem – nieistnieniem

wołać: Tobie chwała.

Kocham Cię! To jedno

tłucze mi się w głowie

Więcej nie trzeba,

resztę serce dopowie.

s.M.

o ogrodzie

Biały welon o…

Dodano: 1 maja 2020

o ogrodzie

Do każdego karmelitańskiego klasztoru, zgodnie z zaleceniem Naszej Świętej Matki Teresy, przylega ogród – większy lub mniejszy, ale konieczny do zachowania zdrowia duszy i ciała osób żyjących w ścisłej klauzurze. Nasz ogród, zdecydowanie większy, jest miejscem wytchnienia i inspiracji.
Mimo, że nasz teren jest bardzo piaszczysty, dzięki ludziom dobrej woli, nawieziono ziemi pod „grządki”, na których hodujemy rozmaite kwiaty, miedzy innymi do kaplicznych bukietów.

Do moich obowiązków należy, w ograniczonym zakresie, sadzenie i przycinanie, przede wszystkim zaś podlewanie i plewienie – niedawno mianowano mnie pomocniczką ogrodniczki! Przez te kilka lat, które spędziłam w Karmelu zdarzyły się sezony zlewane nieustannym deszczem, jak dwa lata temu, gdy pogodnych dni w lecie było bardzo mało, i takie, jak w zeszłym roku, gdy panował upał i zaledwie kilka razy padało.
W konsekwencji nasza praca nie przynosiła pożądanych efektów… Część kwiatów w ogóle nie wzeszła, choćby dlatego, że cebulki zgniły lub zostały zjedzone przez nornice. Innym razem młode pędy (kwiatostany) nie zdążyły się rozwinąć, bo ostro przypaliło je słońce… Jedyne, co zdaje się, że zawsze rośnie – to chwasty, co gorsze dziś wyrwane za kilka tygodni wschodzą na nowo…

I tak jest w naszym życiu duchowym, czasami wydaje się, że ta nasza praca wewnętrzna jest syzyfowa, a warunki zewnętrzne niesprzyjające, niemniej ją podejmujemy: regularnie wyrywamy chwasty naszych grzechów w spowiedzi, walczymy z wadami, choć co jakiś czas, „szorujemy po dnie” i czujemy, że „jest gorzej niż było”. Staramy się podlewać spragnioną duszę żywą wodą przez modlitwę, choć często „nie idzie” i raczej przypomina ona próbę „przeczekania” niż przylgnięcie do Boga.
Gdy przyjdzie myśl, że coś już się osiągnęło, jakiś poziom, etap, znowu pojawia się kąkol, albo zaleją takie doświadczenia, że grzęźniemy w błocie…
Ale mimo to, co roku coś wykiełkuje, wzejdzie i się rozwinie (i w wymiarze duchowym, i w wymiarze fizycznym) tak, że mam co wziąć w swoje dłonie i ułożyć pod tabernakulum. W ten sposób oddaje chwałę Bogu, oddaję Mu to, co sam mi dał – to owoc współpracy!

On panuje nad pogodą mojego życia, wie, po co ten trud i przeciwności; jakie ma plany, co do mnie i jaki będzie efekt końcowy – jakimi barwami i kształtami będę Go zachwycać w niebie. Dopóki jestem na ziemi kwiaty mej duszy będą wystawione na upał i deszcz, działanie szkodników (demonów nękających pokusą), zarastane przez chwasty (wad i słabości). Ale zawsze i w każdych warunkach mogę uwielbiać Boga. On patrzy na determinację i wierność, bo ostatecznie to On wszystkiego dokona… i stawi mnie przed sobą taką, jaką chce mnie mieć…

A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen.

1 P 5,10-1

s. T.

Jezu ufam Tobie

Karmelitańskie pisanki

Dodano: 15 kwietnia 2020

Jezu-ufam-Tobie

Zza krat Karmelu

Rozmaite tematy

Dodano: 06 kwietnia 2020

Zza krat Karmelu

Niewiele wiem o tym, jak wygląda codzienne życie w czas pandemii koronawirusa. Jak uciążliwe są ograniczenia w wychodzeniu z domu i załatwianiu koniecznych spraw. Jak niewygodne są maseczki, choć je szyjemy, jak męczące używanie rękawiczek, czy nieustanna dezynfekcja. Jak trudne jest stałe przebywanie w domu. Jak głęboko drąży serca i umysły niepokój o zdrowie własne i bliskich, o pracę i płacę, słowem – o przyszłość…

Niewiele wiem o tym, co to dla was znaczy, gdyż karmelitanka bosa i tak nie wychodzi z domu na zakupy, jest pozbawiona (chyba, że jest przeoryszą) wielu egzystencjalnych trosk, no i nieustannie przebywa w domu – klasztorze, dodatkowo odgrodzona murem i kratami. Może tylko z tą różnicą, że w większej przestrzeni i w milczeniu, co może jedynie złagodzić ewentualne starcia, jakie w tym czasie przymusowej kwarantanny pewnie zdarzają się w rodzinach.

Wiem jednak, co znaczy pragnąć zdrowia i pokoju serca dla bliskich nam osób i tych dalszych. Wiem, co znaczy głęboko przeżywać los tych, co odchodzą, może niepojednani z Bogiem, w samotności, w lęku i udręce. Wiem, co znaczy współodczuwać.

Ale wiem jeszcze jedno: że nasze serca i całe nasze życie jest ukryte w dłoni i sercu Boga. Że On troszczy się z miłością o każdego z nas bez wyjątku. Że nigdy nie pozwoli, aby w nasze życie uderzył ślepy i nierozumny przypadek, bo On naszą historię pisze własną krwią, którą za nas wylał. To dlatego mogę być spokojna w czas ogólnego zagrożenia, które czyha nie wiadomo z której strony i zdaje się tym bardziej niepokoić im bardziej jest niewidoczne. Mogę i możemy być spokojni, bo wiemy, kto nad nami czuwa i to, że nic nie umyka Jego troskliwej i czułej uwadze.

A ten czas, tak inny, wymagający i budzący rozmaite obawy, o dziś i o jutro, to równocześnie Boże zaproszenie: do intensywniejszego z Nim kontaktu, bo przecież czasu nam teraz nie brakuje; do refleksji nad swoim życiem, kierunkiem w jakim zmierzało nim nas zatrzymał koronawirus; do odważnego stanięcia w obliczu ewentualnej własnej śmierci z pytaniem – gdzie jest mój skarb, co nim jest, gdzie jest moje serce, czym zajęte, czy jestem gotów, w słabości ale i zaufaniu, stanąć przed Bogiem, gdyby śmierć przyszła właśnie teraz…; do modlitwy za siebie i bliskich, a szczególnie za zakażonych, chorych i pomagających im; także do modlitwy za umierających, bo teraz z odchodzeniem wiążą się dodatkowe cierpienia (zaskoczenie, bo wirus tak intensywnie i niespodziewanie atakuje, samotność, brak obecności i wsparcia bliskich, intensywniejszy lęk i przerażenie tych, którym daleko do Boga…).

To ich mamy naszą serdeczną modlitwą składać w ręce Boga upraszając Jego miłosierdzia. Tak, czas pandemii to czas swoistych rekolekcji – przy zamkniętych kościołach, bez sakramentalnej Komunii, ale z tym żywiej obecnym Jezusem w naszej codzienności, tym rychlej odpowiadającym na nasze tęskne, może zalęknione czy niepewne, ale szczere wołania serca.

Niech się nie trwoży wasze serce i się nie lęka (J 14,1) – mówi Jezus – wasze życie, cenny dar jaki wam ofiarowałem, jest przeze Mnie strzeżony, bo przecież nawet włosy na waszej głowie są policzone (Mt 10,30), więc cokolwiek miałoby was spotkać nie będzie złośliwym i bezrozumnym przypadkiem, ale będzie tym co najlepsze dla was, na terazwierzycie Mi? (por. J 14,1)

s. E

O obiedzie z Jezusem

Biały welon o…

Dodano: 1 kwietnia 2020

o obiedzie z Jezusem

Mój drogi Czytelniku: czy zdarzyło Ci się jeść obiad z Jezusem? Czy przy Twoim stole przygotowałeś Mu miejsce – położyłeś najlepszą zastawę, zapaliłeś świece? I czy potem czekałeś aż potrawy znikną z półmisków?

Przyznam szczerze, że aż do momentu wstąpienia do klasztoru nawet przez myśl mi coś takiego nie przeszło.

Oczywiście znany jest mi zwyczaj „wolnego miejsca” przy wigilijnym stole, ale nikt nigdy go nie zajął, nikogo „obcego” przy nim nie powitałam, (gdy dziś to wspominam odczuwam żal, że być może gdybym lepiej poznała swoje otoczenie – sąsiadów z kamienicy, z pewnością znalazłaby się osoba samotna, z którą mogłabym zasiąść do wieczerzy).

W Karmelu „nowicjat” – czyli najmłodsze członkinie wspólnoty, mają za zadanie w Niedzielę Palmową udekorować refektarz, gdyż w ten dzień przy stole prezydialnym (czyli tam gdzie zwyczajowo siedzi przeorysza wraz z podprzeoryszą) zasiada Jezus.

Pomysłowość sióstr, co roku zaskakuje – dominuje motyw pobytu Jezusa w domu rodzeństwa: Łazarza, Marty i Marii, czyli przyjaciół, u których Nasz Pan szukał pokrzepienia i życzliwości przed czekającą Go męką. To także antycypacja w Ostatniej Wieczerzy i zadatek uczty w Królestwie Niebieskim.

Zatem w tym dniu i u nas, u sióstr z Bornego Sulinowa, Jezus szuka czułego, obecnego serca, które chce przy Nim i z Nim być, w chwili, gdy oczekuje na swoją Paschę. Rozmyślając o tej tradycji – wzruszam się głęboko!

Z drugiej strony oczami naszego ciała nie widzimy Jezusa i obiad nie znika z talerzy – choć przyznam szczerze, że za pierwszym razem odczułam zawód, że tak się nie stało 🙂 Ale Bóg nie lubi sztuczek, nie jest magiczny – tu chodzi o doświadczenie wiary i by uzewnętrznić postawę serca. To pewien sposób na zmaterializowanie przyjaźni.

Tak się zastanawiam, czy gdyby jedzenie faktycznie zniknęło z talerzy – poczułabym się lepiej? Byłabym bardziej wierząca? …gdy zaglądam do ewangelii czytam, że wielu widziało cuda Jezusa, a i tak nie wierzyli, domagali się coraz więcej znaków (faryzeusze, albo uczeni w Piśmie), a Jezus ostatecznie zapłakał nad Jerozolimą, która nie rozpoznała czasu swojego nawiedzenia… Dziś sztuczki robi szatan, by przez nie wciągać ludzi w okultyzm.

Cudu zaś doświadczam na każdej Eucharystii i przy każdym tabernakulum – cudu sakramentalnej żywej i prawdziwej obecności Jezusa na ziemi.

Napisałam, że podany Jezusowi obiad nie znika, muszę dodać sprostowanie, jednak znika – jest zwyczaj, że przyrządzone dania podajemy pierwszemu przychodzącemu w tym dniu gościowi 🙂 a w nim jest Jezus!

Tymczasem On w naszym refektarzu pragnie żebyśmy zjedli razem obiad, bo potrzebuje mnie tak, jak potrzebował przyjaciół z Betanii… ucztujemy razem, bo czas Wielkiego Tygodnia to uobecnianie tamtego czasu sprzed dwóch tysięcy lat, niejako zjednoczenie dwóch czasów, a może wręcz czas poza czasem – Boże teraz

 

„Karmię się twoją miłością i umieram z pragnienia, gdy o Mnie nie pamiętasz. Przytul Mnie i ukochaj i opatruj Moje Rany i osłoń Mnie, gdyż w wielu duszach trwa Moja Droga Krzyżowa i Moje Konanie…”

(z „Słowo pouczenia” A. Lenczewska)

„Nie zapominaj o Mnie. Tęsknij za Mną, tak jak Ja tęsknię za tobą. Miłuj Mnie tak, jak Ja ciebie miłuję. Szukaj Mnie tak, jak Ja szukam ciebie. Widzisz, że nie opuszczam cię nigdy!”.

(z: Wezwanie do miłości. Zapiski objawień Pana Jezusa Józefie Menendez zakonnicy Najświętszego Serca Jezusa.)

s. T

Cieśla

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2019

Cieśla

Ty, któryś życia prozy szarej
Ikoną piękna codziennego
O twarzy ogorzałej, starej
Mądrością świętą, przemodloną

O dłoniach dobrych, szorstkich, twardych
Zdrewniałych od ciesielskiej pracy
Sercu, jak Tora delikatnym
I oczach, które lśnią, jak gwiazdy

W kędziorach Twoja broda, głowa
Oczy brunatne, jak Twa ziemia
Ziemia świętego Jeszuruna
Ty, któryś jest, jak drżąca struna

Co w harfie Boga Najwyższego
Cierpliwie czeka, trwa i ufa
Czeka na dotyk Wszechmocnego
I słucha, tylko Jego słucha

By grać tę serca pieśń jedyną
Co stale brzmi w głębinach ducha:
Posłuchaj Święty Izraela
I Święty Izrael posłuchał

s. R.

ŚLUBY WIECZYSTE S. BARBARY 20.02.2020 r.

Rozmaite tematy

Dodano: 29 luty 2020

ŚLUBY WIECZYSTE S. BARBARY OD JEZUSA OBLUBIEŃCA- 20.02.2020 r.

Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci…?, zapytał mnie Jezus.

22 lutego 2020r. – tajemnica tego dnia pozostanie w moim sercu na zawsze.

Trudno opisać to, co się wydarzyło. – Szaleństwo miłości!

To wielka tajemnica, której pojąć nie zdołamy, także my bezpośrednio jej doświadczający: Bóg potężny i wspaniały wybiera człowieka… by go poślubić, Stwórca swoje stworzenie! Wszechmoc zawiera przymierze miłości ze słabością.

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść…

„Mario Barbaro od Jezusa Oblubieńca”, zawołał, na początku Liturgii, Pan, jak niegdyś młodego Samuela.

Hineni – „Oto jestem, Panie, Ty mnie wezwałeś”. Nie ja Ciebie, ale Ty mnie wybrałeś, przeznaczyłeś na to bym była Twoją i doprowadziłeś do dnia dzisiejszego.

Hineni – „Oto jestem. Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Ty mnie poprowadź. Dziś znam Twój głos, choć nie zawsze tak było. Wołałeś mnie po imieniu wiele razy, lecz ja Cię nie znałam, nie słyszałam, słyszeć nie chciałam…

Hineni – „Oto jestem”. Odpowiadam jak Abraham, gotów złożyć syna w ofierze. Świat nie ujrzy syna mego łona…, lecz Bóg podarował obiecane stokroć więcej – duchowych synów, braci i siostry.

Hineni – „Oto jestem”. Powtarzam w zachwycie za Mojżeszem. Miejsce na którym stoję, jest ziemią świętą, tu Bóg przygląda się i wysłuchuje płaczu swojego ludu. Tu, gdzie modlitwy wznoszą się jak dym kadzideł, i bramy nieba się otwierają. Gdzie zstępuje anioł mówiąc: Nie bój się…, znalazłaś łaskę u Boga, On chce dokonać rzeczy wielkich…

Pragnienia Oblubieńca są moimi więc i ja wołam chcę, chcę, chcę … Fiat voluntas Tua! Nie lękam się, bo Pan mi obiecał: Wystarczy ci Mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali. A zatem z zuchwałością dziecka obiecuję od dziś już na zawsze z Maryją Dziewicą żyć wiernie w całkowitym oddaniu się Chrystusowi, naśladując Jego samego, czystego, ubogiego i posłusznego.

Czarny welon opada na ramiona, zasłania twarz, a ja ogłaszam zebranej społeczności niebian i ziemian „Zostałam poślubiona Temu, który jest Synem Odwiecznego Ojca, narodził się z Maryi Dziewicy i stał się Zbawicielem całego świata”. Radujcie się ze mną wszyscy, którzy to słyszycie. Dziś na stole ołtarza składamy Bogu Ojcu złączone w miłosnym uścisku Ciało i Krew Umiłowanego oraz życie Jego oblubienicy. Tak ołtarz staje się łożem miłości, a prezbiterium komnatą weselną. Lilie i białe różyczki, jak druhny, tańczą pośród mirtowych gałązek Oblubieńca. Mój Miły jest mój, a ja jestem Jego. Teraz i na wieki!

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść i nie ma dla mnie szczęścia poza Tobą!

Wesele oraz szczęście przeżywane we wspólnocie promieniuje, także ślubnych gości nawiedził Duch radości i pokoju. Stąd też wielu z nich pragnie jeszcz wrócić do tego miejsca, gdzie doświadczyli przedsionku nieba uczestnicząc w Godach Baranka.

W mojej codzienności pozornie niewiele się zmienia, rano zakładam czarny welon, a nie jak dotychczas biały, oraz zajmę miejsce w kapitule klasztoru, natomiast istotowo już nic nie jest tak samo. Nie ma już Barbary, jest Jezus i Barbara! On i ja jedno jesteśmy i nic nas rozdzielić nie zdoła.

Panie Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię miłuję! Niech tę odpowiedź uwiarygodni każdy kolejny dzień.

s. Barbara

Orbita

Poezje

Dodano: 15 lutego 2020

orbita

Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

Rozmaite tematy

Dodano: 01 luty 2020

Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

za: karmel.pl

Właśnie zakończył się radosny, a przyznać trzeba, także kolorowy, pachnący, pełen serdecznych znaków życzliwości i miłości, okres Bożego Narodzenia. Już na wieczorne czuwanie, po komplecie wieńczącej uroczystość Chrztu Pańskiego, trzeba było wydobyć ze stalki nowe brewiarze. Wchodzimy w czas określany liturgicznie jako okres zwykły, pierwszy tydzień – słowem, powraca codzienność…

Otwierając ten nowy brewiarz natrafiłam na zakładkę z napisem, który przytoczyłam powyżej: Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

Codzienność i wielkość – pierwsze skojarzenie i wrażenie podpowiadają, że są to słowa należące do odmiennych rzeczywistości. Codzienność jawi się nam zwykle jako zwyczajność, powtarzalność, szarość aż po nudę, czy wręcz rutynę. Gdzie zatem leży tajemnica jej wielkości widziana przez Boga a często niezauważana przez nas? Doskonale wiemy i pamiętamy, że tak w wymiarze ogólnym, narodowym, jak i osobistym, dotykającym naszego skrawka ziemi, potrafimy się zmobilizować do walki, gdy stają przed nami duże, wyraziste wyzwania, gdy np. wróg jest jasno określony, niebudzący wątpliwości, że jest nieprzyjacielem i stoi po drugiej stronie barykady. Stajemy się wówczas mężni, waleczni, odważni, z szerokim, niezważającym na siebie gestem, rozmachem, czy wręcz brawurą… Gorzej jednak bywa w codzienności, gdy sprawy, o które trzeba walczyć są drobne, zwyczajne, jak poranne wstawanie na dźwięk budzika, czy klasztornej matraki, wykonanie nieciekawej pracy do końca, wytrwanie na modlitwie do ostatniej wyznaczonej minuty, wierność drobnym postanowieniom, której nikt nie widzi, nie podziwia, nie nagradza… Trudniej też walczyć, gdy wróg jest ukryty – czasem w nas samych, a mający na imię lenistwo, wygodnictwo, egoizm, niepohamowana ambicja, pycha, łakomstwo, zachłanność, lub gdy sam szatan, przebierając się w anioła światłości, rozmywa rzeczywistość, mami swoimi kłamstwami, bagatelizuje powagę spraw, proponuje tysiące, wiarygodnych zdawałoby się, wymówek, usprawiedliwień, by odpuścić sobie, zrezygnować z walki, starań, wierności dobru…

Dlaczego Bóg tak kocha codzienność, możemy się jedynie domyślać, zbierając naszą wiedzę i doświadczenie a także słuchając świętych, by wymienić chociażby mistrzynię codzienności, jaką jest święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Ona i wielu innych nie tyle pytają, dlaczego Bóg kocha codzienność, co dzielą się tym, co odkryli, czyli jak odnaleźć i spotykać Boga we własnej codzienności, zawsze i we wszystkim.

Taka codzienność bez fajerwerków, gdy już znikną kolorowe, świąteczne dekoracje, czerwone i złociste bombki, szarfy i ozdoby, pachnąca jedlina, codzienność pozornie zwyczajna, ma swój łagodny koloryt, ukryte piękno, które rozjaśnia Boża obecność. Nasz Bóg się wcielił i pozostał z nami. Od wieczności ukochał człowieka, wędrował z nim, rozmawiał jak przyjaciel z przyjacielem, aż po cud Wcielenia, narodzenia w ludzkim ciele, gdy zamieszkał nie tylko ze swoim ludem, ale w sercu swego ludu, w sercu każdego człowieka. Dyskretny i delikatny, choć niepojęty i potężny, mieszka w nas i pośród nas. Daje się rozpoznać w ciszy wieczoru, w mozole pracy, w łagodności serca, które namaszcza Swą łaską…

Wielkość, to odkryć obecnego Boga i trwając w wewnętrznym zjednoczeniu z Nim przyjmować i podejmować wszystko, co niesie codzienność. To wyznawać Bogu z wiarą – wszystko mądrze uczyniłeś, ziemia jest pełna Twej łaski. Wielkość, to przyjąć każdy drobny dar i zadanie, jakie Bóg przed nami stawia każdego dnia.

s.E.