Mini czytelnia Mini czytelnia Mini czytelnia Mini czytelnia Mini czytelnia

Echo modlitwy i życia, czyli mini czytelnia karmelitańska, w której znaleźć można drobne okruchy słów, myśli, czy refleksji naszych sióstr, które udało się wyciągnąć z karmelitańskich szuflad. Niektóre teksty powstały jakby mimochodem, zrodziły się w sercu podczas modlitwy, zwyczajnej codziennej pracy, inne są echem głębszej refleksji, lektury Biblii, smakowania i wnikania w glebę codzienności. Będą tu zatem poezje, nowicjackie odkrycia pod tytułem: biały welon o…, biblijne migawki pisane słowem i obrazem, echo lektur, rozmaite tematy związane z wydarzeniami życia, czy inne jeszcze teksty… na tle zdjęć wykonanych przez nasze siostry. Tutaj też, w zakładce muzyka, zbierać będziemy to, co ukazało się na naszej stronie w dźwiękowej formie.

SŁOWO – Rozmaite tematy

Pascha s. Marii Klary od Miłosierdzia Bożego – przejście ze wspólnoty otaczających ją sióstr w ramiona Ojca

Rozmaite tematy

Dodano: 01 czerwca 2020

Pascha s. Marii Klary od Miłosierdzia Bożego –
przejście ze wspólnoty otaczających ją sióstr w ramiona Ojca.

 

S. Maria Klara od Miłosierdzia Bożego – Sylwia Szpytko

Urodziła się 27.04.1973 r. w Wałbrzychu, jako pierworodna córka Tadeusza i Barbary. Ma o rok młodszą siostrę, Elżbietę i 21 lat młodszą, przyrodnią siostrę Elizę, z drugiego związku mamy. Rodzice rozwiedli się, obie córki wychował ojciec.

Pierwsze znaki powołania odczuła jako mała dziewczynka, gdy mama opowiadała jej o „zamkniętych siostrach, które całe życie się modlą”. W liceum wiedziała już, że chce, by Jezus był jej jedynym Oblubieńcem. Wtedy też, na Oazie, po raz pierwszy zetknęła się z pismami św. Jana od Krzyża, które bardzo ją pociągnęły.

Wstąpiła do Karmelu wrocławskiego po maturze, w roku 1992, tam spędziła 12 lat. Pierwszą profesję złożyła 8.grudnia 1994 r., a wieczystą 3 lata później. Do Bornego przybyła w 2004 roku, na 3 miesiące odpoczynku, które przedłużyły się do 1,5 roku. W 2006 poprosiła o przyjęcie do naszej wspólnoty. Przyjęłyśmy ją na 3 lata, po nich zaś na stałe. Kiedy pytałyśmy o motywację prośby o przeniesienie, powtarzała niezmiennie: „Tu jest mój dom”. Nie każda z nas rozumiała, co się kryje dla niej pod słowem „dom”, ale intuicyjnie czułyśmy, że jest to coś bardzo ważnego. W Bornem znalazła duchową matkę w św.p. s.Teresie (Kieniewicz), z którą bardzo się związała i miała w niej mocne oparcie.

Dała się poznać jako osoba o dużej wrażliwości na drugiego człowieka, pielęgnowała przyjaźnie i była im wierna do ostatnich chwil życia. Kilka dni przed śmiercią zaprosiła siostry, by przychodziły do niej, aby się pożegnać – każda osobiście.

Była bardzo sumienna, dokładna i obowiązkowa, zatem powierzano jej odpowiedzialne prace zarówno w klasztorze we Wrocławiu, jak i potem w Bornem Sulinowie. Była kilkakrotnie radną, kołową, ogrodniczką, infirmerką, ekonomką, zakrystianką, zajmowała się habitami, szyła i haftowała szaty liturgiczne. Kochała liturgię, pięknie śpiewała, zatem prowadziła śpiewy podczas oficjum i na mszy św. Była miłośniczką śpiewu gregoriańskiego. Pod koniec życia uczyła nas zasad tego śpiewu wedle metody z Solesmes. Przygotowywała też lekcje dla nowicjatu. Miała smykałkę do historii, prowadziła ciekawe lekcje z historii Kościoła. Czytała Ojców, a jej ulubionymi teologami byli Benedykt XVI i kard. Sarah. Najbliżsi mówili, że była „bardzo poukładana”. Jednak nie była sztywna, ani zasadnicza. Miała duży dystans do świata i do siebie, potrafiła ironizować i śmiać się z samej siebie. W Bornem bardzo jej się podobały kapituły. My bywałyśmy często nimi zmęczone, a s.Klara na to mawiała, że ceni sobie nasze „burze mózgów” i cieszy się, gdy każda siostra swobodnie wypowiada swoje zdanie na różne tematy. Lubiła też rekreacje, odprężało ją proste bycie ze wspólnotą. Kochała motyle, potrafiła nazwać wszystkie niemal gatunki, jakie wylęgają się w naszym lesie. Robiła im piękne zdjęcia, potrafiła czekać i zbliżyć się do tych płochliwych stworzeń na kilka centymetrów.

Choroba nowotworowa została odkryta 4 lata temu i szybko postępowała, zajmując kości, a potem inne organy. S.Klara nie poddawała się, walczyła podejmując kolejne chemie i operacje, a także pomagając sobie dietą. W końcówce życia znalazła oparcie w św. Hildegardzie, której wizja świata bardzo jej odpowiadała. Znalazła pokój w konsekwentnym, całościowym dążeniu do harmonii ze sobą, z innymi i z Bogiem. W ostatnich tygodniach życia odżywiała się głównie odrobiną orkiszu, mąki kasztanowej i kopru włoskiego. Śmiałyśmy się, że wszystkie prognozy lekarskie, które opiewały jej rychłą śmierć, zostały obalone przez hildegardową dietę. Na niej siostra czuła się dobrze, nie cierpiała na dodatkowe dolegliwości, płynące z zajętej przez nowotwór wątroby.

Dała nam świadectwo pięknego, powolnego, cierpliwego odchodzenia i oswajania się ze śmiercią. Kochała życie, nie chciała umierać, miała wiele planów i marzeń. Ale zawsze powtarzała jak refren: „Chcę tego, co Jezus chce, niech będzie jak On chce”. Odprawiałyśmy kilka nowenn o jej uzdrowienie, i niezmiennie, na pytanie, czy chce być uzdrowiona, odpowiadała – „Chcę, by było tak, jak Bóg chce”. Swoją chorobę ofiarowała za mamę, która od jej wieczystej profesji całkowicie zerwała z nią kontakt.

Gdy nadeszła ostatnia prosta, w marcu tego roku, przeżyła prawdziwą „żałobę po życiu”. Opłakiwała swoje skrócone przez chorobę życie. Potem wkroczyła w fazę pogodzenia i oswajania się z myślą, że śmierć realnie się zbliża. Z coraz większym pokojem i pogodą ducha, a nawet humorem przygotowywała się na ten moment, porządkując swoje rzeczy i żegnając się z bliskimi osobami. Jezus dał jej wielką pociechę spotkania z mamą. W marcu siostra napisała do niej pożegnalny list, pełen słów miłości i wyrozumiałości. Reakcja mamy była natychmiastowa – zadzwoniła do niej i rozmawiały pierwszy raz od 23 lat… Mama od początku choroby wiedziała, że życie Klary jest zagrożone, jednak nie potrafiła zdobyć się na spotkanie z nią. Wkrótce mama przyjechała i nastąpiło wymarzone pojednanie/ Mama była pełna skruchy i żalu za swoje zamknięcie na najstarszą córkę. Tato Klary natomiast okazywał jej zawsze wiele miłości i troski. Przez ostatni miesiąc jej życia mieszkał u nas, wykonując rozmaite prace jako elektryk, a także ogrodnik – tego fachu nauczył się od naszego pracownika, pana Andrzeja. Mógł też niemal co dzień choć przez chwilę rozmawiać z córką w rozmównicy. Siostra niemal do końca była samodzielna, uczestniczyła z nami we mszy św., codziennie chodziła na spacery – opierając się o którąś z nas. Dopiero w ostatnim dniu życia nie była w stanie przyjść na Eucharystię do chóru. Była bardzo osłabiona, wychudzona i odwodniona, organizm był już bardzo wyniszczony. Nawet wtedy wszakże zażądała, by „spacer” odbył się za sprawą otwartego na oścież okna w infirmerii. Siedziała na wózku i zachwycała się kwiatkami. Do końca żyła pełnią życia, na miarę swoich sił. W ostatnich miesiącach objawiła się z mocą jej autonomia. Tydzień przed śmiercią poprosiła nas, byśmy modliły się dla niej o dobrą śmierć. Czuła się wyczerpana chorowaniem.

Otrzymałyśmy wielką łaskę, mogąc być przy niej w chwili śmierci. Agonia zaczęła się ok. godz. 21 i trwała 6 godzin. Wtedy ogarnęły ją totalne bóle, bo dotąd dawało się lekami niemal całkowicie je uśmierzać. Przez cały ten czas towarzyszyła jej Nasza Matka z s.Agnieszką, s.Miriam i s.Barbarą, które były najbliżej niej w czasie choroby. Nasza Matka przeprowadzała ją na drugi brzeg podając jej wodę z Lourdes, która na pół godziny uśmierzyła bóle. Następnie pytała ją, czy ofiarowuje swoje cierpienie w konkretnych intencjach, na co s.Klara odpowiadała zdecydowanym „Tak”! Wezwała wspólnotę ok. 2.30 w nocy, 23. maja, bo chciała, „by siostry jej pomogły”. Gdy tylko zaczęłyśmy modlitwy przy jej łóżku, uspokoiła się i, ściskając krzyż, czekała na swój kres. Na chwilę przed śmiercią w jej oku pojawiła się łza. Widziała już Kogoś…? Jej śmierci towarzyszył wielki pokój, a nas ogarnęła radość. Odeszła w czasie odmawiania tajemnicy Wniebowzięcia, za pięć trzecia. Wierzymy, że Maryja zabrała ją prosto do Jezusa, do Nieba, jak tego bardzo pragnęła.

Pogrzeb s.Klary odbył się 26. maja 2020 r. Od 9.00 do 12.00 ciało w otwartej trumnie było wystawione w chórze zakonnym, blisko kraty. Każdy, kto chciał, mógł Siostrę pożegnać. O godz. 12.00 została odprawiona Eucharystia w naszej kaplicy przez 13 księży odzianych w białe ornaty – takie było życzenie Zmarłej. Przewodniczył jej biskup pomocniczy naszej diecezji, Krzysztof Zadarko, N.O. Jan Malicki przeczytał biogram Siostry, a o.Serafin Tyszko wygłosił płomienną, paschalną homilię. Obecni byli rodzice i obie siostry. Równolegle w kościele parafialnym była odprawiana Eucharystia w intencji s.Klary dla osób, które nie zmieściły się w kaplicy klasztoru (według przepisów epidemiologicznych mogło być u nas tylko 7 osób). Potem udaliśmy się procesyjnie na cmentarz klasztorny, także osoby, które doszły z kościoła parafialnego. Zdaje się, że zmieściliśmy się w liczbie 50 osób… Ceremonii pogrzebu przewodniczył Ojciec Prowincjał. Mimo łez i żalu, towarzyszyła nam Boża radość i odczuwalny przez wszystkich pokój. Usłyszałyśmy później od kilku osób, że pierwszy raz uczestniczyli w takim pogrzebie, byli nam bardzo wdzięczni. Wszyscy włączyli się w piękny śpiew s.Sary, Uczennicy Krzyża, która podczas spuszczania trumny do grobu mocnym głosem zaintonowała: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie!”

Klaro, wierzymy, że wstąpiłaś w Życie, które zawsze tak bardzo kochałaś.

Zza krat Karmelu

Rozmaite tematy

Dodano: 06 kwietnia 2020

Zza krat Karmelu

Niewiele wiem o tym, jak wygląda codzienne życie w czas pandemii koronawirusa. Jak uciążliwe są ograniczenia w wychodzeniu z domu i załatwianiu koniecznych spraw. Jak niewygodne są maseczki, choć je szyjemy, jak męczące używanie rękawiczek, czy nieustanna dezynfekcja. Jak trudne jest stałe przebywanie w domu. Jak głęboko drąży serca i umysły niepokój o zdrowie własne i bliskich, o pracę i płacę, słowem – o przyszłość…

Niewiele wiem o tym, co to dla was znaczy, gdyż karmelitanka bosa i tak nie wychodzi z domu na zakupy, jest pozbawiona (chyba, że jest przeoryszą) wielu egzystencjalnych trosk, no i nieustannie przebywa w domu – klasztorze, dodatkowo odgrodzona murem i kratami. Może tylko z tą różnicą, że w większej przestrzeni i w milczeniu, co może jedynie złagodzić ewentualne starcia, jakie w tym czasie przymusowej kwarantanny pewnie zdarzają się w rodzinach.

Wiem jednak, co znaczy pragnąć zdrowia i pokoju serca dla bliskich nam osób i tych dalszych. Wiem, co znaczy głęboko przeżywać los tych, co odchodzą, może niepojednani z Bogiem, w samotności, w lęku i udręce. Wiem, co znaczy współodczuwać.

Ale wiem jeszcze jedno: że nasze serca i całe nasze życie jest ukryte w dłoni i sercu Boga. Że On troszczy się z miłością o każdego z nas bez wyjątku. Że nigdy nie pozwoli, aby w nasze życie uderzył ślepy i nierozumny przypadek, bo On naszą historię pisze własną krwią, którą za nas wylał. To dlatego mogę być spokojna w czas ogólnego zagrożenia, które czyha nie wiadomo z której strony i zdaje się tym bardziej niepokoić im bardziej jest niewidoczne. Mogę i możemy być spokojni, bo wiemy, kto nad nami czuwa i to, że nic nie umyka Jego troskliwej i czułej uwadze.

A ten czas, tak inny, wymagający i budzący rozmaite obawy, o dziś i o jutro, to równocześnie Boże zaproszenie: do intensywniejszego z Nim kontaktu, bo przecież czasu nam teraz nie brakuje; do refleksji nad swoim życiem, kierunkiem w jakim zmierzało nim nas zatrzymał koronawirus; do odważnego stanięcia w obliczu ewentualnej własnej śmierci z pytaniem – gdzie jest mój skarb, co nim jest, gdzie jest moje serce, czym zajęte, czy jestem gotów, w słabości ale i zaufaniu, stanąć przed Bogiem, gdyby śmierć przyszła właśnie teraz…; do modlitwy za siebie i bliskich, a szczególnie za zakażonych, chorych i pomagających im; także do modlitwy za umierających, bo teraz z odchodzeniem wiążą się dodatkowe cierpienia (zaskoczenie, bo wirus tak intensywnie i niespodziewanie atakuje, samotność, brak obecności i wsparcia bliskich, intensywniejszy lęk i przerażenie tych, którym daleko do Boga…).

To ich mamy naszą serdeczną modlitwą składać w ręce Boga upraszając Jego miłosierdzia. Tak, czas pandemii to czas swoistych rekolekcji – przy zamkniętych kościołach, bez sakramentalnej Komunii, ale z tym żywiej obecnym Jezusem w naszej codzienności, tym rychlej odpowiadającym na nasze tęskne, może zalęknione czy niepewne, ale szczere wołania serca.

Niech się nie trwoży wasze serce i się nie lęka (J 14,1) – mówi Jezus – wasze życie, cenny dar jaki wam ofiarowałem, jest przeze Mnie strzeżony, bo przecież nawet włosy na waszej głowie są policzone (Mt 10,30), więc cokolwiek miałoby was spotkać nie będzie złośliwym i bezrozumnym przypadkiem, ale będzie tym co najlepsze dla was, na terazwierzycie Mi? (por. J 14,1)

s. E

ŚLUBY WIECZYSTE S. BARBARY 20.02.2020 r.

Rozmaite tematy

Dodano: 29 luty 2020

ŚLUBY WIECZYSTE S. BARBARY OD JEZUSA OBLUBIEŃCA- 20.02.2020 r.

Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci…?, zapytał mnie Jezus.

22 lutego 2020r. – tajemnica tego dnia pozostanie w moim sercu na zawsze.

Trudno opisać to, co się wydarzyło. – Szaleństwo miłości!

To wielka tajemnica, której pojąć nie zdołamy, także my bezpośrednio jej doświadczający: Bóg potężny i wspaniały wybiera człowieka… by go poślubić, Stwórca swoje stworzenie! Wszechmoc zawiera przymierze miłości ze słabością.

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść…

„Mario Barbaro od Jezusa Oblubieńca”, zawołał, na początku Liturgii, Pan, jak niegdyś młodego Samuela.

Hineni – „Oto jestem, Panie, Ty mnie wezwałeś”. Nie ja Ciebie, ale Ty mnie wybrałeś, przeznaczyłeś na to bym była Twoją i doprowadziłeś do dnia dzisiejszego.

Hineni – „Oto jestem. Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Ty mnie poprowadź. Dziś znam Twój głos, choć nie zawsze tak było. Wołałeś mnie po imieniu wiele razy, lecz ja Cię nie znałam, nie słyszałam, słyszeć nie chciałam…

Hineni – „Oto jestem”. Odpowiadam jak Abraham, gotów złożyć syna w ofierze. Świat nie ujrzy syna mego łona…, lecz Bóg podarował obiecane stokroć więcej – duchowych synów, braci i siostry.

Hineni – „Oto jestem”. Powtarzam w zachwycie za Mojżeszem. Miejsce na którym stoję, jest ziemią świętą, tu Bóg przygląda się i wysłuchuje płaczu swojego ludu. Tu, gdzie modlitwy wznoszą się jak dym kadzideł, i bramy nieba się otwierają. Gdzie zstępuje anioł mówiąc: Nie bój się…, znalazłaś łaskę u Boga, On chce dokonać rzeczy wielkich…

Pragnienia Oblubieńca są moimi więc i ja wołam chcę, chcę, chcę … Fiat voluntas Tua! Nie lękam się, bo Pan mi obiecał: Wystarczy ci Mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali. A zatem z zuchwałością dziecka obiecuję od dziś już na zawsze z Maryją Dziewicą żyć wiernie w całkowitym oddaniu się Chrystusowi, naśladując Jego samego, czystego, ubogiego i posłusznego.

Czarny welon opada na ramiona, zasłania twarz, a ja ogłaszam zebranej społeczności niebian i ziemian „Zostałam poślubiona Temu, który jest Synem Odwiecznego Ojca, narodził się z Maryi Dziewicy i stał się Zbawicielem całego świata”. Radujcie się ze mną wszyscy, którzy to słyszycie. Dziś na stole ołtarza składamy Bogu Ojcu złączone w miłosnym uścisku Ciało i Krew Umiłowanego oraz życie Jego oblubienicy. Tak ołtarz staje się łożem miłości, a prezbiterium komnatą weselną. Lilie i białe różyczki, jak druhny, tańczą pośród mirtowych gałązek Oblubieńca. Mój Miły jest mój, a ja jestem Jego. Teraz i na wieki!

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść i nie ma dla mnie szczęścia poza Tobą!

Wesele oraz szczęście przeżywane we wspólnocie promieniuje, także ślubnych gości nawiedził Duch radości i pokoju. Stąd też wielu z nich pragnie jeszcz wrócić do tego miejsca, gdzie doświadczyli przedsionku nieba uczestnicząc w Godach Baranka.

W mojej codzienności pozornie niewiele się zmienia, rano zakładam czarny welon, a nie jak dotychczas biały, oraz zajmę miejsce w kapitule klasztoru, natomiast istotowo już nic nie jest tak samo. Nie ma już Barbary, jest Jezus i Barbara! On i ja jedno jesteśmy i nic nas rozdzielić nie zdoła.

Panie Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię miłuję! Niech tę odpowiedź uwiarygodni każdy kolejny dzień.

s. Barbara

Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

Rozmaite tematy

Dodano: 01 luty 2020

Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

za: karmel.pl

Właśnie zakończył się radosny, a przyznać trzeba, także kolorowy, pachnący, pełen serdecznych znaków życzliwości i miłości, okres Bożego Narodzenia. Już na wieczorne czuwanie, po komplecie wieńczącej uroczystość Chrztu Pańskiego, trzeba było wydobyć ze stalki nowe brewiarze. Wchodzimy w czas określany liturgicznie jako okres zwykły, pierwszy tydzień – słowem, powraca codzienność…

Otwierając ten nowy brewiarz natrafiłam na zakładkę z napisem, który przytoczyłam powyżej: Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

Codzienność i wielkość – pierwsze skojarzenie i wrażenie podpowiadają, że są to słowa należące do odmiennych rzeczywistości. Codzienność jawi się nam zwykle jako zwyczajność, powtarzalność, szarość aż po nudę, czy wręcz rutynę. Gdzie zatem leży tajemnica jej wielkości widziana przez Boga a często niezauważana przez nas? Doskonale wiemy i pamiętamy, że tak w wymiarze ogólnym, narodowym, jak i osobistym, dotykającym naszego skrawka ziemi, potrafimy się zmobilizować do walki, gdy stają przed nami duże, wyraziste wyzwania, gdy np. wróg jest jasno określony, niebudzący wątpliwości, że jest nieprzyjacielem i stoi po drugiej stronie barykady. Stajemy się wówczas mężni, waleczni, odważni, z szerokim, niezważającym na siebie gestem, rozmachem, czy wręcz brawurą… Gorzej jednak bywa w codzienności, gdy sprawy, o które trzeba walczyć są drobne, zwyczajne, jak poranne wstawanie na dźwięk budzika, czy klasztornej matraki, wykonanie nieciekawej pracy do końca, wytrwanie na modlitwie do ostatniej wyznaczonej minuty, wierność drobnym postanowieniom, której nikt nie widzi, nie podziwia, nie nagradza… Trudniej też walczyć, gdy wróg jest ukryty – czasem w nas samych, a mający na imię lenistwo, wygodnictwo, egoizm, niepohamowana ambicja, pycha, łakomstwo, zachłanność, lub gdy sam szatan, przebierając się w anioła światłości, rozmywa rzeczywistość, mami swoimi kłamstwami, bagatelizuje powagę spraw, proponuje tysiące, wiarygodnych zdawałoby się, wymówek, usprawiedliwień, by odpuścić sobie, zrezygnować z walki, starań, wierności dobru…

Dlaczego Bóg tak kocha codzienność, możemy się jedynie domyślać, zbierając naszą wiedzę i doświadczenie a także słuchając świętych, by wymienić chociażby mistrzynię codzienności, jaką jest święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Ona i wielu innych nie tyle pytają, dlaczego Bóg kocha codzienność, co dzielą się tym, co odkryli, czyli jak odnaleźć i spotykać Boga we własnej codzienności, zawsze i we wszystkim.

Taka codzienność bez fajerwerków, gdy już znikną kolorowe, świąteczne dekoracje, czerwone i złociste bombki, szarfy i ozdoby, pachnąca jedlina, codzienność pozornie zwyczajna, ma swój łagodny koloryt, ukryte piękno, które rozjaśnia Boża obecność. Nasz Bóg się wcielił i pozostał z nami. Od wieczności ukochał człowieka, wędrował z nim, rozmawiał jak przyjaciel z przyjacielem, aż po cud Wcielenia, narodzenia w ludzkim ciele, gdy zamieszkał nie tylko ze swoim ludem, ale w sercu swego ludu, w sercu każdego człowieka. Dyskretny i delikatny, choć niepojęty i potężny, mieszka w nas i pośród nas. Daje się rozpoznać w ciszy wieczoru, w mozole pracy, w łagodności serca, które namaszcza Swą łaską…

Wielkość, to odkryć obecnego Boga i trwając w wewnętrznym zjednoczeniu z Nim przyjmować i podejmować wszystko, co niesie codzienność. To wyznawać Bogu z wiarą – wszystko mądrze uczyniłeś, ziemia jest pełna Twej łaski. Wielkość, to przyjąć każdy drobny dar i zadanie, jakie Bóg przed nami stawia każdego dnia.

s.E.

Droga Krzyżowa 2019

Rozmaite tematy

Dodano: 01 marca 2019

Droga Krzyżowa 2019

Papież Franciszek, na audiencji ogólnej 30. stycznia tego roku, zachęcał wszystkich: Odprawiajcie Drogę Krzyżową, wspominając, że sam nosi nieustannie w kieszeni małą książeczkę z Drogą Krzyżową, którą otrzymał jeszcze w Buenos Aires. My proponujemy nie tyle książeczkę, co bardziej współczesną formę: slajdy, które za pośrednictwem słów i obrazów opowiedzą o Drodze Krzyżowej Jezusa i naszej, w przestrzeni karmelitańskiej kaplicy.

Pójście wraz z Maryją za Jezusem niosącym krzyż jest szkołą życia chrześcijańskiego: tam uczymy się cierpliwej, milczącej, konkretnej miłości. Wyznam Wam: bardzo lubię odprawiać nabożeństwo Drogi Krzyżowej (…) Odprawiajcie Drogę Krzyżową, bo jest to naśladowanie Jezusa wraz z Maryją drogą krzyża, na której On za nas, dla naszego odkupienia, oddał swe życie…

Papież Franciszek

O. Szustak w Karmelu

Rozmaite tematy

Dodano: 01 stycznia 2019

Patronalne święto Karmelu w Bornem przypada pierwszego stycznia – świętej Bożej Rodzicielki, czyli Maryi, Matki Pojednania. Na ten czas proponujemy biblijną konferencję o. Szustaka, jaką, zainspirowany naszą tytulacją, wygłosił podczas wrześniowego pobytu u nas.

o.szustak-w-karmelu

Słowo Boże na drogach naszej codzienności

Rozmaite tematy

Dodano: 15 grudnia 2019

Słowo Boże na drogach naszej codzienności

Podoba mi się to znalezione w Internecie zdjęcie brzemiennej Maryi, wędrującej na osiołku, oczywiście z Józefem, do Betlejem. Z pewnością nie wyróżniała się, jak na tym obrazie, bijącym w oczy blaskiem ukrytego w łonie Jezusa. Gdyby tak było, nie musieliby pukać bezskutecznie do tylu drzwi, a ostatecznie znaleźć schronienie w zimnej, zwierzęcej grocie. Obraz ten przywołuje mi też natychmiast na pamięć strofę św. Jana od Krzyża. To tak zwana letrilla, którą bracia śpiewali jako refren, wędrując w noc Bożego Narodzenia po klasztorze i pukając do cel zakonników. Na takie pukanie trudno nie odpowiedzieć otwartymi na oścież drzwiami i sercem. Co jednak z tym codziennym, ukrytym przychodzeniem Jezusa, bez blasku, aureoli, w przebraniu szarej codzienności…

W niektórych hiszpańskich wydaniach poezji św. Jana od Krzyża czwarty werset tej strofy zaopatrzony jest pytajnikiem – wówczas należałoby go tłumaczyć: Czy więc Jej dasz schronienie?

Zmieniając czasy i przypadki słów można tę strofę nucić na wiele sposobów w czasie Adwentu. Taka nieustanna modlitwa rozbudzająca serce do czuwania i otwartości na przychodzenie Bożego Słowa, Jezusa z Maryją w ukryciu prostej, czasem niewygodnej i nie w porę, codzienności: do mnie dziś przyjdź po drodze, uczyń w mym sercu schronienie…

Dziewica Przenajświętsza

Ze Słowem Bożym w łonie

Do ciebie przyjdzie z drogi,

Jeśli Jej dasz schronienie.

s. E.

NA DRODZE KRZYŻOWEJ Z JEZUSEM

Rozmaite tematy

Dodano: 23 lutego 2018

NA DRODZE KRZYŻOWEJ Z JEZUSEM

„Gdzie Ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie Ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam” –  te słowa z księgi Rut trafnie opisują odpowiedź, jaka rodzi się w sercu osoby, która odkryła swoje powołanie. To pierwsze pójście za Jezusem realizuje się nieustannie, każdego dnia, a jego głębia i prawdziwość potwierdza się szczególnie w chwilach trudnych – dojmującej samotności, niezrozumienia, odrzucenia, trudu i cierpienia mających posmak śmierci. Ból drogi krzyżowej – Jezusa i tej naszej, w codzienności życia – to nie jest jednak ostatnie słowo. Ostatnie należy do Boga i dlatego Jego Słowa dające światło i nadzieję kończą te krótkie rozważania, które, ufam, przybliżą nas do Jego zranionego i miłosiernego Serca.

s. E.

Boża Rodzicielka – Matka naszego pojednania

Rozmaite tematy

Dodano: 1 stycznia 2018

Boża Rodzicielka – Matka naszego pojednania

Pierwszy stycznia, święto Bożej Rodzicielki i obchodzony już od wielu lat światowy dzień pokoju, został obrany przez borneńską wspólnotę Karmelu jako dzień patronalny: Maryi Matki Pojednania. Uroczystość Maryi, Bożej Rodzicielki, kończy oktawę Bożego Narodzenia. Może także dlatego, gdy myślimy o Bożej Rodzicielce, zwykle mamy przed oczyma liczne obrazy Maryi tulącej w ramionach Dziecko, nowonarodzonego Jezusa. I choć Jezus, narodzony na palestyńskiej ziemi, owinięty był w proste, ubogie pieluchy, jak każde żydowskie dziecko, poddany tym samym zwyczajom, żył rytmem skromnej, hebrajskiej rodziny, od pierwszego momentu pojawienia się na ziemi jest Księciem Pokoju, ukrywającym w drobnym ciele niemowlęcia całą moc Bożą.

Ma granice Nieskończony, jak śpiewamy w kolędzie. Ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi, dopowiada święty Paweł w znanym hymnie z Listu do Filipian. Co więcej: uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.

Na starych, dziewiętnastowiecznych obrazkach, można zobaczyć maleńkiego chłopczyka w białej szatce, Jezusa, śpiącego nie w żłóbku wyłożonym miękkim siankiem, ale na twardych kawałkach drewna, złożonych w krzyż. Cień krzyża, patrząc poza zasłonę świątecznych, różnokolorowych ozdób, możemy zauważyć już w Betlejem. W kruchości i słabości bezbronnego dziecka zobaczyć Boga, który ograniczył swoją wszechmoc do miary człowieczej, objawił istotę swojej potęgi w pokornej miłości, wydanej bez jakichkolwiek zabezpieczeń, ograniczeń.

Ikona Maryi, Matki Pojednania, którą czcimy w borneńskim Karmelu, przedstawia Maryję w postawie stojącej, ze wzniesionymi dłońmi, niczym orantka uwielbiająca Boga i zanosząca równocześnie przed Jego tron wstawiennicze modlitwy. W medalion na wysokości Jej serca nie jest wpisany Jezus jako małe dzieciątko, ale Jezus umierający na krzyżu, dopełniający swoje dzieło zbawcze rozpoczęte w betlejemskiej grocie. Jezus na krzyżu, mocą swej przelanej krwi, burzy wszelki rozdzielający nas mur, a w sobie zadawszy śmierć wrogości, jednoczy nas z Bogiem, między nami i w głębi naszych serc. On bowiem jest naszym pokojem. Trzeba nam o tym pamiętać, gdy wyciągamy rękę z opłatkiem, gdy ślemy czy składamy życzenia. Czystość i biel opłatka, dążenie do przebaczenia i gotowość pojednania, nie mają swego żródła w uroku świątecznej atmosfery, w naszych staraniach czy dobrych postanowieniach, ale w Jego życiu wydanym za nas – od kenozy Wcielenia w ciszy Nazaretu po chwałę wywyższonego Pana na Krzyżu Golgoty.

Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony;
ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony…

s. E.

Żyje Bóg, przed Obliczem którego stoję…

Żyje Bóg, przed Obliczem którego stoję…

Dodano: 08 sierpnia 2017

Myślę, że na dwadzieścia lat istnienia naszej wspólnoty w Bornem można spojrzeć choćby w kluczu eliaszowego spotkania z Bogiem na górze Horeb, zapisanego w 19. rozdziale pierwszej Księgi Królewskiej.

Historia klasztoru w Bornem Sulinowie – Karmelu Maryi, Matki Pojednania – korzeniami swymi sięga Karmelu Matki Bożej Wielkiego Zawierzenia w Gdyni Orłowie. Powstały w 1981 roku gdyński Karmel już po kilku latach przekroczył zwyczajową liczbę 21 sióstr. Liczne, kolejne powołania, gotowość sióstr na podjęcie nowej fundacji, a także zgoda przełożonych otwarły drzwi poszukiwaniom odpowiedniego miejsca. Trwały one kilka lat (od Przemyśla po Sejny, od Zielonej Góry po Petersburg…) i ostatecznie, 21 czerwca1993 roku,  przywiodły do Bornego Sulinowa, miasteczka niedawno opuszczonego przez  stacjonujące tu wojska radzieckie.

Tak rozpoczyna się opowieść o naszych początkach, którą można przeczytać, czy to w zakładce Historia klasztoru w Bornem czy w Więcej o nas. Początki klasztoru ściśle splatają się z początkami  miasta, które właśnie w czerwcu 1993 roku zostało oddane przez Rosjan, powróciło na mapy Polski, a niedługo potem otrzymało prawa miejskie i otworzyło się na przybyszów z różnych stron kraju.

Po czterech latach przygotowań my też usłyszałyśmy to definitywne wezwanie, skierowane niegdyś do Eliasza:  Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!

Naszą górą stało się Borne, do którego przyjechałyśmy dziewięcioosobową grupą 14 sierpnia 1997 roku.

s. E.

Czytaj więcej