Poezje

Dodano: 01 kwietnia 2026
WIELKI TYDZIEŃ
Takie te dni są ważne, święte
A ptaszek śpiewa, słońce świeci
Bóg się dziś trudzi nad zbawieniem
A obok śmiesznie śmieją się dzieci
Nie onieśmiela Bóg miłością
Skrytą w zieleni świeżej, młodej
Jak ona wiecznie takiej samej
I w swej wierności, zawsze nowej
s. R
Rozmaite tematy
Dodano: 15 marca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”
WSPÓŁCZEŚNI TRĘDOWACI
Zaangażowana i uwielbiana przez uczniów młoda nauczycielka, matka dwójki dzieci, Elena, pewnego ranka musi przejść przez wyludnione ulice i dotrzeć samotnie do przystani, skąd zostanie przewieziona na wyspę bez powrotu – na Spinalongę. Odprowadzany w tym samym kierunku jest też mały chłopiec, z przerażeniem i bólem na twarzy, zostawiający rodziców. To u niego wykryto pierwsze oznaki choroby, które – długo skrywane – stały się przyczyną zarażenia się nauczycielki. Wspólnie zatem wyruszają na wyspę śmierci, wyspę trędowatych, bez szansy powrotu i kontaktu z rodziną, która pozostaje w miasteczku z rozdartym sercem… To scena z książki Wyspa autorstwa Victorii Hislop.
A działo się to nie w odległych, biblijnych czasach, gdzie izolacja osób trędowatych była radykalna, o czym wspomina niejeden ewangeliczny opis. Opowieść o greckiej wyspie Spinalonga u wybrzeży Krety, to historia z pierwszej połowy dwudziestego wieku. I nawet później, gdy wynaleziono lek na trąd i przekonywano, że przestał on być już tak groźny i zaraźliwy, ostracyzm wobec osób naznaczonych śladami trądu pozostał. Taki sam, jak współcześnie często jest kierowany w stronę osób psychicznie chorych, których posługujący wykluczonym bracia z Bronxu nazywają „współczesnymi trędowatymi”…
Wszyscy znamy, choćby pobieżnie, anatomię człowieka i wiemy, że wystarczy mała dysfunkcja, by organizm wszedł w stan chorobowy. Jednym dokucza wątroba, innym serce, jeszcze innych boli głowa, stawy czy kręgosłup. Niektórych dopada nowotwór, który budzi strach, ale też rodzi głęboką wyrozumiałość, współczucie i gotowość pomocy. Współczujemy osobom, u których zostaje zaburzona praca hepatocytów, komórek wątroby lub choćby nefrony, podstawowe jednostki funkcjonalne nerek czy inne specyficzne komórki ciała. Ale czy podobnie ma się sprawa, gdy zmiany i zaburzenia dotyczą komórek nerwowych, czyli neuronów, a nasz system nerwowy przestaje być giętką, czułą sprężyną czy struną i przestaje odpowiadać adekwatnie na dochodzące doń impulsy? Czasem niewielkie zmiany zachodzące tak w strukturze mózgu jak i w jego chemii (np. zaburzenia na poziomie neurotransmiterów takich jak serotonina, dopamina czy noradrenalina) stają się przyczyną rozmaitych zaburzeń, dysfunkcji fizycznych i poznawczych, jak i poważnych chorób psychicznych.
Gdy się źle odżywiamy może nas dopaść anemia, gdy natomiast przeżywamy długotrwały stres, wewnętrzne konflikty lub doświadczamy głębokiej traumy dochodzi nie tyle do strukturalnego uszkodzenia mózgu i zniszczenia samych neuronów. Źródłem obciążeń i zaburzeń staje się dysregulacja połączeń synaptycznych, równowagi chemicznej, nadwrażliwości receptorów itp. A to sprawia, że choć „radio” naszej głowy ma wszystkie elementy, to gałka głośności jest rozregulowana, boleśnie zaburza i plącze odbiór dźwięków…
Ci, którzy ze względu na poważne zaburzenia nerwowe i psychiczne nie radzą sobie z rzeczywistością, z życiem, z codziennością często trafiają do szpitali lub do ośrodków psychiatrycznych. Ale jest wielu takich, których zaburzenia czy choroby nie szkodzą innym, i które z trudem, ale radzą sobie z życiem i niosą ukryty ciężar choroby. Widoczne jej znaki potrafią jednak stygmatyzować i izolować, jak niegdyś trąd. Budzą niepewność, niechęć, niezrozumienie czy wręcz wstręt. Szczególnie wtedy, gdy choroba wprowadza w inny świat, naznacza fizyczność, mocno eksponuje inność.
Jeden ze wspomnianych braci z Bronxu – Brat Glen posługujący w najbardziej niebezpiecznej i opuszczonej części Nowego Jorku mówi wprost: „Dzisiejsi trędowaci to raczej osoby „szurnięte” z naszych społeczeństw, „stuknięci” czy upośledzeni umysłowo. (…) W USA chorzy psychicznie – z wyjątkiem najcięższych przypadków – nie są przetrzymywani w zakładach. Dzięki kuracji i opiece lekarskiej żyją „na wolności”. Faktycznie jednak wielu wegetuje w izolacji jak pariasi. Niektórzy pukają do naszych drzwi, by porozmawiać. Wszędzie, gdzie pójdą, są na listach oczekujących; ludzie odsuwają się od nich, kiedy monologują w metrze czy na ulicy… Te osoby mają ogromne potrzeby emocjonalne, ale nikt nie poświęca czasu na wysłuchiwanie tego, co mówią. Staramy się więc być nieco dyspozycyjni. Trzeba do nich wiele cierpliwości. Nie zawsze można dać im wszystko, czego chcą, ale przynajmniej odrobinę tego, czego potrzebują. Wysłuchanie, uśmiech, kawa…
Czy w tym kontekście nie warto zadać sobie pytania: dlaczego „wyżej cenione” jest cierpienie fizyczne niż psychiczne? Dlaczego to pierwsze łatwo znajduje nasze zrozumienie i współczucie, to drugie natomiast budzi w nas chęć ucieczki, odsunięcia się?
Oczywiście, ludzie psychicznie chorzy potrafią być nieobliczalni i trudni, natrętni i nieprzyjemni. Są też i tacy, którzy jedynie delikatnie odsłonią nam swoją kruchość…
Pamiętam kobietę, która przed laty podeszła do mnie przy sklepie w Szczecinie. Zauważyła mój różaniec na ręce i nieśmiało o niego poprosiła. Niegdyś nauczycielka, teraz z głęboką nerwicą i schizofrenią, została pozostawiona sama sobie, porzucona przez rodzinę, przez własne dzieci. Była tak delikatna, dyskretna i… tak bardzo obolała. Cóż mogłam zrobić więcej oprócz ofiarowania jest trzymanego na nadgarstku różańca…? Na długo pozostała w mojej pamięci i modlitwie. Ale czy modliłam się tak, jak brat Glen…?
„Kiedy wieczorem panuje względny spokój, w przerwie między dwoma dzwonkami telefonu, Gleen tak się modli: Panie, dziękuję Ci za łaskę, że mogę Ci służyć i Ciebie dotykać w Twoich ubogich, w tych wszystkich, którzy są nieprzyjemni, przychodzą nie w porę, nie podziękują, śmierdzą. Bez nich byłbym wydany na pastwę samego siebie i swojego egoizmu. Wiem też, Panie, że ja sam jestem trędowaty i że muszę pokochać tę chorą część samego siebie, bo Ty kochasz ją nieskończenie. Dziękuję za tych ubogich, którzy mi otworzą bramy Nieba”.
Cóż więcej dodać? Ci współcześni trędowaci mogą nam pomóc, mogą wyzwolić nas od samych siebie i choć odrobinę uwolnić od naszego egoizmu. A kiedyś może właśnie oni rozpoznają w nas tych, którzy przed nimi nie uciekli, nie strząsnęli ich z siebie, nie odsunęli się, nie zlekceważyli, nie wzgardzili, ale uszanowali, podeszli, podali dłoń, podarowali uśmiech, czy jakąkolwiek pomoc. I wtedy powiedzą: Jezu, to są owce! Białe owce! Na prawo je postaw!
A Zbawiciel tak się wtedy odezwie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem psychicznie chory, a przyjęliście Mnie i uszanowali.”
Natomiast ci z lewej strony usłyszą takie słowa:
Byłem chory psychicznie, a wyście się Mnie bali i unikaliście Mnie, i w ten sposób pogrążaliście Mnie w jeszcze większej izolacji i samotności. W waszych rozmowach ze Mną czułem drwinę i lekceważenie, co utrudniało Mi wiarę w moją ludzką godność. Uważaliście, że nie zasługuję na szacunek ani na zwyczajną ludzką dobroć, i w ten sposób kazaliście Mi się czuć kawałkiem ludzkiego złomu, a nie człowiekiem” (o. Jacek Salij).
Nasz czas, to ciągle czas wyboru i decyzji – miłości lub obojętności.
s. E.
Poezje

Dodano: 09 marca 2026
Uśpiony świat spoczywa jeszcze
Wiatr resztki drzemki z drzew otrząsa
Ziemia pęcznieje świeżym deszczem
Pośród obłoków słońce pląsa
Błękitna cisza drży rozdarta
Jak mieczem brzmień kaskadą ostrą
Jak hejnał życiu, co uparte
Wraca pełną nadziei wiosną
s. R
Rozmaite tematy
Dodano: 15 stycznia 2025

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”
„Niech pokój będzie z wami wszystkimi, najdrożsi bracia i siostry” – to pierwsze słowa jakie wypowiedział Robert Prevost już jako papież Leona XIV z loggi Bazyliki św. Piotra, tuż po wyborze, 8 maja 2025 roku.
Wspólne życzenie pokoju warto też powtórzyć u początku nowego roku, tym bardziej że właśnie 1 stycznia, uroczystość Bożej Rodzicielki, jest również Światowym Dniem Pokoju ogłoszonym lata temu przez papieża Pawła VI.
Samo słowo pokój, choć często obecne w ustach wielkich tego świata, niestety, jak stwierdził papież Leon, staje się czasem jedynie nic nieznaczącym sloganem. A przecież pokój to wielka wartość, pragnienie serca każdego człowieka.
U początku roku zatem, wobec tak wielu miejsc, gdzie trwają walki, rozruchy, gdzie toczy się regularna wojna, gdzie zwycięża przemoc, trzeba nam nie tylko życzyć sobie pokoju, ale pracować na jego rzecz, każdy na swoją miarę, zaczynając od własnej, osobistej, codziennej przestrzeni. Papież Leon 5 września minionego roku podkreślił:
„Musimy pielęgnować pokój w naszych sercach i w naszych relacjach, musimy pozwolić mu rozkwitnąć w naszych codziennych działaniach, pracować na rzecz pojednania w naszych domach, społecznościach, szkołach i miejscach pracy, w Kościele i między Kościołami”
„Nie bójcie się więc! – apelował na zakończenie swojego przemówienia Papież. – Siejcie ziarna pokoju wszędzie tam, gdzie kiełkują ziarna nienawiści i urazy. Bądźcie cierpliwymi budowniczymi jedności tam, gdzie panuje polaryzacja i wrogość. Bądźcie głosem tych, którzy nie mają głosu, wzywając do sprawiedliwości i poszanowania godności człowieka. Bądźcie światłem i solą tam, gdzie gaśnie płomień wiary i smak życia. Nie poddawajcie się, jeśli spotkacie tych, którzy was nie rozumieją. Jak mawiał św. Karol de Foucauld, Bóg wykorzystuje również przeciwne wiatry, aby doprowadzić nas do portu”.
Słowem, nasze noworoczne życzenia pokoju zamieniać się winny w codzienne działania na rzecz pokoju – w naszych sercach, relacjach, społecznościach. Do tych działań należy zaliczyć też bardzo skuteczny środek, jakim jest modlitwa, co również potwierdził w przywoływanym przemówieniu Papież: „Zachęcam do pielęgnowania modlitwy i życia duchowego, ponieważ to ono jest źródłem pokoju i umożliwia spotkanie różnych tradycji i kultur”.
W tym miejscu podzielę się moim doświadczeniem ostatnich miesięcy. Przed laty trafiła mi w ręce Koronka Pokoju – stara chorwacka modlitwa odkryta na nowo w Medjugorje. Odmówiłam ją wówczas raz czy drugi i… odłożyłam. Gdy natknęłam się na nią minionej jesieni, poczytałam trochę i odmówiłam ją – wówczas dotknęła mojego serca, przyszedł jej czas. Uważnie przyjrzałam się jej strukturze. Modlitwa najprostsza pod słońcem. Złożona z Wyznania Wiary, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu… czyli z biblijnych, podstawowych modlitw ludzi wierzących, znanych i często tak czy inaczej odmawianych. Ułożone w małą koronkę, którą po początkowym Wyznaniu Wiary tworzy 7 grup złożonych z Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu… oraz kończącego wezwania: Królowo Pokoju, módl się za nami. Trzy pierwsze trójki odmawia się w intencji zwycięstwa Maryi, trzy następne o pokonanie Szatana, siódmą za triumf Niepokalanego Serca Maryi. A wszystko w intencji pokoju. Przekonała mnie ta prosta modlitwa, pociągnęła, zatrzymała. Pomyślałam o rzeszach Wojowników Maryi, mężczyznach, którzy walczą na różańcu. A czy odmawiających tę trwającą jedynie kilka minut modlitwę osób nie można by nazwać… saperami? W ciszy i skupieniu, w obecności Maryi, docieramy do miejsc walki, by je rozbrajać, unieszkodliwiać wrogie plany, uciszać i łagodzić ludzkie serca. Saperzy Maryi – takie przyszło mi skojarzenie i wraca, gdy sięgam po tę drobną koronkę. Marzy mi się rzesza Bożych Saperów rozbrajających wpierw naznaczone agresją, złością, zawiścią i mściwością ludzkie serca, a potem wszystkie miejsca walki – by zamiast bomb rozbrzmiewał tam dźwięk dobra, pomocy, odgłos ulgi… Co więcej, gdy poświęcam te kilka minut na odmówienie koronki, niezauważenie i niespodziewanie doświadczam także w sobie łagodnego wyciszenia, smaku pokoju. Od kilku miesięcy odmawiam tę koronkę – o pokój dla świata i Polski ale, co więcej, ostatnio zaczęłam się uczyć robić takie koronki, by puszczać je w świat – takie malutkie gołąbki pokoju, drobne narzędzie dla Saperów Maryi.
Zapraszam i Ciebie do tego Bożego batalionu…
s. E.
Rozmaite tematy
Dodano: 15 grudnia 2025

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”
Paczki, prezenty, paczuszki i kokardy…
Było to w Rzymie, wiele lat temu…. Wśród gości świętujących obłóczyny Lindy z Erytrei była też Kapitolina – Rwandyjka studiująca w Rzymie architekturę. Zdziwiło mnie, gdy w rozmównicy wręczyła pięknie zapakowany prezent wpierw mnie, będącej wówczas mistrzynią nowicjatu, a świeżo obłóczonej Lindzie jedynie mały drobiazg. Bo u nas, w Afryce, gdy rodzi się dziecko, prezent dostaje matka, która w trudzie nosiła je w swoim łonie dziewięć miesięcy, a potem w bólach rodziła. Dziecko dostaje symboliczny prezent, bo dopiero zaczyna wędrówkę życia – powiedziała mi Kapitolina.
Dla wielu Adwent, a szczególnie jego końcówka, mija na wymyślaniu, szukaniu, zamawianiu i pakowaniu prezentów dla bliskich. Idą w ruch nożyczki, wstążki, złote gwiazdki, kolorowy papier lub tematyczne torebki – kolorowe, pięknie ozdobione prezenty czekają na swój czas w wigilijny wieczór lub, według innej tradycji, w pierwszy dzień świąt. Ukryte pod choinką, obok kominka, lub w podobnym, nastrojowym miejscu.
Obdarowujemy się prezentami w dzień Bożego Narodzenia. Tak, w dzień narodzin Jezusa, w kolejną rocznicę Jego urodzin, bo to On jest tym największym darem i prezentem, jaki został nam ofiarowany przez samego Boga. Ten dar w cichości zachwytu, niedowierzania, wielkiej czułości i miłości przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem Maryja – prosta dziewczyna z Nazaretu, która została włączona w przerastającą jej zrozumienie historię: historię naszego zbawienia. Jak przejmujący musiał być ten czas dla Maryi i jak wymagający, gdy cezar August ogłosił spis ludności i trzeba było ruszyć w drogę. Jaką czułością musiało zostać ogarnięte jej serce, gdy w ubogiej grocie narodził się Jej Syn. Ale czy faktycznie tylko Jej, skoro „męża nie znała”, nie współżyła z mężczyzną, a w sercu nosiła te niesamowite słowa Anioła: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem (…) a Święte, które się narodzi będzie nazwane Synem Bożym…” (Łk 1,35)
W kontekście powyższego akapitu może nie jest złym pomysłem skorzystać z mądrości ludzi Afryki, którzy przy narodzinach dziecka skupiają swoją uwagę na matce, ją obdarowują doceniając jej trud. W naszych prezentowych przygotowaniach, gdy myślimy o bliskich nam osobach, warto byłoby pomyśleć o Matce, o Maryi i o prezencie dla Niej… Oczywiście nie będzie to kartonik, w którym znajdzie się barwna apaszka, cieplutki sweterek, kosmetyczka z modnymi zapachami czy inne damskie drobiazgi… Co zatem? Czego może potrzebować Maryja, z czego się ucieszy? Będąc w niebie nie potrzebuje już niczego, ma wszystko, ale pozostając naszą Matką jest zatroskana o nas, szuka sposobów jak nam pomóc. Pomóżmy zatem Jej w tym pomaganiu…
Jak za dziecięcych lat dekorowaliśmy adwentowe pierniczki z naszą mamą, by mogła je ofiarować bliskim, tak teraz włóżmy w dłonie Maryi nie tyle słodkie ciasteczka, co twarde koraliki różańca, modlitwę, by razem z Nią przyjść z pomocą potrzebującym. Maryja zrodziła Jezusa, a teraz, w czasie, rodzi każdego z nas dla nieba. Niech w Jej dłoniach nie zabraknie naszych modlitw, przesuniętych różańcowych paciorków, dzięki którym może jeszcze owocniej wędrować po drogach świata niosąc pociechę, wsparcie, dobre natchnienia, ciche podpowiedzi, jak żyć, jakie decyzje podejmować, by rodził się w nas i wzrastał Jej Syn – by trwało w nas Boże Narodzenie.
s. E.
Poezje

Dodano: 01 grudnia 2025
Tęsknota
Jest tak, jak gdy lodowiec o upale marzy
Pustynia zaś spieczona o wodnistej toni
I kiedy ktoś stęskniony śni o drogiej twarzy
By dłoń swą ktoś położyć chciał na jego dłoni
Tak jest, jak gdy w ciemności marzymy o słońcu
By się z nasienia zrodził już dojrzały owoc
Aby się ugór zmienił nagle w gaj kwitnący
Co serce pięknem koi i nasyca oko
Jakże się trudno zgodzić na kropelkę małą
Miast źródła całego, co pcha strumień żywy
I na samotność ziarna, by w nocy umarło
I plon wydało kiedyś, skromny, lecz prawdziwy
s. R
Rozmaite tematy
Dodano: 03.11.2025

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
Ucałujesz mnie kiedyś…
Mi bacierai un giorno, o Dio, mi bacierai… – Ucałujesz mnie pewnego dnia, mój Boże, ucałujesz mnie… Tak zaczyna się wiersz włoskiego księdza, którego co prawda, nie miałam okazji poznać. Wiersz napisany na obrazku dla pewnej siostry, wpadł mi w ręce 30 lat temu i jego wspomnienie pozostało do dziś. Dokładnie pamiętam jedynie pierwszy i ostatni wers, ale cała reszta żyje we mnie mocno, tak mocno, jak mnie niegdyś dotknęła.
Wspomniany ksiądz przeszedł bardzo wiele w życiu. Zniesławiony, odrzucony, fałszywie oskarżony, zmiażdżony krytyką i drwinami, wreszcie dotknięty chorobą i bolesnym osamotnieniem. Ukochał krzyż, rozpoznał go w swoim życiu, przylgnął do niego. Tak myślę, gdy wspominam treść wiersza… Jego poetyckie wyznanie naznaczone jest żywym jeszcze bólem, ale też mocną wiarą i ufnością, gdy woła: wierzę, że ucałujesz mnie, gdy dusza pozostawiając to udręczone, obite i obolałe ciało, stanie przed Tobą, naga i bez osłon. Wierzę, że ucałujesz moje rany, zetrzesz każdą łzę i ból, otulisz mnie sobą…
Któż nie odnajdzie się w tym wołaniu, bo przecież, nie porównując skali cierpienia, ono nikogo w życiu nie omija.
Znamienna jest natomiast moc wiary i zaufania autora wiersza, która wydaje się wprost proporcjonalna do ciężaru udręk i cierpienia. Nie jest to letnie pragnienie czy nieśmiała nadzieja, ale mocna ufność i silna wiara, która staje się przekonaniem, pewnością. Przywodzi ona na myśl słowa psalmu 116: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana w krainie żyjących”. Inne tłumaczenie pomija słowo wierzę, by włożyć w usta psalmisty słowa naznaczone pewnością: „Będę chodził w obecności Pana w krainie żyjących”, czy wręcz zwyczajna oczywistość: „Mogę chodzić przed obliczem Jahwe w krainie żyjących”. Cierpienie przyjęte i pokornie przeżyte owocuje wzrostem wiary, która staje się pewnością, przekonaniem, jak pisze w swoim liście do Koryntian św. Paweł: „wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą…” (1Kor 4, 13-14)
Przejmujące jest zakończenie wiersza, w którym raz jeszcze widzimy głębię cierpiącego serca i zaskakującą poetykę. Autor wyznaje: A jeśli i Ty, u progu Twego domu, gdy skończy się moja pielgrzymka, staniesz po stronie moich prześladowców, jeśli i Ty podniesiesz swą dłoń, by wymierzyć mi karę za drobne, codzienne przewinienia życia – nie uniosę już tego. Piangero senza fine…Zacznę płakać i nie przestanę, płakać będę bez końca, a moje łzy staną się Twoim grobem, mój Boże!
s. Elżbieta
Poezje
Dodano: 15 października 2025

Miłemu miła
Tyś Jego płomieniem żywym miłości
– Jego odpocznieniem.
Godna Jezusa wierna przyjaciółko,
Jego Ducha mieszkanie,
w Ojcu skryta cała
Żywa księgo Bożych zmiłowań
Twego ducha żar tchnij na mnie
i w Sercu Boga ucz czytać
s. Beata
Rozmaite tematy
Dodano: 06.10.2025
Jak smakuje karmel?

Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
– „Potrzebuję numer telefonu: Gdynia Orłowo, Karmel”. Moja koleżanka przed wielu laty w tak lakoniczny sposób zwróciła się do informacji telefonicznej chcąc uzyskać numer telefonu do klasztoru, gdzie od roku przebywałam. Po chwili ciszy usłyszała w słuchawce niepewny szept skierowany do osoby obok: „Karmel… co to jest? Jakaś cukiernia?” Ewa wybuchła niepohamowanym śmiechem.
Ale w sumie skojarzenie nie jest złe, bo kto nie zna ciasteczek z karmelem, lodów o smaku słony karmel, czekolady karmelowej, nadzienia karmelowego w batonikach itp. Bo karmel to po prostu stopiony i trochę podpalony cukier. Jak podpowiada najprostszy przepis: „Do zimnego naczynia wsypujemy 100 g białego cukru i podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż kryształki zaczną się rozpuszczać i brązowieć. Cukru nie wolno mieszać, lecz trzeba uważać, aby się nie przypalił. Kiedy karmel nabierze bursztynowego odcienia, dodajemy 20 g masła…”. Cukierniczy karmel to słodkość spotęgowana pod wpływem gorąca, tak iż z białego koloru zmienia się w miodowy, bursztynowy – prawie taki jak kolor karmelitańskich habitów.
Bo faktycznie, jest w Karmelu (Zakonie biorącym początek na biblijnej górze Karmel, gdzie działał prorok Eliasz) brązowość habitu, jest słodycz, która przenika serce w codziennych spotkaniach z Bogiem, jest też tak zwielokrotniona słodycz, czyli taka bliskość Boga, że nasza natura odczuwa ją wręcz odwrotnie. Podobnie jak długie wpatrywanie się w słońce sprawia, że przestajemy widzieć, ogarnia nas ciemność, tak na bliskość Boga nasza natura reaguje zamieszaniem i zagubieniem, co mistycy Karmelu nazywają nocą i szczegółowo opisują w swoich dziełach.
Karmel z dużej litery, to Zakon, którego duchowe początki są związane z palestyńską górą w paśmie Synaju zamieszkiwaną przed wieki przez proroka Eliasza i jego uczniów. Tam potem, na Karmelu, osiedli chrześcijańscy mnisi nazywani po dziś dzień karmelitami. Stąd na określenie naszych klasztorów, tak męskich jak i żeńskich, używa się często skróconej nazwy: Karmel. I o tym Karmelu i jego smaku chciałam napisać słów kilka.
Inspiracją jest książka, która w tym miesiącu ukaże się na rynku wydawniczym: Smak Karmelu, dla ducha i dla ciała. Pomysł, który podjęłam, przyszedł z wydawnictwa fundacji Nasza Przyszłość. Bo jak wiadomo, wielu jest zainteresowanych tym, czym jest Karmel, jak smakuje. A „smakuje ciszą, milczeniem, pokojem. Ma powściągliwy smak prostoty, umiaru, radykalizmu, ma posmak ascezy, ubóstwa i umartwienia tego, co nadmiarowe, by dać miejsce Bogu. Bo Karmel nade wszystko smakuje Bogiem, Jego wszystko ogarniającą i przenikającą Obecnością. Smakuje Jezusem, Maryją i Józefem, jak Nazaret. A w Nazarecie, ramię w ramię z Maryją, szepcząc biblijne wersety, śpiewając urywki psalmów, zamiata się podłogi, rozwiesza pranie, sprząta i… gotuje”.
Więc o tych odcieniach klauzurowego życia karmelitanki jest wspomniana książka. Ale są one ściśle powiązane z kuchennymi tematami, jak na córki św. Teresy przystało – wielkiej Reformatorki Karmelu, mistrzyni życia duchowego i…konkretnej, realistycznej, naturalnej, stąpającej mocno po ziemi kobiety. Potrafiła ona ganić w swoich listach wielkich tego świata, zachwycając się równocześnie wodą pomarańczową i nie rozstawać się z kołowrotkiem nawet w rozmównicy oraz z ochotą krzątać w kuchni. Zalecała także swoim córkom, by ich ręce były zajęte prostą, zwyczajną pracą, by serce mogło być skoncentrowane na Bogu, czujne i otwarte na Jego Obecność, w nieustannym z Nim dialogu.
Wśród dokumentów z czasów życia Świętej mamy choćby świadectwo siostry Izabeli od św. Dominika: Pewnego razu zdarzyło się, że św. Matka Teresa doznała mistycznego „porwania”, gdy smażyła jajka, nie wypuszczając z ręki patelni, którą trzymała nad ogniem. Chciałam jej ją zabrać, ale nie mogłam, tak była zesztywniała. Musiałam odpuścić, by nie zrobić jej krzywdy, pomagając jedynie utrzymać jej patelnię. Bałam się, by nie wylała oleju, ponieważ poza olejem na patelni nie miałyśmy już go więcej w klasztorze.
Powiedzenie św. Teresy, że „Pan przechadza się między garnkami” możemy doskonale przypisać temu wydarzeniu, które dotyczyło jej samej. Tym razem Jezus przyszedł do niej z darem głębokiego, ekstatycznego zjednoczenia, gdy Teresa była zajęta czymś zgoła innym, prozaicznym, codziennym – szykowaniem smakowitej jajecznicy. Takie jest też doświadczenie wielu karmelitanek. Codzienna, mozolna modlitwa, która wydaje się czasem jałowa, pusta, bezowocna, niepostrzeżenie przemienia serca i zauważyć to można potem właśnie w prozie życia – radości z małych, codziennych zadań i spraw, gotowości, by pomóc, wyjść naprzeciw, wesprzeć innych, wzrastającej miłości do Tego, który choć ukryty, jest bardziej obecny niż wszystko inne wokół.
O codzienności karmelitanki bosej, ale i o wielkiej świętej Teresie, gruszkach św. Teresy z Lisieux, mocnym winie św. Jana od krzyża czy smakowitych omlecikach brata Wawrzyńca możecie przeczytać w samej książce eksperymentując przy tej okazji prawie setkę klasztornych przepisów spisanych ze starych zeszytów służących kolejnym pokoleniom karmelitanek. Dobrej lektury i smacznego!
s. Elżbieta
Poezje
Dodano: 01 października 2025
Boża Rodzicielka

Boża Rodzicielka
to piękne imię
Bóg wybrał dla Ciebie
Jego łaska w nim płynie
Mały strumyk przyjął
zaproszenie do tego
by stać się oceanem
życia Bożego
Ta sama woda
w obu popłynęła
z jednego źródła
swoje życie wzięła
Przejrzystość Twoja
Boga zachwyciła
naturę ludzką
w Tobie odmieniła
Najmniejsza w sobie
czysta i cicha
jesteś bezkresem życia
co w Bogu rozkwita
Twoje ubóstwo
jest bogactwem Boga
a nasze w Tobie
bronią dla wroga
Ukrycie w Tobie
to droga ku temu
co z Boga wzięte
i z Ciebie zrodzonemu
s. Beata
Rozmaite tematy
Dodano: 15.09.2025




Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
Dawid i ja
Gdyby stworzyć wachlarz uczuć, jakie potrafią zrodzić się w ludzkim sercu, miałby on ogromną ilość zakładek. Liczną jak odcienie na palecie barw impresjonisty albo jak…suma wersów Psałterza. 150 psalmów składających się na biblijny psałterz to aż 2527 wersów. Mawiamy czasem: targają mną liczne i sprzeczne uczucia; nie potrafię wyrazić tego, co się we mnie kotłuje; zalewa mnie ogromna fala uczuć. Słowem, doświadczamy ich wiele i mają one jasne, pogodne, przyjemne odcienie, aż po te ostre, szare, groźne i mroczne. Dobrze jest uświadomić sobie czasem, że nie dotyczą one jedynie nas, bliskich, znanych i współczesnych nam osób, ale także bohaterów biblijnych psalmów, które przecież uznajemy za pismo natchnione przez samego Boga, pełne Jego światła i obecności. Zdają się tak przyziemnie ludzkie i tak mało duchowe, według potocznego pojmowania duchowości równoznacznej prawie z doskonałością i odrealnionym prawie wysublimowaniem.
Zwykle mówi się, że są to psalmy Dawidowe, choć według znawców, autorstwu Dawida można przypisać około 73 psalmów. Ich powstawanie było bowiem rozciągnięte w czasie i trwało od X do IV wieku przed Chrystusem. Obejmuje zatem czas królewski Izraela, niewolę, powrót z niewoli, odbudowę świątyni – słowem, długi okres burzliwej historii Izraela. Nie dziwi zatem, że psalmy poruszają tak wiele tematów: od wielkich wydarzeń po drobne ludzkie zmagania. Angażują one w ten śpiew całe serce człowieka, który kocha, uwielbia, dziękuje, ale także upada na duchu, tęskni, boi się, żali czy wręcz buntuje. Psalmy to przestrzeń, gdzie wyrażało się całe serce pobożnego Izraelity ze wszystkimi jego meandrami. Samego króla Dawida idącego do boju, wdzięcznego za zwycięstwo, zamieszanego po porażce, skruszonego, gdy zgrzeszył, jak i późniejszych współautorów psalmów, choćby Asafa i Synów Koracha, których pieśni miały bardziej wspólnotowy i liturgiczny charakter.
Dla Izraelitów już od IV wieku psalmy miały kanoniczny charakter natchnionego dzieła i były powszechnie używane, tak w modlitwie osobistej jak i we wspólnotowej liturgii. Zostały także jako takie przyjęte przez Kościół. Co więcej, stały się podstawą modlitwy osób duchowych, czyli brewiarza.
I tu jawią się przede mną dwa kolejne kroki, które chciałabym spróbować z Wami przejść.
Skoro także Kościół uznaje psalmy za pisma natchnione przez Boga, to znaczy, że On jest ich pierwszorzędnym autorem. Przez ludzkich autorów mówi w nich do nas, mówi dla nas, dając nam słowa modlitwy, ale mówi też i o nas. Jak zaznacza psalmista: „Wie On, z czegośmy powstali, pamięta (!) że jesteśmy prochem” (Ps 103,14). Wie, zna nas doskonale i daje nam w usta słowa, którymi możemy wyrazić wszelkie stany nie tylko naszego ducha, ale i naszej psychiki, naszych zmiennych uczuć, naszego zagubienia, zamieszania, utrudzenia, gniewu i sprzeciwu… Taka jest prawda o nas i Bóg jej nie neguje. Przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy i pozwala nam być takimi, jakimi jesteśmy na dziś. „Niech więc serce wasze będzie szczere wobec Pana, Boga naszego” (1 Krl 8,61) Bóg chce naszej szczerości, nawet wtedy, gdy jej treścią byłoby jedynie nasze zagubienie, zbuntowanie, żal, ból czy strach. On sam, krok po kroku, doprowadzi nas do pełni, piękna i harmonii, jakie dla nas wymarzył. On ma cierpliwość, On czeka i działa w nas niezauważenie. „Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem” (Ps 121,4), czyli nade mną i nad tobą.
A drugim krokiem jest moja propozycja, którą wypraktykowałam na sobie samej – własne psalmy…
Nie pretendujemy, by nasze psalmy zostały włączone do kanonu Psałterza. I choć nie jesteśmy królem Dawidem, to razem z nim możemy stanąć w szeregu i wyśpiewywać Bogu własną historię, własne radości i troski. Bo skoro Bóg czeka na naszą szczerość i ufną otwartość, to możemy, jak mówi Psalmista, wylać przed Bogiem nasze serce: „W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie! Przed Nim wylejcie wasze serca” (Ps 62,9).
W letni czas, który przed nami, gdy wędrować będziemy górskimi ścieżkami lub brzegiem morza, możemy zapożyczyć schemat pieśni trzech młodzieńców (oni nie byli co prawda na spacerze, ale w piecu ognistym), którzy uwielbiali Boga (Dn 3):
„Błogosławcie Pana wszystkie dzieła Pańskie, chwalcie Go i wywyższajcie na wieki…” I mamy tu przywołane wszelkie moce, potęgi, żywioły: noce i dnie, światło i ciemności, morza i rzeki, deszcze i rosy, góry i pagórki itp.
A my co widzimy, co zauważamy, co podziwiamy jako dzieło Boga? Może warto spróbować wyśpiewać własny psalm opisujący chociażby piękno otaczającego nas świata.
Uwielbiaj Pana szmerze strumyka – chwal Go i wywyższaj na wieki
Uwielbiajcie Pana kwitnące łąki – chwalcie Go i wywyższajcie na wieki
Uwielbiajcie Pana kolorowe motyle – chwalcie Go i wywyższajcie na wieki
I nie trzeba być poetą, ale uważnym i wdzięcznym obserwatorem, by znaleźć powody do dziękowanie Bogu i uwielbiania Go.
Inny psalm natomiast może się stać podstawą dla naszego wylewania serca w dni chmurne, szare, trudne czy bolesne. Choćby ten (56):
„Zmiłuj się nade mną, Boże, bo czyha na mnie człowiek (bo jest mi źle, bo dotknęły mnie krzywdy i oszczerstwa, bo…)
Podnieś mnie, ilekroć mnie trwoga ogarnie (ilekroć upadam, ilekroć się boję, ilekroć jestem zagubiony…)”.
Tak, zachęcam do lektury psalmu 56, by z niego uczynić własną modlitwę na trudniejsze czasy. A zaprzyjaźnić się warto ze wszystkimi spośród 150 psalmów, w których odbija się całe miłujące Serce Boga i cały wachlarz uczuć, doświadczeń i przekonań serca człowieka.
Niech nasze wakacyjne wędrowanie, zwiedzanie, podziwianie świata stanie się też naturalną modlitwą skierowaną do Boga, który tak hojnie uposażył świat, w którym nas umieścił, uważnie wybierając najlepszy dla nas czas i miejsce.
s. Elżbieta
Poezje

Dodano: 01 września 2025
Drzewo
Zapewne nie znajdziesz owocu
Na życia mego drzewie
Daj chociaż stać się nawozem
Na tej, co rodzi, glebie
Niech suche drwa ogniem staną
I blask dokoła rozleją
Niech trwać pomogą do rana
I tych, co w drodze, ogrzeją
Wejrzyj na drzazgi spalone
I proch rozwiany po świecie
Spraw, by wróciły do Domu
Wszystkie zgubione Twe dzieci
s. R
Rozmaite tematy
Dodano: 15.06.2025

SERCE JEZUSA – OTWARTE ŹRÓDŁO PULSUJĄCE MIŁOŚCIĄ
Ilu z nas jeszcze pamięta o tym, że miesiąc czerwiec jest poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa? A jeśli nawet pamiętamy, jakie ma to dla nas znaczenie? Czy wywiera wpływ na nasze życie duchowe i naszą codzienność?
Warto zadać sobie te pytania i może w któryś z czerwcowych wieczorów, otulonych zapachem czeremchy, jaśminu, wczesnej maciejki, wczytać się w litanię do Najśw. Serca Jezusa, zagłębić się w nią umysłem i sercem, przekroczyć zasłonę słów, by sięgnąć głębiej – w sens poszczególnych wezwań niosących w sobie rytm bijącego miłością Serca Jezusa.
Dziś chciałabym się zatrzymać na czterech wezwaniach tejże litanii:
Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata
Łatwo odnaleźć echo tego „odwiecznego” pragnienia, oczekiwania na objawienie się Mesjasza i Jego miłości w pismach Starego Testamentu. By wspomnieć chociażby proroctwo Zachariasza będące odpowiedzią na tę tęsknotę: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili i boleć będą nad nim (…) W owym dniu wytryśnie źródło, dostępne dla domu Dawida i dla mieszkańców Jeruzalem, na obmycie grzechu i zmazy” (Za 12,10; 13.1).
Papież Franciszek sięgnął po szereg starotestamentalnych cytatów, pisząc że „Przebity bok Jezusa jest siedzibą Jego miłości, tej miłości, którą Bóg wyznał ludowi w tak różnorakich słowach: Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję (Iz 43,4). Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała. Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach (Iz 49,15-16). Bo góry mogą się poruszyć i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju (Iz 54,10). Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość (Jer 31,3). Pan, twój Bóg jest pośród ciebie, Mocarz, który zbawia, uniesie się weselem nad tobą, odnowi cię swoją miłością, wzniesie okrzyk radości (Sof 3,17)”.
To w przebitym Sercu Jezusa skupiają się wszystkie wyrazy miłości zawarte w słowach Pisma świętego, realizują się wszystkie obietnice. Wraz z Jego Krwią wylewa się na świat w sposób widzialny i trwały miłość Boga.
Serce Jezusa, włócznią przebite i dla nieprawości naszych starte
Serce rozdarte, przebite, zranione, serce, którego dosięgnęła nie tylko włócznia żołnierza, ale wszelkie nasze nieprawości, nie zamknęło się w bólu, nie odwróciło się od człowieka, ale stało się bramą. Jak mówi św. Augustyn: „Chrystus jest bramą. Dla ciebie została otwarta ta brama, kiedy Jego bok przebiła włócznia. Pamiętaj, co z niego wyszło i wybierz, którędy wejść”. Przez ranę Jezusowego ciała uwidacznia się rana Jego Serca, tajemnica Jego miłości, która się nie cofa, nie odwraca od człowieka, ale go przygarnia, leczy i zbawia. „Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, wzmocnij mnie. W Ranach Twoich ukryj mnie, nie daj mi z Tobą rozłączyć się…” brzmią słowa znanej modlitwy Ignacego Loyoli, które wielu z nas czyni swoimi.
Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają
Orygenes zapisał: „Chrystus, przybity do krzyża, sprawia, że wytryskują źródła Nowego Testamentu (…). Gdyby On nie został przebity i gdyby nie wypłynęła z Jego boku woda i krew, my wszyscy cierpielibyśmy pragnienie Słowa Bożego”. Z przebitego boku Chrystusa rodzi się Kościół, który przechowuje i strzeże dla nas skarby Bożego Słowa i Bożej Miłości. A św. Ambroży zachęca chrześcijan z czwartego wieku: „Pij Chrystusa, gdyż jest skałą, z której wytrysnęła woda; pij Chrystusa, bo jest źródłem życia; pij Chrystusa, bo jest pokojem; pij Chrystusa, gdyż strumienie wody żywej popłyną z Jego wnętrza”. Tysiąc lat później Hubert z Casale przynagla wierzących: „Wejdź do tej ziemi obiecanej, którą jest Serce Jezusa, raz tam dotarłszy, nie wychodź więcej”. Tak, nie wychodź z tego Miłosiernego Serca – hojnego dla wszystkich, którzy Je wzywają – i z perspektywy tego bezpiecznego miejsca patrz na wszystko wokół…
Bardzo świadomie przytoczyłam w powyższym rozważaniu słowa wielu świętych i Ojców Kościoła, by zwrócić uwagę, że nabożeństwo do Serca Jezusa nie bierze swego początku jedynie z pobożności XVII wieku, gdy powstała odmawiana przez nas litania, ale sięga początków chrześcijaństwa, które trafnie odczytało wydarzenie przebicia Serca Jezusa na krzyżu, jego znaczenie, symbolikę i konsekwencje jako trwały dostęp do nieustannie otwartego źródła pulsującego miłością Boga.
Na koniec przytoczę jeszcze słowa współczesnego nam świętego, Jana Pawła II, który podczas pielgrzymki do Polski w 1999 roku powiedział: „Serce Jezusa jest symbolem Jego uczucia w stosunku do całej ludzkości, zwłaszcza wobec ludzi załamujących się pod ciężarem krzyża. Jest nieustannym wołaniem do wszystkich:
„Uwierzcie, że Bóg jest Miłością! Uwierzcie na dobre i złe!”
s. Elżbieta
Rozmaite tematy
Dodano: 1.06.2025

Płonąca pochodnia modlitwy
Tytułowe określenie: płonąca pochodnia modlitwy zostało użyte w watykańskim dokumencie o modlitwie poprzedzającym Rok Jubieleuszowy 2025. Określało ono wspólnoty kontemplacyjne, które swoim życiem trzymają wciąż jaśniejącą tę pochodnię, która rozświetla drogę, rozjaśnia życiowe zapętlenia, rozgrzewa zziębnięte serca i umysły.
Zainspirowana tymi słowami przygotowałam tomik ze zbiorem myśli na każdy dzień świętej Elżbiety od Trójcy Świętej, karmelitanki bosej, w którym możemy odkryć jej duchowy świat skoncentrowany na Bogu żyjącym w duszy, a także jej życie i drogę modlitwy.
Elżbieta Catez żyła zaledwie 26 lat, z czego pięć we francuskim Karmelu w Dijon. Urodziła się 18 lipca 1880 roku w Garnizonie wojskowym w Avor, gdzie stacjonował jej ojciec, Józef Catez. Wyrazista, żywiołowa i dynamiczna osobowość Elżbiety objawiała się od samego początku jej życia, co ją różniło od spokojnej i łagodnej młodszej siostry Małgorzaty. Żywa, popędliwa, złoszcząca się szybko, Elżbieta była jak nieujarzmiony wulkan wyrzucający na wszystkie strony swoją energię, zapał, wrażliwość. Szybko jednak zaczęła nad sobą pracować – ucząc nawet swoją lalkę modlitw i właściwego klęczenia.
Bóg i muzyka, to dwa kierunki, w jakich skanalizowała się energia i wrażliwość Elżbiety. Jeszcze przed wstąpieniem do Karmelu napisała w liście: „Abym uczyniła z mego życia ustawiczną modlitwę”. Bóg, którego obecność odkryła w głębi serca, przez co nazywa je „niebem na ziemi” zogniskował jej uwagę i całą energię. Gotowa była zatem zrezygnować z dobrze zapowiadającej się kariery pianistki z propozycją przejścia z konserwatorium w rodzinnym Dijon do tego w Paryżu. Tuż przed wstąpieniem do Karmelu (po długo odwlekanej zgodzie matki) została laureatką pierwszej nagrody pianistycznej konserwatorium w Dijon. Pozostawiła jednak muzykę zbudowaną z dźwięków, by zanurzyć się w tę utkaną z ciszy, pełną Bożej Obecności…
Do wyczekiwanego i upragnionego Karmelu w Dijon wstąpiła w sierpniu 1901 roku, a w listopadzie 1906 umarła w zakonnej infirmerii. Dotknięta ciężką chorobą (prawdopodobnie choroba Addisona), która niesie ze sobą oprócz bólu, wielkiej słabości, niemożności przyjmowania posiłków, także wahania nastroju i depresję – Elżbieta tymczasem z niesamowitą pogodą ducha szybowała w łono Trzech – jej Miłości.
Wiele z jej myśli zawartych w tym tomiku może nas przerastać, wydawać się odległymi od naszej skromnej duchowości. Niech jednak nie przeraża nas ich niebosiężność, bo Elżbieta wskazuje nam tym samym kierunek naszego duchowego rozwoju. Ona przeżywała „niebo na ziemi”, wpierw za mocną zasłoną wiary, a z czasem, z coraz głębszym przeczuciem i doświadczeniem wielkości, potęgi, piękna i miłości obecnego w niej Boga.
Elżbieta z całą żarliwością jej kochającego serca weszła w proste życie Karmelu koncentrując się na Bogu, wzrastając w głębokiej wierze, w pełnym zdaniu się na Boga. Charakteryzowała ją też wielka wrażliwość serca, uważność, uległość względem Bożego działania – była jak struna liry czy harfy pod delikatnym dotknięciem Artysty dusz.
Nieustannie powracającym wątkiem w zapiskach Elżbiety jest odkrycie „bycia zamieszkaną” przez Boga w głębi własnego serca, a w konsekwencji stawanie się Uwielbieniem Trójjedynego Boga, czy jak to ona określa: Laudem gloriae – Uwielbienie Sławy [Chwały] Boga. To ostatnie określenie zaczerpnięte jest z listów św. Pawła, którymi nieustannie się karmiła i które kształtowały jej duchowość.
Jak napisała w jednym z listów:
„W niebie moim posłannictwem będzie pociąganie dusz, pomagając im wyjść z siebie,
aby przylgnąć do Boga poprzez bardzo prosty i pełen miłości odruch,
oraz na strzeżeniu ich w tym wielkim milczeniu wewnętrznym, które pozwala Bogu
odcisnąć się w nich i przekształcić je w Niego samego”.
U Elżbiety nie znajdziemy systematycznej nauki o modlitwie, ale jej pisma są pełne drobnych podpowiedzi, rzucanych jakby mimochodem, naturalnych, lekkich jak swobodne uderzenia klawiszy pianina czy pociągnięcia strun harfy, jak wolna i niezależna wokaliza, która reaguje na natchnienia serca – a wszystko w rytmie miłości i łaski.
s. Elżbieta
Poezje
Dodano: 15.05.2025
Matko
Matko Jezusa
i Jego Kościoła
Twa miłość do nas
ma bezkres Słowa
Ono było na początku
w Nim Twe słodkie Imię
wybrzmiewa harmonią
co z Serca Boga płynie
Byłaś ukryta
w Jego pragnieniu
by przynieść pokój
wszelkiemu stworzeniu
Bóg Ciebie wybrał
byś przyjęła Słowo
w Nim nas dla nieba
zrodziła na nowo
Ty nas wprowadzasz
do Serca Ojca
tam miejsce nasze
i miłość gorąca
s. Beata

Rozmaite tematy
Dodano: 15.06.2025

SERCE JEZUSA – OTWARTE ŹRÓDŁO PULSUJĄCE MIŁOŚCIĄ
Ilu z nas jeszcze pamięta o tym, że miesiąc czerwiec jest poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa? A jeśli nawet pamiętamy, jakie ma to dla nas znaczenie? Czy wywiera wpływ na nasze życie duchowe i naszą codzienność?
Warto zadać sobie te pytania i może w któryś z czerwcowych wieczorów, otulonych zapachem czeremchy, jaśminu, wczesnej maciejki, wczytać się w litanię do Najśw. Serca Jezusa, zagłębić się w nią umysłem i sercem, przekroczyć zasłonę słów, by sięgnąć głębiej – w sens poszczególnych wezwań niosących w sobie rytm bijącego miłością Serca Jezusa.
Dziś chciałabym się zatrzymać na czterech wezwaniach tejże litanii:
Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata
Łatwo odnaleźć echo tego „odwiecznego” pragnienia, oczekiwania na objawienie się Mesjasza i Jego miłości w pismach Starego Testamentu. By wspomnieć chociażby proroctwo Zachariasza będące odpowiedzią na tę tęsknotę: „Na dom Dawida i na mieszkańców Jeruzalem wyleję ducha łaski przebłagania. Będą patrzeć na tego, którego przebili i boleć będą nad nim (…) W owym dniu wytryśnie źródło, dostępne dla domu Dawida i dla mieszkańców Jeruzalem, na obmycie grzechu i zmazy” (Za 12,10; 13.1).
Papież Franciszek sięgnął po szereg starotestamentalnych cytatów, pisząc że „Przebity bok Jezusa jest siedzibą Jego miłości, tej miłości, którą Bóg wyznał ludowi w tak różnorakich słowach: Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję (Iz 43,4). Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała. Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach (Iz 49,15-16). Bo góry mogą się poruszyć i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju (Iz 54,10). Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też podtrzymywałem dla ciebie łaskawość (Jer 31,3). Pan, twój Bóg jest pośród ciebie, Mocarz, który zbawia, uniesie się weselem nad tobą, odnowi cię swoją miłością, wzniesie okrzyk radości (Sof 3,17)”.
To w przebitym Sercu Jezusa skupiają się wszystkie wyrazy miłości zawarte w słowach Pisma świętego, realizują się wszystkie obietnice. Wraz z Jego Krwią wylewa się na świat w sposób widzialny i trwały miłość Boga.
Serce Jezusa, włócznią przebite i dla nieprawości naszych starte
Serce rozdarte, przebite, zranione, serce, którego dosięgnęła nie tylko włócznia żołnierza, ale wszelkie nasze nieprawości, nie zamknęło się w bólu, nie odwróciło się od człowieka, ale stało się bramą. Jak mówi św. Augustyn: „Chrystus jest bramą. Dla ciebie została otwarta ta brama, kiedy Jego bok przebiła włócznia. Pamiętaj, co z niego wyszło i wybierz, którędy wejść”. Przez ranę Jezusowego ciała uwidacznia się rana Jego Serca, tajemnica Jego miłości, która się nie cofa, nie odwraca od człowieka, ale go przygarnia, leczy i zbawia. „Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, wzmocnij mnie. W Ranach Twoich ukryj mnie, nie daj mi z Tobą rozłączyć się…” brzmią słowa znanej modlitwy Ignacego Loyoli, które wielu z nas czyni swoimi.
Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają
Orygenes zapisał: „Chrystus, przybity do krzyża, sprawia, że wytryskują źródła Nowego Testamentu (…). Gdyby On nie został przebity i gdyby nie wypłynęła z Jego boku woda i krew, my wszyscy cierpielibyśmy pragnienie Słowa Bożego”. Z przebitego boku Chrystusa rodzi się Kościół, który przechowuje i strzeże dla nas skarby Bożego Słowa i Bożej Miłości. A św. Ambroży zachęca chrześcijan z czwartego wieku: „Pij Chrystusa, gdyż jest skałą, z której wytrysnęła woda; pij Chrystusa, bo jest źródłem życia; pij Chrystusa, bo jest pokojem; pij Chrystusa, gdyż strumienie wody żywej popłyną z Jego wnętrza”. Tysiąc lat później Hubert z Casale przynagla wierzących: „Wejdź do tej ziemi obiecanej, którą jest Serce Jezusa, raz tam dotarłszy, nie wychodź więcej”. Tak, nie wychodź z tego Miłosiernego Serca – hojnego dla wszystkich, którzy Je wzywają – i z perspektywy tego bezpiecznego miejsca patrz na wszystko wokół…
Bardzo świadomie przytoczyłam w powyższym rozważaniu słowa wielu świętych i Ojców Kościoła, by zwrócić uwagę, że nabożeństwo do Serca Jezusa nie bierze swego początku jedynie z pobożności XVII wieku, gdy powstała odmawiana przez nas litania, ale sięga początków chrześcijaństwa, które trafnie odczytało wydarzenie przebicia Serca Jezusa na krzyżu, jego znaczenie, symbolikę i konsekwencje jako trwały dostęp do nieustannie otwartego źródła pulsującego miłością Boga.
Na koniec przytoczę jeszcze słowa współczesnego nam świętego, Jana Pawła II, który podczas pielgrzymki do Polski w 1999 roku powiedział: „Serce Jezusa jest symbolem Jego uczucia w stosunku do całej ludzkości, zwłaszcza wobec ludzi załamujących się pod ciężarem krzyża. Jest nieustannym wołaniem do wszystkich:
„Uwierzcie, że Bóg jest Miłością! Uwierzcie na dobre i złe!”
s. Elżbieta
Rozmaite tematy
Dodano: 03.05.2025
Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
Maryja – Matka

Za dużo o Maryi – za słodko, za kolorowo, za ckliwie, słowem, przesadnie i niepotrzebnie – mówią niektórzy. Czy są w tych wypowiedziach ziarna prawdy, czy raczej przyczyną takich opinii jest niewłaściwa perspektywa postrzegania maryjności…?
Warto stanąć na chwilę pod krzyżem Jezusa, by usłyszeć jedne z ostatnich Jego słów, skierowanych do tych, którzy przy Nim wytrwali. „Niewiasto, oto syn Twój (…) oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie”. (J 19, 26-27).
To sam Jezus, w ostatnich chwilach swojego życia przekazał Maryi troskę o ucznia, a w nim o każdego z nas. Uczniowi natomiast powiedział, że nie zostanie sam, nie będzie sierotą, bo ma Matkę. Uczeń zrozumiał i od razu „wziął Ją do siebie”. Maryja jest przede wszystkim naszą Matką, co znaczy, że ogarnia nas swoją troską, opieką, wspiera, pomaga, kieruje ku Bogu. Jeden ze świętych mawiał, że gdy my mówimy Maryja, ona natychmiast mówi Jezus. Nie zatrzymuje nas na sobie, tylko drogą „najkrótszą, najbezpieczniejszą, najpewniejszą” prowadzi nas do Syna.
Mnisi z Góry Athos zapisali w swoich kronikach ciekawe wydarzenie. Ponoć pewna kobieta chcąc ustrzec ikonę Maryi przed napaścią wrogów wpuściła ją do morza. Znaleźli ją u brzegu, nieopodal swojego monasteru mnisi z Athosu i z nabożeństwem przenieśli do kościoła. Ale w nocy ikona zniknęła z kościoła i rankiem znaleziono ją przy klasztornej furcie. Z powrotem odniesiono ją do kościoła, a następnej nocy „Matka Boża ukazała się przełożonemu wspólnoty zakonnej i powiedziała, że przybyła tu, aby chronić, a nie szukać schronienia”. Poleciła więc, aby wybudować kaplicę przy wejściu do klasztoru, gdzie mogłaby być obecna w swoim obrazie. Stąd nazwa tej ikony – Strzegąca Bramy, Odźwierna.
Maryja nie oczekiwała hołdów, głównego miejsca w kościele, bogatego wystroju wokół obrazu – jak prawdziwa Matka, chciała się troszczyć o tych, co wyruszają w drogę z klasztoru i do niego przychodzą, jako pierwsza przyjmować do swojego serca ich troski, cierpienia, trudy. Strzec, pomagać i ochraniać.
Taka jest Maryja i tego przez wieki doświadczyła niezliczona liczba osób. Ingerencji cudownych, niespodziewanych, potężnych, przekraczających ludzkie możliwości i oczekiwania. To ci ludzie, którzy doświadczyli miłości i troski Maryi, chcieli wyrazić Jej swoją wdzięczność. Stąd wota, korony, ozdoby; stąd pieśni, poezje, wyznania… A wyznania miłości, jak dobrze wiemy, brzmią najlepiej w intymności kochających się osób, w „sam na sam”, w miejscu zacisznym, w najwłaściwszym czasie. I pewnie wielu z nas korzysta z takich bardzo intymnych i osobistych wyrażeń, by wyznać wdzięczność i miłość Jezusowi czy Maryi. Te natomiast, które zostały spisane, wyciągnięte na zewnątrz (patrz: bogactwo maryjnych sanktuariów, niezliczona ilość wotów, pękate śpiewniki maryjne) tak naprawdę powinny być dostępne jedynie dla tych, którzy spotkali i doświadczyli troski i miłości Matki – oni to zrozumieją i z wdzięcznością skorzystają ze zgrabnych wyrażeń innych osób, ucieszą się pięknem, jakim otoczona jest Maryja. Zrozumieją też bez słów słuszność kolejnych określeń i tytułów nadanych Maryi: Pani, Królowa, Mistrzyni, Brama niebios, Róża duchowna, Gwiazda zaranna… Inni natomiast, mogą to uznać za nadmiar, przesadę, folklor… Zatem – o perspektywę chodzi, tę, z której patrzymy na Maryję: czy z głębi własnego doświadczenia głębokiego kontaktu z Maryją, czy z bardzo daleka, jakby z zewnątrz.
Tych, którzy trzymając za rękę Matkę idą do Jezusa, zachwyci każdy wyraz miłości do Maryi. Całym sercem, pełnym głosem i z ogromnym przekonaniem wspartym doświadczeniem wyśpiewają każdą pieśń maryjną, choćby tę:
Matka, która wszystko rozumie,
Sercem ogarnia każdego z nas.
Matka zobaczyć dobro w nas umie,
Ona jest z nami w każdy czas…
s. Elżbieta
Rozmaite tematy
Dodano: 15.04.2025
Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
Chwalebny Krzyż Zmartwychwstałego Pana

Z karmelitańskiego zacisza znowu o Krzyżu…? Przecież o Krzyżu, dokładniej, o Krzyżowej Drodze, był cały marcowy artykuł…
Tak, pisałam poprzednio o bolesnym wymiarze krzyża – Jezusowego w Jerozolimie i naszego w codzienności życia. Tak też, w wymiarze bólu i cierpienia, postrzegano krzyż od wieków średnich. To XII wiek w Kościele zachodnim zapoczątkował mocny nurt zwany dolorystycznym, czyli, skupiający się właśnie na cierpieniu i śmierci Syna Bożego. Stało się to inspiracją dla licznych artystycznych przedstawień Jezusa umęczonego na krzyżu, a także zrodziło i ożywiło nabożeństwa pokutne takie jak: Droga Krzyżowa, pieśni pasyjne, Gorzkie Żale.
A jaki był początek czci oddawanej krzyżowi w chrześcijańskim świecie? Osobnym tematem byłaby obecność symbolu krzyża w kulturze i religijności przedchrześcijańskiej, gdzie oznaczał równowagę świata, kult słońca, ziemi, ognia czy powietrza. Ale ze względu na karę śmierci przez ukrzyżowanie, praktykowaną często w Imperium Rzymskim, był także znakiem hańby.
Tym jednak nie będziemy się tutaj zajmować.
Pierwsi chrześcijanie szanowali krzyż, lecz bardzo dyskretnie go używali – z jednej strony ze względu właśnie na jego hańbę i zgorszenie (śmierć na krzyżu została zakazana dopiero w 337 roku), a także ze względu na wciąż panujące prześladowania wierzących. Zamieniano go na inne, rozpoznawalne i czytelne dla chrześcijan znaki. Ryba (gr. ICHTYS) powstałe z pierwszych liter słów: Jezus Chrystus, Syn Boga, Zbawiciel. Kotwica – symbol ten wyrażał nadzieję na zbawienie, będące owocem mocnego trwania w wierze; zakotwiczenie łodzi życia w porcie wieczności, ufność wśród burz prześladowań. Częstym znakiem był także Trójząb, wskazujący na Trójcę Świętą, używany w symbolice cmentarnej na znak zbawienia przyniesionego duszy przez Śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa. Przywołać można także inne, powszechnie używane symbole, które przetrwały do dzisiejszych czasów: Pax Christi, Christos (XP), Dobry Pasterz, Alfa i Omega, Łódź i inne.
Byli jednak tacy, jak dla przykładu koptyjscy chrześcijanie, którzy naznaczali swoje ciało trwałym krzyżem wytatuowanym na prawym nadgarstku. Nie zaprzestali tego zwyczaju, nawet wtedy, gdy ten widoczny znak wystawiał ich na niebezpieczeństwa, ze śmiercią włącznie. Taki wytatuowany krzyż stawał się wyraźną deklaracją – jaka jest moja wiara, do kogo należę, kto jest moim Panem, a także miał zapobiegać pokusie ukrywania własnej wiary i chronić przed groźbą apostazji. Łatwo jest bowiem zdjąć krzyżyk z szyi, trudno natomiast usunąć tatuaż. Z pewnością ten niezmywalny i nieusuwalny łatwo znak przywołuje na myśl piętnowanie niewolników, które określało ich przynależność do konkretnego pana. To jakby echo słów, które Oblubieniec z Pieśni nad pieśniami kieruje do swojej Oblubienicy: „Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość….” (Pnp 8,6). Po pierwszych trzech wiekach prześladowań, gdy mocą edyktu mediolańskiego (313 r.) chrześcijanie otrzymali wolność wyznania, a sam Konstantym idąc do walki zobaczył na niebie znak krzyża i napis: „W tym znaku zwyciężysz”, znak krzyża stał się bardziej powszechny. Sam cesarz polecił umieścić symbole chrześcijańskie, szczególnie krzyż, na sztandarach swych wojsk. Wtedy też można było zacząć szukać drzewa krzyża. Sam krzyż jak i miejsce Chrystusowej męki na Golgocie nie były zapomniane przez pierwszych chrześcijan, lecz były niedostępne. W 132 r. po Chr. Cesarz Hadrian ukarał Żydów za powstanie Bar Kochby i postanowił zamienić Jerozolimę w miasto całkowicie pogańskie, budując przy tym na miejscu męki Jezusa pogańską świątynię ku czci Wenus. Oznaczało to automatycznie zakaz wstępu do tego miejsca dla żydów i chrześcijan, co uniemożliwiło kult krzyża. Dopiero po blisko dwustu latach, dzięki patronatowi cesarzowej św. Heleny, matki Konstantyna Wielkiego, odzyskanie relikwii krzyża stało się możliwe. Helena siłą swego autorytetu wpłynęła na usunięcie pogańskich budowli i umożliwienie prac wykopaliskowych. W 326 r. (bądź 320) odnaleziono 3 krzyże, w tym ten najważniejszy, na którym umarł Jezus Chrystus. Wtedy wybudowano tam Bazylikę „Ad Crucem” (Męki Pańskiej).
Ale już wtedy chrześcijanie wiedzieli dobrze, że krzyż to nie tylko narzędzie męki Jezusa, znak cierpienia i śmierci, ale to również symbol nadziei, zbawienia i triumfu życia nad śmiercią. To znak Jego nieskończonej i bezwarunkowej miłości. To zwycięstwo życia nad śmiercią. Wąska, ale wciąż otwarta brama do nieba. Wtedy też, w sztuce sakralnej Jezus pojawiał się raczej jako młodzieniec ze zwycięskim krzyżem w dłoni – znany do dzisiaj z wielkanocnych przedstawień. Baranek na Krzyżu. Zwycięski i chwalebny Pan, w kapłańskich szatach rozciągnięty na krzyżu – nie tyle cierpiący, co przygarniający wszystkich w swe ramiona, wznoszący wszystkich ku Ojcu. Nadto pojawiły się krzyże wysadzane szlachetnymi kamieniami. Używanie drogocennych kamieni, takich jak rubiny, szafiry czy diamenty, miało podkreślać świętość i niezwykłe znaczenie krzyża, a także symbolizować światło Bożej chwały. Stąd również wziął się zwyczaj zasłaniania Krzyża w okresie Wielkiego Postu, by zatrzymać się przy Męce Pana, zanim uradujemy się Jego Zmartwychwstaniem i pełnym zwycięstwem.
Rodzajów krzyża w przestrzeni chrześcijańskiej, jak mówią znawcy, mamy około… 400. Warto wymienić choć kilka, które dobrze możemy kojarzyć. Do najczęściej używanych przedstawień krzyża należą: krzyż łaciński – dwie belki złożone ze sobą w 2/3 wysokości belki pionowej; krzyż grecki – równoramienny, krzyż św. Andrzeja – w kształcie litery „X”; na takim bowiem apostoł poniósł śmierć; krzyż arcybiskupi – łaciński z dwiema poprzecznymi belkami; krzyż papieski – z trzema poprzecznymi belkami; krzyż jerozolimski – duży równoramienny z czterema mniejszymi, symbolizujący 5 ran Chrystusa; krzyż maltański – równoramienny z rozwidlonymi zakończeniami ramion, symbolizujący 8 błogosławieństw; krzyż w kształcie litery „T” (tau); krzyż prawosławny – z dodatkową małą ukośną belką, służącą skazańcowi za podporę nóg.
Dziś nie wypalamy sobie znaku krzyża na ciele. Niektórzy go tatuują. Większość wierzących nosi go jednak na sobie, wiesza nad drzwiami mieszkania, czy w innych miejscach. Jest to swoiste wyznanie wiary, jasna deklaracja tego, kto jest moim Panem, do kogo należę. Krzyż na szyi, to tak naprawdę krzyż na piersi, na sercu, w centrum człowieka, ogarniający go całego. Taki też powinien być znak krzyża czyniony dłonią: sięgający nieba i serca, ogarniający całą przestrzeń życia, zapraszający Boga w każdy jego zakamarek. Tak, krzyż jest znakiem: „…zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla nas zaś – mocą Bożą i mądrością Bożą” (1Kor 1, 23-24). By jednak otworzyć się na jego moc trzeba nam nosić go z wiarą i szacunkiem: na sercu, na dłoni – świadomy znak, a nie tyle jak banalna ozdóbka dyndająca np. u obu uszu czy tym podobne. Trzeba nam czynić ten znak z wiarą, szacunkiem, zwyczajnie, ale odważnie – nie redukować go do gestu w rodzaju „zawiązywania wstążeczki” na piersi lub dziwnego ruchu dłoni podobnego do odganiania motyla. Niech Krzyż ogarnia całe nasze życie – jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Trzeba nam do niego przylgnąć – by ten chwalebny Krzyż zmartwychwstałego Pana wyprowadzał nas z kruchości i przemijalności naszej egzystencji ku pełni życia bez miary, bez końca, wiecznego życia z Bogiem.
s. Elżbieta
Poezje
O słodki Jezu

Dodano: 15 marca 2025
Rozmaite tematy
Dodano: 01.03.2025
Pielgrzymi nadziei na Drodze Krzyża

„Bóg w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa
na nowo zrodził nas do żywej nadziei…” (1P 1,3)
My, ludzie XXI wieku, ludzie Nowego Przymierza zawartego w Krwi Chrystusa, dotykając Krzyża Jezusa czy też przeżywając krzyżowe trudy własnej codzienności, nie przestajemy być ludźmi nadziei. My wiemy, że krzyż nie jest ostatnim słowem ziemskiej historii Jezusa, ale jest nim Zmartwychwstanie. To przez nie „Bóg zrodził nas do żywej nadziei”, nadziei mocnej, trwałej, niezmiennej, bo opartej na Zwycięstwie Jezusa, żyjącego Baranka wydanego za życie świata. Na krzyżową drogę Jezusa ruszamy zatem jako – pielgrzymi nadziei.
Stacja I
Pan Jezus na śmierć skazany
Oskarżony, opuszczony i odepchnięty przez ludzi nie przestaje żyć w obecności Ojca, otulony Jego wierną miłością.
Jezu, niech nie zatrzymują mnie ludzkie osądy, ale niech właśnie w takich momentach odświeżam w sobie pewność Bożej Obecności, jedynego prawdziwego i miłosiernego Sędziego, który stoi wiernie u mego boku.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja II
Pan Jezus bierze Krzyż na Swoje ramiona
Przyjmuje na ramiona szorstkie i ciężkie drzewo krzyża przygotowane przez człowieka pewien, że to Ojciec wyznacza kres drogi i nią kieruje.
Jezu, Twoje „brzemię staje się lekkie a jarzmo słodkie”, gdy świadomie wiążę się z Tobą w jedno jarzmo, jak Ty to zrobiłeś względem nas od chwili Wcielenia…
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja III
Pierwszy upadek pod Krzyżem
Upadek Boga-Człowieka to niewiarygodna i szokująca sytuacja. Tak ciężki ten krzyż? Tak słaby Jezus…? A może, nie bacząc na pozory, uniża się On w proch ziemi, by ten, kto na niej leży, bezsilny i sponiewierany przez życie, nie był już nigdy sam…
Jezu, gdy leżę na ziemi, umęczona i udręczona trudami życia, chcę pamiętać, że tutaj najłatwiej ujrzeć Twoje Oblicze niosące siłę i nadzieję.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja IV
Spotkanie z Matką
Obecność i spojrzenie Matki – spokojne, wspierające, otulające miłością – przypomina o Jej niewzruszonej wierności i zaufaniu, że Ojciec nigdy nie prowadzi w pustkę, ale ku życiu.
Maryjo, w godzinach cierpienia odsłaniaj, proszę, przede mną Twoją wierną obecność, bo jedynie Twoje spokojne i wspierające spojrzenie może mnie podnieść, wrócić nadzieję i dać odwagę, by iść dalej…
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja V
Szymon z Cyreny pomaga Jezusowi dźwigać Krzyż
Pomaga, bo został przymuszony. Wyrwany ze swego życia mocną ręką rzymskiego żołnierza staje obok Jezusa, którym nie był zainteresowany, idąc swoją drogą, do własnych spraw.
Jezu, czasem odchodzę, zapominam, oddalam się – nie tylko ja, ale także tyle innych twoich dzieci. „Przymuś” nas czasem, pociągnij mocniej, zawróć na słuszną drogę, byśmy się nie błąkali na obrzeżach prawdziwego życia.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja VI
Weronika ociera twarz Jezusowi
Drobny, niepozorny gest. Wydaje się niewiele znaczący, gdy całe ciało obite, krwawiące, zbolałe. A jednak ten obraz Boskiego Oblicza stworzony z krwi, plwocin, kurzu i potu to znak nadziei, że w miłości wszystko się liczy i ma znaczenie.
Jezu, chcę i ja delikatną chustą słowa, pociechy, pokrzepienia, obecności stawać przy cierpiących bliźnich, by mówić im, że „nadzieja zawieść nie może”, gdyż w Tobie jest zwycięstwo i życie.
Stacja VII
Drugi upadek Jezusa
I znowu Jezus jest powalony na ziemię ciężarem krzyża. Najgorsze jest to „znowu”, które dławi i chce wyrwać z umęczonego serca nadzieję. Takie są podszepty Złego, które jednak nie mają mocy, by wedrzeć się w ufające serce Jezusa. Więc znowu podnosi umęczone ciało i rusza dalej.
Jezu, Ty wiesz, jak bardzo przygnębia mnie powtarzalność moich błędów, upadków, słabości. Wydają się zamkniętym kołem, bez wyjścia. Rozerwać je może jedynie Twoja łaskawość i pomoc, której tak bardzo potrzebuję w cierpieniach życia…
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja VIII
Jezus spotyka płaczące niewiasty
Cierpienie budzi współczucie szlachetnych serc. Ale nie jedynie płacz i zawodzenie mają być jego wyrazem. Ileż ludzkich istnień jest jak drzewo bez korzenia, spróchniałe, puste wewnątrz, bliskie upadku. Trzeba je otoczyć słowem, modlitwą i czynem, by zdecydowały się zapuścić korzenie w miłości Ojca.
Jezu, jesteś jak piękny, zielony cedr nawet w cierpieniu, które tak bardzo udręczyło i naznaczyło Twoje ciało. Twoje serce trwa jednak ufnie przy Ojcu, nie traci nadziei, dlatego kwitnie także w czas posuchy – tego mnie ucz, mój Panie.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja IX
Pan Jezus upada po raz trzeci
Który to był raz: trzeci, piąty czy szósty? Ból zaciemnia pamięć, myśli zdrętwiałe, uwaga się gubi, tylko serce – serce wyrywa się do Ojca w ufnym: tak na wszystko, Abba, z miłości do Ciebie i do braci.
Jezu, gdy wydaje mi się, że zamiast stać prosto, częściej nieporadnie czołgam się po ziemi, a pył i kurz oblepia mnie i przenika wszystko – wiem, że wtedy nie czas na wielkie myśli, których nie ma. To czas serca, które bije w rytm, jakiego się nauczyło: ufam, wierzę, kocham, czekam, ustrzegę nadziei…
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja X
Pan Jezus obnażony z szat
Ci, co odarli Jezusa z szat, zabierali Mu już od dawna wszystko: dobre imię, szacunek, uznanie. Teraz zostały jeszcze szaty i w końcu samo życie. Nie wiedzieli jednak, że żadna strata nie dotknie jądra Jego jestestwa, gdzie nieustannie brzmi głos Ojca: to jest Mój Syn umiłowany.
Nie wiem, mój Panie, co jeszcze przyjdzie mi utracić w życiu, kiedy zabraknie czegoś z tego, co uważam za konieczne, niezbędne, istotne. Nie wypuszczę jednak nigdy z pamięci słów Ojca: wszystko Moje jest twoje a twoje Moje – w Tobie bowiem, mój Boże cała moja nadzieja i życie bez końca.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja XI
Pan Jezus przybity do Krzyża
Jeszcze mógł się wycofać, zatrzymać, boską mocą przerwać tę krzyżową drogę – teraz jest już unieruchomiony, wyniesiony w górę na znak przestrogi, na pośmiewisko. Ale jest zupełnie inaczej – wyniesiony, bo bliżej Ojca, wyniesiony jako znak zwycięstwa miłości nad nienawiścią, jako znak wierności do końca.
Panie Jezu, ucz mnie czytać Twoimi oczyma wydarzenia życia; pamiętać, że kto traci swe życie dla Ciebie, zyskuje je na wieczność.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja XII
Śmierć Jezusa
„Wykonało się”. Jezus zamyka oczy i ludzka nadzieja na ocalenie gaśnie. Bolesny i haniebny koniec. Cisza, przerażająca pustka. Odszedł Pasterz nasz, co ukochał lud…
Jezu, gdy nic nie widzę, gdy przegrana, koniec, śmierć zdają się mówić ostatnie i ostateczne słowo, trzeba mi – pielgrzymowi nadziei – trwać z ufnością w oczekiwaniu na Twoje kolejne słowo, które zabrzmi, zajaśnieje, rozedrze stare szaty, odsłaniając wielkość nowego życia.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja XIII
Martwe ciało Jezusa złożone w ramionach Maryi
Oddano Go Maryi, bezbronnego i uległego jak w Betlejem, choć teraz o ciało trzeba zadbać nie ku życiu, ale ku godnemu pogrzebowi. W przerażającej ciszy Golgoty brzmi jak dzwon ufne Tak Maryi, powtarzane od chwili Zwiastowania. Bóg wszystko może.
Maryjo, gdy rozsypane nadzieje spoczywają w moich obolałych dłoniach, weź i mnie w swoje ramiona: naucz trwać i wierzyć w to, co wydaje się niemożliwe.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami…
Stacja XIV
Złożenie do grobu
Grób, balsamiczne zioła, zatoczony kamień. Wygląda jak definitywny koniec historii Mistrza z Nazaretu, który, co prawda, czynił cuda, ale ostatecznie uległ śmierci… „A Twoi oprawcy postąpili jak rolnicy: zasiali Cię w głębi ziemi jak ziarno pszeniczne, abyś stamtąd zmartwychwstał i wraz z sobą wskrzesił wielu.” (św. Efrem)
Ojcze, moja bezradność przygniata mnie jak grobowy głaz, spod którego nie mogę się wydobyć. Czy taki ma być i mój koniec? Nie lękajcie się, to Ja jestem mówi Jezus kroczący po wzburzonych falach mojego życia, odwalający głaz, który mnie przygniata, uciszający wszelkie życiowe burze.
Zmartwychwstałem i już zawsze będę z tobą.
*
Uwielbiam Ojcze Twoją wierną miłość, która wyprowadziła Jezusa ze śmierci, otworzyła bramy Nieba, gdzie nas niecierpliwie czekasz. Niech zatem:
„…będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa.
On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa
na nowo zrodził nas do żywej nadziei:
do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego,
które jest zachowane dla was w niebie.
Wy bowiem jesteście przez wiarę strzeżeni mocą Bożą dla zbawienia,
gotowego objawić się w czasie ostatecznym.
Dlatego radujcie się,
choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń.
Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota,
które przecież próbuje się w ogniu,
na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa.
Wy, choć nie widzieliście, miłujecie Go;
wy w Niego teraz, choć nie widzicie, przecież wierzycie,
a ucieszycie się radością niewymowną i pełną chwały wtedy,
gdy osiągniecie cel waszej wiary – zbawienie dusz”.
(1P 1,3-12)
Poezje
Zimowy wieczór

Dodano: 15 luty 2025
Nasz las, to już nie jest jedynie nasz las
W baśniową się zmienił krainę, jak z Narni
I tajemniczy wypełnia go blask
Nie naszej zwyczajnej, lecz tamtej latarni
I czas, to już nie jest codzienny nasz czas
Pod puchową kołdrą zapadł w nieistnienie
I wypełza z mroku w latarniany blask
Wszystko to, co było i jest ze stworzenia
Jak skrzypi i trzeszczy śniegowy ten puch
Snuje się na srebrnym ekranie sto cieni
Rączo na rumaku przemknął król, król-duch
Ścigając niknące, mówiące jelenie
Wtem w górze dostrzegam, może to złudzenie
Pośród drzew – chmur jasnozłotą grzywę
Ryk potężny wstrząsa zaspanym sklepieniem
Aż las całkiem od niego osiwiał
I gdy tak się skradam od drzewa do drzewa
Z oddali mijając świetlny krąg latarni
Wiem, że kiedy zgaśnie, gdy blask spłynie z nieba
Trzeba mi pożegnać baśniowy świat Narni
s. R
Rozmaite tematy
Dodano: 03.02.2025
Za miesięcznikiem „W naszej rodzinie”
W drodze za Jezusem

Gdy zaczynasz czytać te słowa prawdopodobnie masz przed sobą nowy dzień, nowy miesiąc a już z pewnością nowy rok – ogłoszony przez Papieża Franciszka Rokiem Jubileuszowym, wspominającym 2025 lat od Wcielenia Syna Bożego.
„Nowy czas” otwiera nowe drzwi i samoistnie zamyka te, za którymi pozostaje przeszłość. By jednak dobrze zamknąć drzwi przeszłości trzeba na nią uważnie spojrzeć, zatrzymać się, przyjrzeć, wyciągnąć konieczne wnioski, a potem łagodnie zamknąć te drzwi. Następnie zwrócić twarz ku przyszłości, ku temu, co nadchodzi – z zaufaniem, nadzieją i pokojem uciszonego serca.
O sercu właśnie – naszym i Jezusowym – pisze papież Franciszek w swojej ostatniej, czwartej z kolei encyklice Dilexit nos – Umiłował nas, która ukazała się 24 października 2024 roku. Czytamy tam m.in. takie słowa:
„Serce jest również zdolne do zjednoczenia i zharmonizowania własnej osobistej historii, która wydaje się rozbita na tysiąc kawałków, ale w której wszystko może mieć sens. To jest to, co Ewangelia wyraża w spojrzeniu Maryi, która patrzyła sercem. Ona potrafiła prowadzić dialog z doświadczeniami, które przechowywała, rozważając je w swoim sercu, dając im czas: przedstawiając je i zachowując wewnątrz, aby o nich pamiętać”.
Warto, wzorem Maryi, poprowadzić dialog z naszymi doświadczeniami minionego roku, by „zjednoczyć i zharmonizować własną osobistą historię, która wydaje się rozbita na tysiące kawałków”. Te kawałki naszej historii, poszczególne jej wydarzenia, mogą sprawiać wrażenie nieważnych, niepotrzebnych, zbędnych, często nadal boleśnie doskwierających, wciąż frustrujących, rodzących pytanie: po co to było, jaki był tego sens, do czego to prowadzi, czy doprowadziło…? Łatwiej oczywiście wpisać we własną historię chwile pogodne, radosne, sytuacje udane, satysfakcjonujące, zwycięskie… Trudniej to uczynić, gdy spotkały nas cierpienia, doświadczenia bolesne, upokarzające, odbierane przez nas jako przykre, niepotrzebne, czy wręcz pozbawione sensu.
Wstępny wymiar refleksji nad własną historią, to przywołanie z pamięci wyżej wspomnianych wydarzeń, doświadczeń. To zatrzymanie się wobec nich, przyjrzenie się im i próba ich oceny z perspektywy minionego już czasu. Dla nas, wierzących, kluczowe jest to, jak patrzymy na przeszłość. Chodzi o to, by spojrzeć na nią oczyma rozświetlonymi wiarą. Chodzi o żywą wiarę w obecność Boga, przebywającego nie gdzieś daleko, Boga odległego, ale obecnego w naszej codzienności, aktywnie nią zainteresowanego. Boga, który czuwa nad nami w swej nieznużonej Opatrzności, jest obok, więcej – jest w nas, gdy cierpimy. Chodzi o to, by z faktograficznej perspektywy naszej przeszłości przejść do historii zamieszkanej przez Boga, który czyni z niej naszą osobistą historię zbawienia.
I tu znajdujemy kolejną podpowiedź we wspomnianej Adhortacji: „Wreszcie, to Najświętsze Serce jest zasadą jednoczącą rzeczywistość, ponieważ „Chrystus jest sercem świata; Jego Pascha śmierci i zmartwychwstania stanowi centrum historii, która dzięki Niemu jest historią zbawienia”.
Jednym ze sposobów, który może pomóc w odczytaniu historii minionego roku, jako historii zbawienia, jest skorzystanie z psalmu 136, który przez kilkadziesiąt wersetów opowiada historię Izraela rozpoczynając od słów: „Chwalcie Pana, bo jest dobry – bo Jego łaska na wieki”. Jak refren, po każdym wersie opisującym minione wydarzenia, powraca niezmiennie przekonanie: nasz Pan jest dobry, jest obecny, kieruje historią i trzyma nas w swojej dłoni – bo Jego łaska trwa na wieki.
A jak brzmiałaby Twoja historia, gdybyś pozostawił co drugi wers wspomnianego psalmu, a w pierwszym opowiedział o minionym roku twego życia? Może jakoś tak:
Pozwoliłeś mi wstać każdego dnia po dobrze przespanej nocy,
bo Twoja łaska trwa na wieki.
Na moim stole zawsze był posiłek, nigdy nie byłem prawdziwie głodny,
bo Twoja łaska trwa na wieki.
Dzięki sińcom, jakie zadało mi życie, nabrałem więcej rozeznania i doświadczenia,
bo Twoja łaska trwa na wieki….
A resztę dopisz i dopowiedz już sam – ja ogarniam Cię modlitwą….
s. Elżbieta
Poezje
Tyle tajemnic
zakrytych
Tyle słów
w sercu chowanych
Odsłoń Maryjo
przede mną
Jezusa Mądrość
przedwieczną
Pokaż mi
Jego Oblicze
Pragnienia gesty
i słowa
Jego życie
codzienność
I niech Duch Święty
je we mnie zachowa
s. B
Dodano: 01 stycznia 2025

Z moich lektur
Dodano: 16 grudnia 2024
Unia hipostatyczna – o co tu chodzi…?
Za miesięcznikiem W naszej Rodzinie
Unia hipostatyczna – jakie są jej konsekwencje dla Twojego życia? Lekkie zatrzymanie powietrza, powolny namysł i pierwsze skojarzenia. Unia europejska – wiem, co to jest. Coś jeszcze pamiętam o unii brzeskiej czy lubelskiej, ale ta hipostatyczna…? O co w niej chodzi? Być może taki albo jakoś podobny był tok twojego myślenia w reakcji na pierwsze zdanie tego tekstu.
Jesteśmy jednak w zupełnie innym miejscu: u progu Adwentu, gdy towarzyszymy Maryi w zaskakującym wydarzeniu Jej życia: Zwiastowaniu. Gdy Słowo Ojca w odpowiedzi na zgodę Maryi staje się ciałem w Jej łonie, gdy dokonuje się cud Wcielenia, a to zjednoczenie bóstwa i człowieczeństwa w osobie Jezusa teologia określa właśnie mianem unii hipostatycznej. Dogmatyczne orzeczenie w tej sprawie wydał w 451 roku sobór chalcedoński uznając, że należy wyznawać, iż Jezus Chrystus, będąc jedną osobą posiada dwie natury, boską i ludzką.

Sobór doprecyzowuje, że zjednoczenie osobowe dokonało się z chwilą poczęcia natury ludzkiej Jezusa w łonie Maryi i pozostało po śmierci ciała Jezusa. W chwili śmierci na krzyżu dusza Zbawiciela odłączyła się od ciała, ale Syn Boży w dalszym ciągu był zjednoczony ze swoją naturą ludzką – zarówno z ciałem, jak i duszą.
Tyle sobory pierwszych wieków chrześcijaństwa. Ostatni sobór natomiast dopowiedział: „Albowiem On, Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał, urodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim do nas podobny oprócz grzechu” (Sobór Watykański II, Konst. duszp. o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes, nr 22).
Dość długie to teologiczne wprowadzenie, a przecież nie zamierzam zamieniać mojej refleksji w dogmatyczny tekst. Chodzi jednak o to, że te teologiczne, dogmatyczne, precyzyjne, choć czasem dla niewprawnych teologicznie mało zrozumiałe wyrażenia, mają mocne odniesienia do naszego życia.
Skoro Jezus nie tylko przyjął ludzką naturę w ogólności, ale przez ten akt „zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem” i przeniósł to zjednoczenie przez bramę śmierci, to w każdym człowieku możemy Go spotkać, zobaczyć, dotknąć…
Adwent to czas wyciszenia, modlitwy, skupienia. To czas adoracji tajemnicy Wcielenia. To czas blisko serca Maryi, pod którym pulsuje serce Jezusa. To czas rorat, po wielokroć powtarzanej modlitwy Anioł Pański. To czas odnowionej miłości okazywanej Bogu w Jezusie, ukrytym jeszcze pod sercem Maryi.
Nie możemy jednak pozostać jedynie w tym wymiarze miłości. Na skierowane do Jezusa pytanie uczonego w Piśmie o pierwsze przykazanie odpowiedź byłaby w zasadzie prosta: pierwszym przykazaniem jest miłować Boga.
Ale Jezus nie zatrzymuje się na tej pierwszej odpowiedzi, jakby chciał zaznaczyć, że sama ta odpowiedź jest w jakiś sposób niepełna, i dodaje również, jakie jest drugie przykazanie: „Drugie jest to: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych” (Mk 12, 31).
Choć celem drogi naszego życia jest to, by nauczyć nasze serce kochać, to wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że będziemy oddzielali przestrzenie, obszary i osoby. Mogę wybrać miłość do Boga, nie troszcząc się o tych, co są wokół mnie. Słowem, niepostrzeżenie wręcz, wejść w bezpłodną dewocję i pozorną, jałową pobożność, która nie rodzi życia, a jest często zgorszeniem dla wielu: wierzących i niewierzących. Z drugiej strony, mogę też kochać ludzi, wierzyć w człowieka jedynie, jak deklarują niektórzy, a Boga trzymać z dala, jakby On nie miał z człowiekiem nic wspólnego…
Jezus chce natomiast byśmy nie wybierali, byśmy nie antagonizowali tych miłości, ale by jedna splatała się w drugą. Żadna z tych dwóch miłości nie wystarcza bowiem sama w sobie, ponieważ Bóg i człowiek są zjednoczeni głęboką więzią, tajemniczą jednością, by raz jeszcze przytoczyć soborowy tekst: ”Syn Boży zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”.
Bóg nie chce być kochany sam. A już na pewno nie chce być kochany w karytakuralny sposób wykluczający człowieka. W sposób, gdzie szeptane modlitwy przeplatają się z nieustannym osądem, krytyką. Gdzie za słowem skierowanym do Boga, idzie słowo obgadujące człowieka, idzie intryga, kłamstwo, przewrotność, złośliwość. Te drugie słowa też dotykają Boga, który „zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”. To „jakoś” ukazuje naszą nieudolność, by wypowiedzieć do końca tę niesamowitą tajemnicę: Bóg jest w człowieku, w każdym człowieku – w tym żyjącym obok mnie, przyjaznym czy nieprzyjaznym, życzliwym czy wrogim, sympatycznym czy trudnym… Jest obecny prawdziwie, głęboko, na zawsze. Moim słowem, czynem, czy jego brakiem skierowanym do człowieka dosięgam także Boga w Jezusie, w którym nieustannie trwa hipostatyczna unia.
s.E.
Poezje

Dodano: 01 grudnia 2024
Spłynął z Nieba Anioł zadziwiony
Zaszumiał skrzydłami, dzwoneczkiem zadzwonił
Nisko się pokłonił
„Jestem” – rzekł wzruszony
Pan Bóg nieskończony
Posłał mnie do Ciebie
Z gorącym pytaniem, odwiecznym błaganiem
„Czy oddasz Mi siebie?”
s.R
Z moich lektur
Dodano: 15 listopad 2024
Spacer z Bogiem
W każdą środę, wśród niezliczonego tłumu turystów zmierzających do Luwru, jest też dziadek ze swoją 10 – letnią wnuczką Moną. Nie przemierzają w pośpiechu, jak czyni to wielu, niezliczonych sal z ogromną ilością arcydzieł, by w jeden dzień zwiedzić paryskie muzeum. Oni zatrzymują się na długo tylko przy jednym obrazie. Jedna środa, jedna wizyta i jeden obraz. Minuty wpatrywania się w dzieło dawnych mistrzów – co z początku dłuży się dziewczynce zauważającej jedynie popękane ze starości płótna, przytłumione, zszarzałe kolory, dziwaczne, a czasem śmieszne w jej odbiorze elementy tła, słowem, doświadczającej nudy. Potem jednak, gdy powoli dziadek opowiada swej wnuczce o autorze, jego dziele, o treści obrazu, początkowo nie zawsze właściwie rozpoznawanej, o jego ukrytym pięknie, znaczeniu, przesłaniu, oczy dziecka otwierają się i Mona przeczuwa ukrytą wielkość. Starszy pan nie mówi językiem dziecka, ale zwraca się do wnuczki jak do osoby dorosłej, by nie umniejszyć wielkości, piękna i głębi arcydzieł, przed którymi przystają.

Muzealna opowieść zatytułowana: „Oczy Mony” nasunęła mi skojarzenie z kościołem, wiarą, z samym Bogiem. Z pytaniem czy warto małe dzieci, które tak niewiele ponoć rozumieją, przyprowadzać do kościoła. Czy ich obecność w sakralnej przestrzeni faktycznie mało wnosi w ich życie, potrafi natomiast mocno przeszkadzać innym? Czy ma sens mówienie im o Bogu, który jest tak wielki i odległy, potężny i niezrozumiały nawet dla dorosłych? Czy wiarę przekazywać już małemu dziecku, czy raczej zaczekać aż dorośnie, będzie w stanie zrozumieć i ewentualnie wybrać drogę wiary…?
„Nieważne, czy od razu zrozumiemy to, co ktoś do nas mówi, tak, jakby każde nowe słowo miało być rosłym drzewem w rozległym sadzie umysłu. Wszystko rozkwitnie w odpowiednim czasie, pod warunkiem, że wyżłobimy rowki i zasiejemy w nich ziarna…”
Powyższe słowa dziadka Mony, który mówił do dziesięciolatki jakby była studentką historii sztuki, są niezwykle cenne i prawdziwe.
Warto bowiem żłobić rowki i siać drobne ziarna wiary prowadząc małe dziecko do kościoła, pokazując tabernakulum, w którym przebywa żywy Jezus, ucząc ciszy i słów modlitwy. Warto mówić o rzeczach wielkich, o potędze Boga, Jego wszechmocy i ogarniającej nas Bożej obecności. Warto poprzez świątynną wielkość, tak inną od przestrzeni naszych domostw, przez niedostępne prezbiterium z jego centrum: tabernakulum i ołtarzem, poprzez wysokie sklepienia, dostojne figury świętych, cenne złocenia, ciszę i tajemnicę przenikającą wszystko, mówić dziecku o Bogu wielkim, potężnym, wszechmocnym, ale obecnym i kochającym, czuwającym i w każdej chwili gotowym na spotkanie z człowiekiem. Te ziarna, choćby w którymś momencie życia zostały głęboko zakopane, zasypane złymi wyborami, mają w sobie moc i kiedyś zakiełkują, przemienią się w „rosłe drzewa w rozległym sadzie umysłu” i serca. Kiedyś, może gdy dotknie człowieka ból porażki i zniechęcenie, wzejdą przypominając, że jest coś – Ktoś większy niż nasze trudy, cierpienia i przegrane. Ktoś, kto jest obecny, czuwa, jest gotów stanąć przy nas w każdym miejscu i momencie naszego życia, by je wyprostować, umocnić, skierować ku światłu, nadać mu sens…
Będąc o tym przekonana powiem raz jeszcze: warto żłobić rowki, siać ziarno wiary, miłości, przykładu, wskazywać na Boga. Innymi słowy: opowiadać o pięknie roślin, które pojawią się dopiero kiedyś, których może my nie zobaczymy rozkwitających w życiu naszych bliskich, ale – naprawdę warto…
s.E.
Z moich lektur
Dodano: 1 listopada 2024
O odwadze umierania
Tym razem to nie lektura wzbudziła moją refleksję czy wydobyła życiowe wspomnienia, ale to samo życie i trudne doświadczenie wywołały z pamięci wiersz jednej z moich zakonnych współsióstr, która zginęła tragicznie w wieku trzydziestu dziewięciu lat. Wierzę, że choć jej życie zostało przerwane tak nagle, niespodziewanie, brutalnie wręcz, zdążyła potwierdzić swoje tak Bogu, które po wielokroć wypowiadała, także w cytowanym wierszu:
jesienią miłość jest największa
chociaż to wiosnę chwalą w wierszach –
bo jakiej wielkiej miłości trzeba
by tak po prostu bez buntu umierać.[1]

Jak trudne jest to ostatnie i ostateczne umieranie, nikt z nas żyjących nie wie z własnego doświadczenia. Towarzyszenie odchodzącym pozwala przybliżyć się do tej tajemnicy, ale i tak zatrzymać się musimy przed granicą, którą przekracza się zawsze samotnie. Mistrzowie życia duchowego – ale i każdy z nas żyjący wiarą – wiedzą doskonale, że codzienne umieranie, tracenie kogoś lub czegoś, potrafi być także nad wyraz bolesne i trudne.
Czasem bowiem pozwolić trzeba, by umarło to, co się dopiero urodziło. Nie zżymać się, gdy marzenie zamienia się w przeszłość, nie mając szansy na realizację. Uwierzyć, że jeśli ginie to, co nadal zdaje mi się dobrem, to ginie i rozpada się jedynie zewnętrzna szata – dobro pozostaje: pozostaje i wciela się w cierpliwość, łagodność, uległość, zawierzenie… Wzrasta w nas człowiek wewnętrzny, ufnie wydany Bogu na wszystko, co przychodzi z którejkolwiek, choćby najbardziej niespodziewanej, strony. Wzrasta tym bardziej, im zwyczajniej, po prostu, bez buntu umiera dla siebie – bo jakiej wielkiej miłości do tego potrzeba…
[1] S. Maria Barbara Złotowska ocd, Miłość trwa nad nami, Gdynia–Pieniężno 2009, s. 44.
Rozmaite tematy
Dodano: 01 listopad 2024
Biogram s.Bernadetty
Siostra Teresa Bernadetta od Jezusa i Maryi (Bernadetta Magnucka)
urodziła się 2 marca 1961 roku w Pile, jako pierwsze dziecko Maksymiliana i Józefy z domu Świątek. Ma młodszą o osiem lat siostrę, Hannę. Swoich rodziców wspominała zawsze jako pełnych czułości, głęboko wierzących w Boga i otwartych na innych. Do Magnuckich wieczorami chętnie przychodzili sąsiedzi i znajomi na wspólne śpiewanie. Było dużo radości, humoru i serdeczności. Wtedy Bernadetka nauczyła się od swojej mamy ze słuchu tworzyć drugi głos do piosenek. Miała mocny, piękny alt o rzadko spotykanej, bardzo przyjemnej barwie. Służyła nim później przez wszystkie lata życia zakonnego, zostawiając go nam w nagraniach na płytach „Moje niebo” i obu częściach „Chcę widzieć Boga”.
Wielkim ciosem dla rodziny była nagła śmierć taty Maksymiliana. Zginął w wypadku podczas pracy na kolei, został zmiażdżony przez cofającą się lokomotywę. Bernadetka miała wtedy czternaście lat… Mama, mimo licznych propozycji, nie wyszła powtórnie za mąż, zatroskana i całkowicie oddana wychowaniu córek.

Bernadetta wcześnie odkryła w swoim sercu pragnienie poświęcenia się Bogu. Wychowana w parafii salezjańskiej początkowo myślała, by wstąpić do salezjanek. Okres dojrzewania przyniósł pytania o założenie rodziny, pojawiły się sympatie, a nawet propozycja małżeństwa. Jednak Jezus już na tyle oczarował jej serce, że zdecydowanie odmówiła i zaczęła szukać swojego miejsca do życia z Nim i dla Niego. Studiowała socjologię na KUL-u i poznała lubelski Karmel (jeszcze zanim siostry przeniosły się do Dysa). Przeżyła tam silne doświadczenie duchowe, które upewniło ją, że jej powołaniem jest bycie karmelitanką bosą. Przez znajomości studenckie trafiła najpierw do Karmelu w Elblągu, skąd siostry ufundowały klasztor w Gdyni – Orłowie. W rozeznawaniu powołania towarzyszył jej kierownik duchowy, o. Bronisław Mokrzycki SJ. Często wspominała jego posługę wobec niej jako nieocenioną i bardzo znaczącą.
Do klasztoru karmelitanek bosych w Gdyni – Orłowie wstąpiła 18 marca 1983 roku. Przeoryszą była wówczas m. Teresa Cecylia od Niepokalanego Serca Maryi, a mistrzynią nowicjatu – w szczytowym momencie liczył on czternaście białych sióstr – s.Immakulata od Ducha Świętego. Pierwszą profesję złożyła 7 października 1984 roku, a wieczystą 3 października 1987 roku. Bardzo szybko, przy braku starszych sióstr, s. Bernadetta została posłana do koła, do kontaktu z gośćmi, którym służyła z pełnym oddaniem.
W latach 1989-1992 przebywała w Karmelu w Rzymie, gdzie udała się wraz z trzema siostrami, by wspomóc tamtejszą wspólnotę. Przeorysza rzymskiego karmelu nazywała siostrę „Agnellina” – owieczka, zauważając bardzo szybko jej uległość, dyspozycyjność i pogodę ducha. Tam również służyła gościom w kole, ucząc się zarazem języka włoskiego.
W roku 1997 wyraziła gotowość wejścia w skład grupy fundacyjnej rozpoczynającej życie modlitwy w nowym klasztorze w Bornem Sulinowie. Przyjechała jako zastępczyni wikarii, którą była s.Maria Elżbieta od Trójcy Świętej. Pełniła także posługę mistrzyni nowicjatu i kołowej (zajmowała się gośćmi), a w pierwszych wyborach w roku 1999 została wybrana przeoryszą. Pełniła ten urząd czterokrotnie, w sumie przez 12 lat. Lubiła o sobie mówić, za swoją patronką, św. Bernadettą, że jest „miotłą Pana Boga”. Szła tam, gdzie ją posłano, chętna do każdej pracy, jaką jej zlecono. Wolała słuchać, niż wydawać polecenia. Jako przeorysza wiele spraw poddawała pod rozeznanie kapituły. Dzięki temu mogłyśmy wzrastać we współodpowiedzialności za wspólnotę i podejmowane decyzje. Dbała o relację z każdą z nas, a także o to, byśmy były jedno. Zatroskana o dobro i jedność wspólnoty aktywnie je budowała. Potrafiła stanąć z boku, z pokorą ustąpić, przyjąć w duchu wiary wszystko, co niosło życie. Jako przeorysza dbała o nasze duchowe potrzeby, a także o wytchnienie dla ciała. Wysoko ceniła chwile wielkich rekreacji, w których przodowała w tworzeniu dobrego, pogodnego nastroju, w rozmowach i zabawach, jednoczących wspólnotę i zacieśniających więzi przyjaźni między nami. Miała duży talent aktorski, role, w które się wcielała w przedstawieniach i scenkach humorystycznych często wyciskały z oczu łzy śmiechu. Z drugiej strony była propagatorką cotygodniowych dni pustyni, które w borneńskim klasztorze zostały wprowadzone w roku 2000. Miała ducha pustelniczego, przy całej swojej towarzyskości zawsze najpełniej czuła się sobą w sam na Sam z Jedynym Umiłowanym. Była zakochana w Tym, Który JEST, często powtarzała pocieszając siostry w ich strapieniach: On Jest. Zawsze JEST. Jej życiowym mottem były słowa św. Pawła, które często nam przytaczała: Tym, którzy Go miłują, Bóg ze wszystkiego wyprowadza dobro.
Była powszechnie znana i lubiana, miała szerokie grono przyjaciół i osób, które powierzały się jej modlitwie. Z niezwykłą empatią wysłuchiwała każdego, nie żałując czasu ani zdrowia. Otoczyła opieką kilku ubogich, którzy z ufnością przychodzili do niej po pomoc materialną i wsparcie duchowe. Zasłynęła także z niezwykłej skuteczności wymadlania potomstwa dla bezdzietnych par, które wspominają ją z wielką wdzięcznością i łzami w oczach… Jej piękny uśmiech i spojrzenie pełne czułości przyciągały wszystkich i pozostawiały w sercach niezatarty ślad. Słynęła z poczucia humoru, lubiła słowne zabawy, wymyślanie nowych słów i wyrażeń. Przekręcała nasze imiona, zawsze z wyczuciem i czułością. Jej pasją było pieczenie ciast i ciasteczek. Wynajdowała coraz to nowe przepisy i wypróbowywała je na różne okazje, by sprawić siostrom trochę radości. Emanowała dobrocią i ciepłem, życzliwością, chęcią pomocy, ofiarnością i łagodnością. Była niezwykle wyrozumiała, często powtarzała, by nie tworzyć problemów tam, gdzie ich nie ma. Miała trzeźwe, spokojne i szerokie spojrzenie na rzeczywistość oraz głęboką mądrość życiową. Wiele z nas miało w niej zaufaną powierniczkę i doradczynię. Zawsze też mogłyśmy liczyć na jej wstawienniczą modlitwę. Wystarczyło szepnąć w przelocie: „Bernadetko, pomódl się za mnie…”, a można było być pewną, że ta prośba nie będzie zapomniana. Często odczuwałyśmy niemal natychmiast owoc jej wstawiennictwa, brała na siebie ciężary i cierpienia innych.
W ostatnich latach, zwłaszcza po covidzie, który bardzo ciężko przeszła jesienią 2020 roku, zauważyłyśmy, że słabnie i jakby nie nadąża za wydarzeniami. Irytowało ją to, często słyszałyśmy, jak utyskuje na tę „niezrozumiałą słabość”. Przy tym nie zwalniała tempa, chciała nadal pracować na pełnych obrotach. Dwa lata temu, po wyborach zgłosiła naszej matce chęć i gotowość posługi w kole. Ta, zatroskana o jej zdrowie prosiła, by siostra nie zaniedbywała okresowych badań. Nie wykazywały one jednak żadnych niepokojących zmian… Pracowała zatem w kole niemal do śmierci. Lato 2024 roku okazało się dla niej bardzo dużym wyzwaniem, często powtarzała, że nie ma powołania do życia w tropikach. Dokuczała jej duszność. Zauważyłyśmy u niej dziwną bladość twarzy, jednak nie przyszło nam na myśl, że może to być białaczka… Łapała też infekcje, wiele tygodni dręczył ją gwałtowny kaszel. W takim stanie wyjechała pod koniec sierpnia do Kołobrzegu na zabiegi fizjoterapeutyczne i wypoczynek. Tam pojawiły się silne bóle w okolicy kręgosłupa, które zdiagnozowano jako zapalenie korzonków. Zadzwoniła po pogotowie, jednak powiedziano jej, że do korzonków nie przyjadą… Przez tydzień nie mogła spać ani chodzić z bólu. Znajome robiły jej zakupy i gotowały obiad. Jedna z nich poprosiła też księdza, by przyniósł jej komunię św. i udzielił sakramentu namaszczenia. Siostra płakała ze szczęścia… Potem w szpitalu, na parę godzin przed śmiercią także mogła przyjąć Jezusa.
Gdy poprosiła matkę przeoryszę, by ktoś po nią przyjechał, bo chce wracać do klasztoru, nasza matka pojechała do niej z kierowcą 23 września rano. Niestety, stan siostry Bernadetty był już bardzo poważny, nie była zdolna do podróży… Zawieziono ją do przychodni po poradę i jakiś mocny, przeciwbólowy zastrzyk na drogę. Jednak lekarka na jej widok natychmiast zadzwoniła po pogotowie. W szpitalu została postawiona diagnoza: obustronne zapalenie płuc i białaczka, stan ciężki. Pomimo podanego tlenu, duszność się pogłębiała. Lekarze zaproponowali respirator, na co siostra wyraziła zgodę: „Jeśli to dla mojego dobra, to zgadzam się”. Były to jej ostatnie słowa wypowiedziane na ziemi… Zmarła po kilku godzinach pobytu w szpitalu w wyniku wstrząsu septycznego o godzinie 2.15, dnia 24 września 2024 roku.
Od dawna prosiła Jezusa, by zabrał ją prosto do Siebie, bez konieczności czyśćca. Wierzymy, że została wysłuchana… Wielokrotnie w ostatnich latach wyrażała pragnienie pójścia do Niego, mówiła, że jest gotowa. Pan wysłuchał jej prośby i zabrał ją nagle, zrywając zasłonę tym słodkim zderzeniem, o którym pisze św. Jan od Krzyża w „Żywym płomieniu miłości”.
Była bardzo związana z małą Teresą. Żyła w praktyce aktem Ofiarowania się Miłości Miłosiernej, często go odnawiała, a w kąciku modlitewnym w jej celi obok Pisma świętego znalazłyśmy bilecik z cytatem ze św. Jana od Krzyża: Przemień mnie Panie w miłość, którą jesteś, a za niczym już tęsknić nie będę.
Oblubieniec zabrał ją w rocznicę welacji św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a pogrzeb odbył się w rocznicę jej śmierci, 30 września. Wiadomość o śmierci s.Bernadetty wstrząsnęła wieloma osobami, którym była bliska. Pogrzeb stał się wymowną manifestacją miłości do naszej małej siostry o wielkim sercu, prawdziwą Paschą, w czasie której Pan przeprowadzał naszą siostrę ze śmierci do Życia. Mszy świętej przewodniczył emerytowany ordynariusz diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej, bp Edward Dajczak, a homilię wygłosił nasz prowincjał, o. Łukasz Kansy. Z mocą kilkakrotnie podkreślał rzeczywiste oddanie się Bogu śp. siostry Bernadetty, o czym świadczyło całe jej życie wydane służbie braciom: siostrom, z którymi żyła, księżom, za których wiernie się modliła i każdej napotkanej osobie powierzającej jej swoje troski i intencje. Wydała się bez reszty i otrzymała Miłość za miłość. Na marginesie: zauważyłyśmy, że zarówno ks. biskup, jak i o. prowincjał przejęzyczyli się, nazywając zmarłą siostrę świętą!
Przybyło 37 księży i ojców, oraz 20 sióstr zakonnych, których przyjęłyśmy w zakonnym chórze, bo kaplica nie pomieściłaby wiernych. I tak sporo osób stało pod oknami kaplicy (było przygotowane nagłośnienie), w zakrystii i na korytarzu…
Było to piękne wydarzenie, mimo bólu i łez, przeżyte w paschalnej radości i nadziei na rychłe spotkanie w Niebie! Ks. biskup Dajczak ze wzruszeniem mówił, że kolejna, już piąta karmelitanka bosa jest pochowana na terenie naszej diecezji. Skomentował ten fakt jako zakorzenianie się Karmelu na tej ziemi, tak bardzo ocierpianej i potrzebującej ofiary i wstawiennictwa.
Dziękujemy naszym siostrom z karmelu wrocławskiego, które akurat gościłyśmy z racji powodzi, naszym braciom karmelitom, nowicjuszom, którzy dzielnie nieśli trumnę, za współudział, duchowe i materialne wsparcie i modlitwę. Niech Pan będzie we wszystkim uwielbiony!
Poezje
Dodano: 15 października 2024
Jesień
Dziś się ma dusza snuje nad ziemią,
Jak mgła poranna
Nabrzmiała łzami, ciężkim zwątpieniem
Jakby umarła
Dusza ma dzisiaj, jak zwierz zraniony
Do mchu przywarła
I padła bólem, smutkiem zmroczona
Co nań natarły
Jeden Twój uśmiech Niebieska Mamo
Wszystko odmienia
Ty atmosferą Słońcem nagrzaną
Otulasz ziemię
Twoje spojrzenie ciepłe słodyczą
Na szczyt wynosi
Nie ma już bólu, smutku, goryczy
Jest łaski rosa
Twoje ramiona, co Dziecię tulą
I mnie przygarną
Mamo Jezusa, moja Matulo
Maryjo Panno
s.R.

Rozmaite tematy
Dodano: 10 październik 2024
Pogrzeb s. T. Bernadetty od Jezusa i Maryi OCD
30 września 2024 r.







W poniedziałkowy poranek 30. września, prawie tydzień po śmierci naszej s. Bernadetty (24. września), o godz. 8.00 przywieziono ciało Siostry do klasztoru. Głowa Zmarłej została przyozdobiona różanym wiankiem, jak niegdyś podczas ślubów, które były zaślubinami w wierze, a teraz, wierzymy mocno, poza bramą śmierci dokonały się ostateczne zaślubiny z Umiłowanym „twarzą w twarz”, w widzeniu i chwale.
Do godziny 11.30 trwały osobiste spotkania i pożegnania ze Zmarłą przy otwartej trumnie. Współsiostry, rodzina, bliscy, przyjaciele i wiele, wiele osób, które mimo poniedziałkowego dnia pracy, zjawiły się na to ostatnie pożegnanie.
Przyjaciel s. Bernadetty, przybyły z Dolnego Śląska ks. Marian Kopko, przewodniczył modlitwom przy trumnie. Następnie bracia karmelici zamknęli trumnę i przenieśli ją na środek zakonnego chóru. Siostra została otoczona przez liczne grono przybyłych sióstr zakonnych (około 20), karmelitańskie współsiostry, oraz około 40 księży przybyłych nie tylko z naszej diecezji, ale także z innych stron Polski. Kaplica natomiast nie była w stanie pomieścić wszystkich zebranych, których część uczestniczyła w uroczystości poza kaplicą, w zadaszonym namiocie, na ławkach z pobliskiej szkoły, przy dobrym nagłośnieniu, wśród szumu klasztornego lasu…
O godzinie 12 rozpoczęliśmy wspólny różaniec – część chwalebną – prowadzony przez siostry z różnych zgromadzeń.
Eucharystii o 12.30 przewodniczył biskup senior naszej diecezji, bp Edward Dajczak, w najbliższej koncelebrze z Ojcem Prowincjałem Łukaszem Kansym OCD, ks. Marianem Kopko i ks. Mariuszem Kucińskim – przyjaciółmi siostry Bernadetty, oraz z licznie zgromadzonymi w karmelitańskim chórze ojcami i księżmi.
Homilia wygłoszona przez o. Prowincjała przybliżyła postać s. Bernadetty – nie tyle w wymiarze jej zewnętrznych działań, które dla karmelitanki są bardzo ograniczone – ale w wymiarze wewnętrznym. Gotowość oddania się na całego, bez reszty, Umiłowanemu nade wszystko Bogu, przebijała z biograficznych wspomnień młodości i pozostała żywa do ostatnich dni życia Siostry.
Po Eucharystii i modlitwach końcowych – pożegnaniu Zmarłej i zawierzenia jej Bogu – uformowała się procesja: nasz przyjaciel Andrzej z krzyżem, współsiostry (z białymi różami w rękach, które razem z różanymi płatkami, zamiast ziemi posypały się na trumnę), pozostałe siostry zakonne, ks. Biskup, ojcowie i księża, trumna z ciałem Siostry, rodzina, bliscy i wielu, bardzo wielu tych, dla których siostra Bernadetta była ważną, cenioną, bliską i zaufaną osobą.
Choć wiele serc było pogrążonych w bólu straty, cierpienia, niedowierzania wobec tak niespodziewanej śmierci, w cieniu mroku i żałoby, nieustannie przebijały się jednak, w myślach, atmosferze, w pieśniach, treści niosące nadzieję – Ja nie umieram, ale wchodzę w życie – jak niegdyś wołała św. Teresa od Dzieciątka Jezus.
My straciliśmy siostrę, ciocię, przyjaciółkę, bliską i zaufaną osobę, ale wierzymy mocno i wiemy, że cieszy się niebo, które otwarło swe podwoje dla kolejnej oblubienicy Jezusa, już piątej z borneńskiej wspólnoty.
Jezus tak niespodziewanie zabrał Siostrę do siebie, nie oswajając nas z tym rozstaniem (przecież wyjechała z domu na rehabilitację, po której miała wrócić wzmocniona i odnowiona…), ale wierzymy, zgodnie z pawłowym przekonaniem, które było tak bliskie siostrze Bernadetcie, że Bóg mocen jest ze wszystkiego wyprowadzić dobro, jeśli Jemu się oddamy i zawierzymy:
„Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują,
współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8,28)
– bo Bóg jest dobry – ZAWSZE
Z moich lektur
Dodano: 29 września 2024

O BOŻEJ OBECNOŚCI
Nasza karmelitańska Reguła wzywa nas do nieustannego trwania na modlitwie i życia w świadomości Bożej obecności. Bez tego trudno mówić o życiu kontemplacyjnym. Sam Bóg powiedział o sobie Mojżeszowi: JESTEM, który JESTEM, a św. Eliasz wyznawał: Żyje Bóg, przed którego obliczem stoję. Bóg jest zatem nieustanną, miłującą OBECNOŚCIĄ; w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (Dz 17,28). Wiara i miłość pozwalają nam odkrywać tę Obecność w nas i wokół nas i odpowiadać naszą świadomą obecnością w Niej. To jest istota modlitwy nieustannej, do której Bóg zaprasza nie tylko nas, mniszki, lecz każdego wierzącego: nieustannie się módlcie…
Jednak co to tak naprawdę oznacza i czy w ogóle jest to możliwe? Przecież w praktyce nie wydaje się realne, by pośród wielu wyzwań codzienności trwać bez przerwy myślą przy Bogu. Nasze prace, odpowiedzialności, troska o innych i służba wspólnocie angażują także nasz umysł i zdaje się, że modlitwa wielokrotnie musi pójść na kompromis z tymi wymaganiami. Czy wobec tego życie modlitwą, chodzenie w Bożej obecności, to tylko pobożne i duchowe, ale niezbyt realne marzenie?
Gdyby tak było, nasze powołanie i życie karmelitańskie nie miałoby słusznego uzasadnienia. Bóg jednak zaprasza nas do relacji przyjaźni z Nim, wręcz do głębokiej zażyłości, aby przelewać na nas i przez nas swoją miłość. Dlatego św. Teresa od Jezusa poucza nas, że w modlitwie nie chodzi o to, aby dużo rozmyślać, lecz aby dużo miłować. Święta nie oczekuje od nas wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia, tylko tego, byśmy spoglądały na Niego z miłosną uwagą. Nasz brat w Karmelu, Wawrzyniec od Zmartwychwstania (XVII w.), dał nam bardzo mocne świadectwo życia w wewnętrznym spojrzeniu na Boga w sobie. Z wielką prostotą dzielił się swoim doświadczeniem i przekonywał: Praktyką najbardziej świętą, najbardziej powszechną i najbardziej konieczną w życiu duchowym jest trwanie w obecności Boga. Trwać w jego obecności oznacza znajdować upodobanie w Jego boskim towarzystwie i przyzwyczajać się do przebywania z Nim, mówiąc do Niego pokornie i czule, rozmawiając z Nim w każdym czasie, w każdej chwili, bez określonych zasad czy ograniczeń czasowych, szczególnie zaś w czasie pokus, cierpień, oschłości, niesmaku, a nawet niewierności i grzechów. Nie trzeba koniecznie zawsze być w kościele, żeby przebywać z Bogiem; możemy zamienić nasze serce w oratorium, do którego od czasu do czasu odejdziemy, żeby tam z Nim rozmawiać – łagodnie, pokornie i z miłością. Wszyscy są zdolni do tych poufnych rozmów z Bogiem. Potwierdza to również wielu naszych świętych karmelitańskich, szczególnie św. Teresa od Dzieciątka Jezus i św. Elżbieta od Trójcy Świętej.
Ta prostota bycia z Bogiem zawsze mnie bardzo pociągała w Karmelu: szukanie i odkrywanie Go we wszystkim, trwanie w Jego obecności i pod Jego miłującym spojrzeniem! Tylko tyle czy aż tyle? I jedno, i drugie jest prawdziwe. Z jednej strony: Bóg daje nam Siebie i zaprasza do wspólnoty miłości z Nim, a z drugiej – nasze pragnienia nie idą w parze z ludzką kondycją, która nas ogranicza.
Jak więc możemy sobie pomóc, aby świadomie trwać w obecności Boga, sercem przy Jego Sercu?
Nie ma tutaj uniwersalnej metody, ponieważ każdy ma swoje wrażliwości, upodobania i swoją drogę modlitwy. Poza tym, kreatywność zależy też od naszej miłości i ona będzie podpowiadać nam sposoby jej wyrażania. Warto szukać prostych form takiego trwania przy Bogu, aby łatwiej było je łączyć z zewnętrznymi zajęciami i wewnętrznym zaangażowaniem. Naszego ducha najbardziej karmi Słowo Boże, zatem dobrze jest wracać w pamięci i nosić w sercu teksty z liturgii dnia albo przywoływać inne, które odpowiadają temu, co aktualnie robimy lub przeżywamy. Kiedy indziej będą to krótkie, coraz częściej powtarzane westchnienia duszy i słowa naszej prośby, troski, ofiarowania, pragnienia, tęsknoty, skruchy, radości lub wdzięczności, które są echem naszego tu i teraz. Ważne jest, abyśmy cierpliwie i z mocną determinacją ćwiczyli się w tej praktyce. Ona stopniowo stanie się przyzwyczajeniem i oddechem duszy. Wiem, że to wymaga od nas sporo czasu i trudu, a nierzadko także walki ze zniechęceniem. Lecz w tych zmaganiach nie pozostajemy sami: Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8,28), a Duch przychodzi z pomocą naszej słabości; gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, On sam przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8,26).
Dlatego możemy wciąż po prostu przyłączać się do Jego modlitwy w nas, czyniąc ją także naszą. Żadne zajęcia, zewnętrzne czy wewnętrzne, nie przeszkadzają nam, by możliwie często „wchodzić” do wnętrza naszej duszy, choćby na chwilę spotkania z Trójcą Świętą. Jeśli będziemy wierni w przywoływaniu swojej uwagi i spojrzenia na Boga, to z czasem doświadczymy, że On sam coraz częściej przywołuje nasze spojrzenie ku Sobie.
Podzielę się jeszcze moim dawnym, nowicjackim odkryciem, które dało mi niemałą pociechę i radość na drogach modlitwy, a którego potwierdzenie znalazłam u św. Teresy od Dzieciątka Jezus i u św. Augustyna. Chodzi o najgłębsze, szczere pragnienia, których siła i stałość, pomimo ludzkiej biedy i słabości, są łaską, niezasłużonym darem od Boga, dzięki któremu nasza ukryta modlitwa wciąż pulsuje w nas, nawet jeśli jej nie odczuwamy. Lepiej i trafniej oddają to słowa samego św. Augustyna: Twoje pragnienie jest twoją modlitwą. Gdy ono nie ustaje, to i modlitwa nie ustaje. Istnieje inna, wewnętrzna, nieustanna modlitwa, a jest nią pragnienie. Choćbyś się oddawał innemu zajęciu, nie przestajesz się modlić, jeśli tylko zachowujesz pragnienie tego szabatu, którym jest odpoczynek nieba. Jeśli chcesz nieustannej modlitwy, nie ustawaj w pragnieniu. Ta prawda przynosi mojej duszy wolność i ukojenie, i radość, i wdzięczność.
Przenikasz i znasz mnie, Panie, z daleka spostrzegasz moje myśli.
Zanim słowo się znajdzie na moim języku, Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ps 139,1-2.4
T. Bernadetta od Jezusa i Maryi
Teraz już żyje przeniknięta i zanurzona w Bożą Obecność.
Z moich lektur
Dodano: 15 września 2024
O pięknych oczach Maryi, które widzą dalej i głębiej
Ksiądz Krzysztof Wons przez następujące po sobie stronice swojej Lectio divina o Maryi, całej Pięknej ukazuje źródło Jej wewnętrznego piękna: wsłuchiwanie się i posłuszeństwo słowu Boga. To wierne słuchanie, dzień po dniu i rok po roku, doprowadza Ją do szczytu Golgoty, gdzie przyjdzie Jej trzymać na kolanach martwe ciało Jezusa. W sercu, w którym zawsze zachowywała i rozważała słowa Boże, powraca wspomnienie Bożych obietnic: będzie On wielki, będzie nazwany Synem Najwyższego, Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida… (Łk, 1,32). Teraz jednak widzi Jezusa zmaltretowanego, bezsilnego, bezwładnego i ostatecznie zabitego, a Jego jedynym tronem są Jej drżące kolana. A jednak, ponad zewnętrznymi faktami, Jej wyostrzony wzrok wiary jest w stanie odkryć, że słabość i bezradność Wcielonego Boga (ta z Betlejem i ta z Golgoty), to Jego droga do człowieka i do Ojca.

Maryja na Golgocie obejmuje ramionami martwe ciało Jezusa i nie przestaje wierzyć, że On jest Synem Najwyższego Boga, jak powiedział anioł Gabriel (Łk 1,32). Pieści na drżących kolanach zmarłego Jezusa, jakby pieściła niemowlę. Rozumie i godzi się, że Bóg właśnie tak się objawia i tak zbawia świat: na drodze słabości i kruchości.[1]
Ile jeszcze drogi trzeba przejść, by nauczyć się patrzeć na słabość i kruchość ‒ tak własną, jak i cudzą ‒ jak Maryja. Oswoić się z nią, przestać się gorszyć czy zżymać, co więcej: nie tylko zgodzić się na nią, ale i ją pokochać. Przeniknąć zasłonę wiary, zobaczyć prawdę Jezusa: bezbronnego, ufnego i oddanego tak w Betlejem, jak i na Kalwarii, i ruszyć w tę samą drogę. Na własnych, słabych przecież, siłach trudno tu polegać, ale: Kiedy Maryja zaczyna nas czegoś uczyć, nigdy nie kończy jedynie na słowach.[2]
[1] Krzysztof Wons SDS, Cała Piękna Maryja, Wydawnictwo Salwator, Kraków 2017, s. 160.
[2] dz. cyt., s. 50.
Poezje
Dodano: 1 września 2024
Nie lękaj się
„Nie lękaj się!”
– wciąż mi powtarzasz.
Ja będę z tobą,
gdy pójdziesz przez ogień
i nie spali cię płomień
a wody wielkie
nie zatopią ciebie
i bać się nie musisz,
bo Cię nie opuszczę
i nie zostawię w potrzebie.
s.B.

Z moich lektur
Dodano: 22 sierpnia 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
skąpstwo |
poprzestawanie na małym |
|
chciwość |
szczodrość |
|
nienasycenie |
powściągliwość |
|
skąpstwo |
skromność |
|
egoizm |
bezinteresowność |
O ty, diaboliczna pomyłko życia! Jak wilk zwinnie rzucasz się na swą zdobycz i zachłannie pochłaniasz obcą własność. Zachowujesz się bezdusznie i opryskliwie, ponieważ nie dbasz o szczęście swych bliźnich. Dlatego nigdy nie będziesz szczęśliwa i schowasz się w dziurze w ziemi jak robak, bowiem odrzucasz niewidzialne bogactwo nieba.
Jednak ja wznoszę się nad gwiazdami i raduję się z Bożej dobroci. Miłuję słodki dźwięk werbli, ponieważ ufam Bogu. Gdy z Nim przebywam, całuje mnie Słońce. Kiedy z miłością obejmuję Boga, zyskuję przychylność Księżyca. Jestem zadowolona z tego, co rośnie na ziemi. Czemu mam pragnąć dla siebie więcej, niż potrzebuję? Wszystkim innym ludziom okazuję pomoc, dlatego moje szaty są uszyte z białego jedwabiu i ozdobione cennymi, szlachetnymi kamieniami. Jeśli ktoś rzeczywiście mnie potrzebuje, jestem na zawołanie, okazując swą uprzejmość i uczynność. Mieszkam w królewskim pałacu i mam wszystko, czego potrzebuję do życia. Jestem córką króla i biorę udział w jego uczcie. Jednak ty, chciwości, gnasz wokół całej kuli ziemskiej i zapychasz sobie brzuch, nie mogąc się nasycić. Uważaj, co czynisz.
Z moich lektur
Dodano: 15 sierpnia 2024
Spacer z Bogiem
Za miesięcznikiem W naszej Rodzinie
W porze popołudniowej lub według innego tłumaczenia Biblii – w łagodnym powiewie wiatru, Pan Bóg zwykł wybierać się z Adamem na spacer. Któregoś jednak razu, gdy Bóg przechadzał się po ogrodzie, nie spotkał tam Adama, więc zawołał: Gdzie jesteś, Adamie?
Tym razem Adam nie wyszedł Mu naprzeciw, zrezygnował z tego codziennego spaceru i się ukrył, gdyż… sprzeciwił się Bogu. Wszedł na swoje samowolne i grzeszne ścieżki. Adam ukrył się przed Bogiem, oddalił od Niego i z czasem się odzwyczaił, zapomniał, jak wspaniałe były przechadzki z Bogiem, ramię w ramię: rozmowy, dzielenia się, zachwyt przyrodą, wspólne odkrywanie wciąż nowych cudów natury…
Nota bene, odkrywamy je nadal i zawężające się specjalizacje w badaniach naukowych rozpoznają ciągle nowe i nieskończone bogactwa flory i fauny w świecie. Nie, to, co piszę, to nie jest bajka na letnie, wakacyjne wieczory, ale to trzeci rozdział księgi Rodzaju, historia piękna i dramatyczna zarazem…

Naturalność kontaktu z Bogiem, jaka była udziałem Adama przed grzechem, poszła z czasem w zapomnienie. Człowiek coraz bardziej oddala się od Boga, a On, na różne sposoby, nieustannie woła do człowieka: Gdzie jesteś? Czekam na ciebie, tęsknię za tobą…
Tę naturalność bardzo mozolnie odzyskujemy, tak w wymiarze całej ludzkości, przez wieki, jak i w osobistym wymiarze życia każdego człowieka. Ten wysiłek i tę drogę możemy nazwać…modlitwą. Modlitwa ma oczywiście różne formy i wymiary, ale może w ten wakacyjny czas warto zatrzymać się na modlitwie będącej… spacerem z Panem Bogiem. Powrót do trzeciego rozdziału księgi Rodzaju, gdy Adam zwykł spacerować z Bogiem „w łagodnym powiewie wiatru”, może być dla nas wakacyjnym wyzwaniem. Rozpoznawać Boga w pięknie przyrody, sile jej żywiołów, w jej potędze, ale także jej delikatności, subtelności, ulotności, kruchej urodzie, która się nie narzuca, ale jest tak hojnie rozsiana na drogach naszych wędrówek…. Mówić Mu o Jego pięknych i potężnych dziełach, dzielić się z Nim wrażeniami, zapraszać Go do wspólnego wędrowania, ramię w ramię, serce przy sercu… Odzyskiwać naturalność w relacji z Bogiem, jakiej On pragnął dla Adama i nieustannie pragnie dla każdego z nas…
W dokumencie o modlitwie rzymskiej Dykasterii do spraw Ewangelizacji na aktualny rok, Rok Modlitwy: „Panie naucz nas się modlić”, do którego wracam przez ostatnie miesiące, czytamy: „Modlitwa nie jest jedynie pobożną praktyką, lecz raczej porównywalna jest do „oddychania duszy”, jest wyrazem głębokiej i naturalnej potrzeby każdego człowieka. Modlitwa, zdaniem Papieża Franciszka, to prawdziwy dialog z Bogiem „twarzą w twarz”, to chwila słuchania i odpowiedzi, podczas której wierny otwiera się na wolę i przewodnictwo Pana. (…) Tak, jak uczniowie prosili Jezusa, aby nauczył ich się modlić, także i my, aby wejść w bardziej intymną i osobistą relację z Bogiem, nie powinniśmy bać się prosić o pomoc przede wszystkim Mistrza, a następnie tych, którzy jako przewodnicy duchowi dłużej chodzą w obecności Pana i nauczyli się już rozpoznawać Jego kroki i drogę”.
Idąc za sugestią dokumentu, by nie obawiać się prosić o pomoc i radę tych, którzy przed nami nawiązali głęboką i naturalną więź z Panem, przytoczę słowa karmelitańskiej przewodniczki wiary na drogach modlitwy: świętej Elżbiety od Trójcy Świętej. Ta francuska karmelitanka żyjąca na przełomie XIX i XX wieku, spędziła 6 lat w Karmelu umierając w wieku 26 lat. Odkryła swoje „niebo na ziemi’, którym była obecność żyjącego w niej Boga.
„Gdy twoje ciało odpoczywa, myśl, że odpoczynkiem twojej duszy jest On i że jak dziecko lubi przebywać w ramionach matki, ty także znajdujesz odprężenie w ramionach tego Boga, który zewsząd cię otacza. My nie możemy z Niego wyjść, ale – niestety! – często zapominamy o Jego świętej obecności i zostawiamy Go samiutkiego, aby się zajmować sprawami, które nie są Jego. Zażyłość z Bogiem jest bardzo prosta. Ona raczej przynosi odpoczynek, aniżeli męczy – jak dziecko odpoczywa pod wejrzeniem matki…”.
Jaki to paradoks, jesteśmy w Bogu, nie możemy z Niego wyjść, a…zapominamy o Nim, a potem mozolnie musimy odnajdywać drogę powrotu to własnego wnętrza, gdzie On przebywa.
Życzę na ten wakacyjny czas wspaniałych wędrówek w dal i w głąb siebie, zawsze w pewności tego, że Bóg jest obecny w nas, obok nas, wędruje ramię w ramię, ciesząc się naszą radością, otwartymi oczyma odkrywającymi Jego dary rozsiane wokół.
Gdzie jesteś, Adamie? – Idę ku Tobie, mój Panie…
s.E.
Z moich lektur
Dodano: 08 sierpnia 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
poczucie braku sensu / radości życia |
radość życia |
|
apatia / przygnębienie |
wesołość / radość |
|
rozpacz |
ufność |
|
smutek |
optymizm |
|
melancholia |
pogoda ducha |
Bóg stworzył radosnego człowieka, ale z powodu twej negatywnej postawy, troski doprowadziły cię do stanu głębokiej chandry. Popatrz tylko na Słońce, Księżyc, gwiazdy i cały niesamowity przepych zieleniejącej się siły życia na ziemi i pomyśl, jakim szczęściem Bóg obdarzył wszystkich ludzi. W gruncie rzeczy jesteś zaślepiony, leniwy, bezwzględny, nieodpowiedzialny i egoistyczny. Zamiast całkowicie zaufać Bogu, tylko powątpiewasz, bowiem wcale nie dbasz o twą boską naturę. Któż codziennie ofiarowuje ci wspaniałe, dobre dary, jeśli nie Bóg? Gdy dzień z pośpiechem wybiega ci naprzeciw, nazywasz to nocą, a gdy spotyka cię szczęście, nazywasz to nieszczęściem. Kiedy dobrze ci się powodzi, twierdzisz, że wiedzie ci się źle. Dlatego żyjesz w obłąkaniu, w mroku marnego żywota.
Ja jednak mam niebo już tutaj na ziemi, bowiem odpowiedzialnie chronię wszystko, co stworzył Bóg, podczas, gdy ty niszczysz i pustoszysz dzieło stworzenia.
Czule kładę na sercu kwitnące róże, lilie i całą zieleniejącą się świeżość życia. Chwalę Boże dzieła, podczas gdy ty jedynie gromadzisz ból.
Negatywnie oceniasz wszystkie swoje czyny, dlatego przypominasz piekielne duchy, które swoim pyszałkowatym zachowaniem wciąż tylko zaprzeczają Bogu. Ja tak nie postępuję, ponieważ poświęcam Mu całą moją uwagę. W smutku również kryje się radość, a w radości szczęście. Albowiem szczęście i nieszczęście występują na przemian jak dzień i noc. Dlatego radość i cierpienie również zmieniają się jak pory dnia.
Spójrz tylko na ptaki pod niebem i okrutnie pożerane przez nie robaki na ziemi. Tak też wygląda sytuacja ze szczęściem unicestwiającym nieszczęście tego świata. Bardzo ważne, by to, co użyteczne, niszczyło to, co bezużyteczne i bezwartościowe, podobnie jak złoto ulega oczyszczeniu w ogniu rozpalonym w piecu. Jednak ty zawsze wybierasz tylko gorzką stronę życia, ja zaś dostrzegam dokładnie jej przeciwieństwo. Wartość i jej brak widzę tak, jak to ustanowił Bóg. Dusza dąży do nieba, zaś ciało do ziemi. Ciało gnębi duszę, jednak ta je kontroluje. Spójrz tylko, jaki jesteś głupi i ślepy, i jakie bzdury opowiadasz.
Poezje
Dodano: 1 sierpnia 2024

Mój Miły
Mój Miły jest jak gór wyżyny
Śmigły jak wiatr, jak łania rączy
Całuje szczyty, muska doliny
Okrywa zbocza zielem kwitnącym
Mój Miły jest jak potok rwący
Co w rzekę życia się rozlewa
Po obu brzegach sad kwitnący
A w nim rodzące wiecznie drzewa
Mój Miły jest jak krzew płonący
Pochodnią Krzyża świeci światu
On winoroślą jest kwitnącą
I jak pszenica się wyzłaca
Mój Miły jest jak małe ziarno
Rzucone w glebę serca mego
I choć Go Wszechświat nie ogarnia
On cały mój, a jam jest Jego
s.R.
Z moich lektur
Dodano: 22 lipca 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
brak szacunku |
głęboki szacunek |
|
pogarda |
poważanie |
|
lekceważenie |
uznanie |
|
upokorzenie |
uwielbienie |
|
bezwzględność |
wzgląd na drugiego człowieka |
Czemu wmawiam sobie, że dobrze znam wszystkie Boże dzieła? Przez swoją aberrację zniszczyłbym całe swoje życie, tak, jak czynisz ty, nieudaczniku, bowiem wszystko atakujesz i obrzydzasz.
Wędruję po górach i dolinach u boku Boga i cieszę się, że uczestniczę w Jego dziele stworzenia. Nikogo nie ranię i każdego szanuję.
Jednak ciebie, o bezwzględności, pragnę rozdeptać pod butami jak błoto. Nie zasługujesz na nic innego, ponieważ przynosisz tylko zmartwienie i wyczerpanie.
Poezje
Dodano: 15 lipca 2024

Matka Karmelu
Córko Eliasza, Matko z Gór Karmelu,
Twymi stopami nasz szlak wydeptany.
Tyś pierwszą Syna Swego uczennicą,
słuchającą Słowa, wiernie go strzegącą.
Ukryta w Elohim w szmerze
łagodnego powiewu,
sama wypełniasz, co nam przeznaczyłaś.
Twój dom to dom modlitwy
i namiot Mojżesza
wśród pustynnej ciszy.
s.B.
Z moich lektur
Dodano: 08 lipca 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
magia / zaklinanie |
prawdziwe uwielbienie Boga |
|
okultyzm |
wiedza o Bogu |
|
bałwochwalstwo |
etyka |
|
szarlataneria |
duchowość |
|
przesąd |
religia |
Bóg pragnie być uwielbiony przez swoje dzieło stworzenia, przez ciebie i przeze mnie, bowiem dał nam życie i je zachowuje. A czym jest życie? Polega ono na tym, że człowiek postępuje rozumnie i z sercem, podczas gdy inne stworzenia kierują się tylko instynktem. Co to oznacza? Człowiek żyje mając bystry rozum, zaś wszystkie zwierzęta działają instynktownie. W ten sposób ludzie dominują nad innymi stworzeniami, które niemo muszą się temu przyglądać i nie mogą ochronić siebie ani innych przed siłą i wandalizmem człowieka.
Magio, ty jesteś jak koło bez środka! Źródło bez praźródła! Poczyniłaś wiele odkryć w przyrodzie, ale na koniec dzieło stworzenia zabierze ci twój dobytek i władzę, ponieważ jesteś kamieniem, który wpada w przepaść. Wskutek swych nieodpowiedzialnych eksperymentów pozbawiłaś człowieka godności, zaś w głębi siebie wymazałaś imię swego Boga.
Znienawidzą cię wszystkie ludy ziemi, albowiem szydzisz ze Stworzyciela! Gdy inni ludzie czczą Boga, ty swoją czarną sztuką wodzisz ich za nos, dlatego w tym życiu otrzymasz nędzną zapłatę.
Poezje
Dodano: 1 lipca 2024
W ręku Ojca
Na Twoich kolanach
jak na tronie jakimś
siedzę już od rana
nie ma jak u Taty!
W dole wielka przepaść
my patrzymy w górę
na słońce i ptaki,
na pierzastą chmurę…
Spaść się nie obawiam
mogę nawet przysnąć,
bo nie lęk mnie trzyma,
ale twoja bliskość
Wiem, że zły czatuje,
tam w dole się piekli
okazji wypatruje
a widzi podeszwy.
s. M.

Z moich lektur
Dodano: 22 czerwca 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
labilność |
stałość |
|
brak wytchnienia |
niezmienność |
|
niepokój |
opanowanie |
|
bezcelowość |
świadome dążenie do celu |
|
słabość |
siła |
Ty, braku wytchnienia, prowadzisz daremną gierkę i jak trawa zamienisz się w rozdeptane przy drodze siano. Wszelkie twe postępki są bezsensowne jak zbędna próżność. Bezużytecznie włóczysz się po świecie jak spłoszona szarańcza. Dlatego wirujesz w powietrzu tu i tam, niczym zamieć śnieżna. Brakuje ci zarówno siły roztropności, jak również właściwej miary. Twoje życie przypomina żywot spłoszonych gołębi, które niespokojnie latają w jedną i drugą stronę, nie mogąc sobie znaleźć ostoi. Ty już zgniłeś i nie znajdziesz w swoim życiu spokoju.
Duch Święty daje życie oraz jest poruszycielem wszechświata i źródłem wszelkiego stworzonego bytu. To On oczyszcza wszechświat, wymazuje winy, namaszcza rany. Jest wspaniałym życiem, godnym pochwały, wskrzeszającym i odradzającym wszechświat.
Z moich lektur
Dodano: 15 czerwca 2024
Klucz do Serca Jezusa
Za miesięcznikiem W naszej Rodzinie
Wracając, zgodnie z kwietniową zapowiedzią, do dokumentu na aktualny rok, Rok Modlitwy: „Panie naucz nas się modlić”, chcę przywołać kolejną wypowiedź papieża Franciszka, tak punktualną na czerwcowy czas.
Po majówkach i licznych wyrazach pobożności maryjnej, tak żywo obecnych w miesiącu maju, stajemy u progu czerwca, miesiąca szczególnie poświęconego Sercu Jezusa. O tym Sercu, otwartym i pełnym miłości dla nas, „nieopancerzonym, jak się wyraził papież Franciszek, czytamy: „Serce Jezusa może otworzyć wspólny klucz, a jest to modlitwa. Ponieważ Bóg ma serce pełne miłości, serce ojca. Modlitwa jest największą siłą Kościoła (Przemówienie z 6 lutego 2016r.).

Co to znaczy, że Serce Jezusa otwiera modlitwa, skoro wcześniej jest mowa o tym, że jest ono „nieopancerzone”, otwarte i pełne miłości? Czy faktycznie potrzebujemy klucza, by otworzyć to otwarte Serce? Czy nie wylewa się z niego nieustanny strumień miłości i miłosierdzia, jak to widzimy choćby na powszechnie znanym obrazie namalowanym według wskazań siostry Faustyny? Tak, to serce jest wciąż otwarte, i odkąd przebiła je włócznia żołnierza na Golgocie symbolizująca nasze grzechy i odejścia, wraz z krwią i wodą nieustannie płynie z niego moc oczyszczenia i życia dla nas.
Wiemy jednak dobrze, że szczelnie zamknięte naczynie, zanurzone w rwącym nawet strumieniu, owszem, ochłodzi się, ale nie zostanie napełnione… Modlitwa zatem otwiera Serce Boga dla nas, a dokładniej: otwiera nasze serce na Boga. Modląc się, wylewając przed Bogiem moje serce, czynię je podatnym na Jego dotknięcia, na zasiew Jego słowa, na moc Jego łaski. Otwierając podczas modlitwy serce na Boga pozwalam, by życiodajne strumienie Jego łaski, miłosierdzia Jego Serca, przelewały się w moje ubogie, grzeszne i poranione serce, oczyszczały je, umacniały i ożywiały.
We wspomnianym dokumencie czytamy kolejne słowa papieża Franciszka: „Poprzez modlitwę Słowo Boże zamieszkuje w nas, a my w nim. Słowo inspiruje dobre intencje i podtrzymuje działanie; daje nam siłę i pogodę ducha, i nawet wtedy, gdy stawia nas w obliczu kryzysu, obdarza nas pokojem. W dniach trudnych i udręczających zapewnia sercu odrobinę zaufania i miłości, która chroni je przed atakami złego” (Audiencja generalna, 27 stycznia 2021 roku).
To wspólne zamieszkanie, Słowa w nas, a nas w Słowie, czy mówiąc inaczej, zamieszkanie w Sercu Jezusa i karmienie się Jego Słowem sprawia, że jesteśmy „podłączeni” do życiodajnego strumienia miłości Boga, która nas chroni, syci i przemienia.
Trwać przy Sercu Jezusa i Jego Słowie – tym jest właśnie modlitwa. Ona nie kończy się jedynie na recytowaniu modlitewnych formuł, co gorsza, czasem z umysłem i wyobraźnią błąkającymi się zupełnie gdzie indziej. Modlitwa to słuchanie bicia Serca Miłosiernego Pana, to poznawanie Go, Jego woli i dróg; modlitwa to czytanie i wsłuchiwanie się w Jego Słowo, to trwanie w wewnętrznym dialogu, często bez słów, także pośród codziennych spraw, co więcej, modlitwa przedłuża się i sprawia, że odczytujemy i reagujemy na wyzwania codzienności z tych głębin rozbudzonej i żywej wiary trwającej przy Sercu Boga.
Czerwiec to dobry czas, by poszczególne wezwania z Litanii do Najświętszego Serca Jezusa, uczynić aktami strzelistymi, dostosowanymi do dnia, sytuacji, poruszeń naszego serca, by ostatecznie uczyć się żyć jak On:
Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami
Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami
Amen.
s.E.
Z moich lektur
Dodano: 08 czerwca 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
dysharmonia |
harmonia |
|
dysonans |
harmonia |
|
rozdarcie |
jedność |
|
nieustępliwość |
pojednanie |
|
wrogość |
przyjaźń |
Ty potworze, cóż za bzdury wygadujesz? Jak możesz zawładnąć Słońcem, Księżycem i gwiazdami i je zniszczyć? Nigdy! Wystarczyłaby jedna iskra pochodząca od Słońca, by przynieść ci zagładę. Już wpadasz do piekła, z którego pochodzisz razem ze swą kłótliwością. Cóż potrafisz uczynić? Nie potrafisz ożywić nawet myszy. Wywołujesz tylko spory i kłótnie. Bluźniąc, nie możesz nikogo zniszczyć, za to najbardziej szkodzisz samemu sobie.
Jak wół służy swojemu panu, tak i ty musisz pomagać Bogu. Jesteś całkowicie bezużyteczny. Tylko przeszkadzasz, bowiem wprowadzasz nieład do dzieła stworzenia i nie masz niczego do zaoferowania. Nie możesz zaszkodzić Bogu, ponieważ On ma prawo cię osądzić.
Rozmaite tematy
Dodano: 30 maj 2024

BOŻE CIAŁO
Sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi…
(Łk 24,16)
Za miesięcznikiem W naszej Rodzinie
Szli rozmawiając i roztrząsając minione wydarzenia, zastanawiając się, martwiąc i kłopocząc sprawą Jezusa a… samego Jezusa, który się do nich dołączył, nie zauważyli, nie rozpoznali. Na uwięzi były ich oczy, serca otumanione, umysły ociężałe, jak mówi ewangelista Łukasz.
Co prawda od lat nie uczestniczę w procesji Bożego Ciała, a cały ten dzień, jak wszystkie karmelitanki, spędzam na adoracji Najświętszego Sakramentu w kaplicy klasztoru. Pamiętam jednak dawne procesje i nie myślę, by wiele się zmieniło. Pamiętam ten zwarty i rozśpiewany tłum u czoła procesji, który z kolejnym metrem staje się coraz luźniejszy, coraz swobodniej wędruje, spaceruje wręcz, ogląda się, rozprasza, rozmawia, a w pewnych sytuacjach dyskretnie się usuwa, znika, wracając do swoich ważnych i pilnych spraw. Czy nie tak właśnie bywa podczas procesji Bożego Ciała, gdy idąc za Jezusem, zapominamy o Jezusie właśnie? Ruszamy w drogę z Jego powodu, a dość szybko, przesuwając się w tył procesji zaczynamy rozmawiać o rzeczach zewnętrznych, powierzchownych – wpierw tych związanych z procesją: z ozdobionymi oknami, ołtarzami, kwiatami, a potem, oczy będące „na uwięzi” zewnętrznych spraw, błąkają się bezmyślnie po sylwetkach osób idących obok, szybko zamieniają myśli w oceny, osądy, wewnętrzne ploteczki dzielone z osobą towarzyszącą, gdy już nie słychać śpiewów milknących w kolejnych rzędach procesji…
Tak, myśląc o procesji Bożego Ciała stanął mi przed oczyma ten fragment Łukaszowej Ewangelii z rozdziału 24 czytany przy trzecim ołtarzu. Procesja Bożego Ciała – w swej istocie wielkie wyznanie wiary ludzi wierzących, niestety, bywa czasem małostkowym wędrowaniem po nieistotnych, błahych, próżnych sprawach i myślach odległych od adoracji i uwielbienia Jezusa Eucharystycznego.
A zaczęło się zupełnie inaczej… Co prawda pierwsze wieki chrześcijaństwa były skoncentrowane na aspekcie ofiary i uczty właściwym sprawowanej Eucharystii. Najświętszy Sakrament przechowywano po to, by można go było zanieść nieobecnym czy jako wiatyk – umierającym. Powoli rodziło się jednak pragnienie Jego adoracji. Około XII wieku kult eucharystyczny zaczął się coraz mocniej rozwijać. Bezpośrednią przyczyną ustanowienia samej Uroczystości Bożego Ciała były widzenia św. Julianny z Cornillon (1193–1258), augustianki w Mont Cornillon w pobliżu Liège. Tam też, od 1246 roku rozpoczęto pierwsze procesje eucharystyczne dla uczczenia Ciała Jezusa i dla publicznego wyznania wiary w Jego żywą i realną obecność w Eucharystii. Podobnie pierwszy cud eucharystyczny w Bolsenie przypieczętował i pogłębił tę wiarę, podważaną w tamtych czasach przez różne ruchy i sekty. To w 1263 roku, w Bolsenie, w regionie włoskiego Lacjum, ksiądz, który powątpiewał w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii podczas jednej z celebracji miał dostrzec, że konsekrowana hostia zamieniła się w ciało, z którego wypływa krew. Naznaczony krwią korporał został przedstawiony papieżowi Urbanowi IV. Było to kolejne wydarzenie, które sprawiło, że tenże papież, w 1317 roku ogłosił Festum Corporis Christi (święto Ciała Chrystusa) jako obowiązujące dla całego kościoła. W Polsce zaczęto je obchodzić od 1320 roku. Opracowanie tekstów liturgicznych do Mszy św. i do Liturgii Godzin zostało później powierzone przez Urbana IV Tomaszowi z Akwinu. Kościół do dziś używa tych tekstów – często śpiewany jest hymn „Pange lingua” („Sław, języku”) a powszechnie znane są jego dwie ostatnie zwrotki rozpoczynające się od słów: „Przed tak wielkim Sakramentem”.
Biblijny Zacheusz nie bacząc na swą pozycję, na śmieszność przedsięwzięcia, wszedł na drzewo, by zobaczyć przechodzącego Jezusa. Potem, na Jego słowo, otworzył drzwi swojego domu – uniżył się „przed tak wielkim Sakramentem”. Oczy przestały być na uwięzi a serce zaczęło pałać na słowa Jezusa.
W którym miejscu stanę podczas tegorocznej procesji Bożego Ciała…?
s.E.
Z moich lektur
Dodano: 15 maja 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
zapomnienie o Bogu |
świętość |
|
oblivio |
sanctitas |
|
nieszczęście |
świętość |
|
oddalenie od Boga |
bliskość Boga |
|
niekompletność |
kompletność |
Czemu mam nie narzucać innym swojej woli? Nic nie wiem o Bogu, a On także mnie nie zna. Nie chcę o Nim słyszeć, bo On po prostu o mnie zapomniał. Robię tylko to, co chcę i co mi się podoba.
Cóż za bzdury opowiadasz w swoim zaślepieniu? Któż cię stworzył i kto utrzymuje cię przy życiu? Jedynie Bóg! Czemu nie pojmujesz, że to On jest twoim Stwórcą, a nie ty sam? Wołam do Boga i proszę Go o wszystko, czego potrzeba mi do życia. Stosuję się do Jego wymagań i trwam przy nich. I poznaję przy tym samego Boga. Czuję Jego obecność, gdy modlę się do Niego i z Nim rozmawiam.
Duch czasu już dawno zapomniał o Bogu. Tymczasem tylko On daje człowiekowi to, co jest mu niezbędne do życia: strawę, przyodziewek i przyjaciół. Wprawdzie widzimy, jak wszystko rośnie, ale nie mamy pojęcia, jak to się dzieje. Tylko nieliczni zdają sobie sprawę, że żyją dzięki Bogu. Nikt nie potrafi uratować ludzkości i zachować jej przy życiu, tylko sam Bóg. Dlatego chcę wykorzystać siłę świętości, aby przebywać w świętej, Bożej obecności. Albowiem jestem tym, który niesie chorągiew w królestwie Boga, jestem księciem i dowódcą w Jego wojsku, z którym On dokonuje swoich dzieł.
Z moich lektur
Dodano: 08 maj 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
chłód duszy |
emanowanie charyzmą |
|
śmierć duszy |
zbawienie duszy |
|
martwa dusza |
żywa dusza |
|
zguba |
uzdrowienie |
|
osłabienie układu odpornościowego |
silny układ odpornościowy |
Jesteś strzałą szatana, która leci pośród nocy. Ranisz wybranych ciężkimi cierpieniami, bo pragną czegoś, czego ty nie chcesz. Zamierzasz ich zniszczyć, ale ten plan ci się nie powiedzie.
Bowiem błogosławieni podnoszą się mocą wiary i siłami aniołów, ograniczając twoją władzę. Jak jeleń tęskni za świeżą wodą, tak oni pragną cię utopić. Uczynią to niczym w powodzi, z pomocą chrztu świętego, siedmioma darami Ducha Świętego. Dzięki temu znikniesz, ponieważ jesteś wrogiem Boga.
Ja jednak jestem fundamentem wszelkich dóbr w życiu i wieżą ochronną dla dobrych uczynków. Chrystus jest naszym wzorem i uzdrowicielem. Troszczę się o wszystkich poszukujących ludzi. Wzmacniam ich chrztem świętym i uzdrawiam chorych mocą Ducha Świętego.
Powrócisz do zdrowia na drodze zbawienia, zawdzięczając to również swemu życiu – nieskazitelnie czystemu i pełnemu energii, które kwitnie w Chrystusie jak lilia. Dzięki temu należę do zbawionych przez Boga.
Z moich lektur
Dodano: 01 maj 2024
O, żebym choć dotknęła Jego płaszcza…
We wszystkich trzech synoptycznych Ewangeliach czytamy o uzdrowieniu kobiety cierpiącej na krwotok. Jak wspominają ewangeliści, kobieta wiele lat cierpiała przez to schorzenie i całe swoje mienie wydała na lekarzy, a nic jej nie pomogło. Co więcej, choroba ta w ówczesnej kulturze była nie tylko upokarzająca, ale i sprowadzała rytualną nieczystość, przez co kobieta nie powinna nikogo dotykać. Ona jednak, umęczona cierpieniem i spragniona uzdrowienia powtarzała w sobie: żebym choć dotknęła Jego płaszcza, a będę zdrowa (Mk 5,28). Przedzierając się zatem przez liczny tłum, podeszła od tyłu i dotknęła Jezusowego płaszcza. Choroba, której dotychczas tak boleśnie doświadczała, która czyniła ją nieczystą, broniła dostępu do ludzi, upokarzała – zniknęła natychmiast. Upływ krwi rodzący ból i cierpienie został zatrzymany. Dotknięcie z wiarą Jezusowego płaszcza zaowocowało uzdrowieniem. Cierpienie dało jej tę odwagę, by przekroczyć wszelkie przeszkody i z wiarą ukryć się w cieniu płaszcza Jezusa.Ten biblijny fragment pojawił się w moim sercu, gdy czytałam w książce o. Dolindo o innej krwi i płaszczu… Nieczystość grzechu, częstokroć ukryta, oddala od Boga, oddziela od Niego, sprawia, że prawdziwe życie uchodzi z człowieka. Taka jest kondycja osoby pogrążonej w grzechu i zwykle skutecznie uśpionej przez złego ducha. Inaczej niż kobieta cierpiąca na krwotok, ktoś taki nie czuje, że życie z niego uchodzi, że wewnętrznie umiera, że niezauważenie wchodzi na pochyłą równię prowadzącą wprost do piekła.
Kobieta cierpiąca na krwotok wołała cierpieniem i wiarą, człowiek zanurzony w grzechu zwykle nie woła świadomie Jezusa. Ale Jezus, do końca walczący o człowieka, również wtedy przychodzi – czy to w odpowiedzi na nieuświadomione wołanie grzesznika o pełnię życia i szczęścia, czy też przynaglany modlitwami przyjaciół – przychodzi z łaską cierpienia i okrywa umierającego w grzechu człowieka swoim płaszczem. Dotyka go rąbkiem skrwawionego w męce płaszcza – dając mu przez to udział w boleści Swej męki i dzieląc się z nim zbawiennym cierpieniem i bólem. Cierpieniem tak głębokim i prawdziwym, że choć zdawać się może, że zamienia ono w ruiny budowlę naszego życia, to w rzeczywistości rodzi owoc życia – pełnego, na wieki. Jak mówi o. Dolindo:

Ludzi oddalonych Jezus przyciąga ku sobie przez ból, który w nich samych jest czymś przykrym, ale okazuje się zawsze rąbkiem Jego skrwawionego płaszcza, którym ich okrywa. *
Jezu, gdyby zdarzyło się nam pogubić w życiu, uśpić nasze sumienie, ulegając kuszeniom diabła i trwać w nieuświadomionym nawet do końca grzechu – przyjdź i okryj nas choćby rąbkiem Twego skrwawionego w bolesnej męce płaszcza – a żyć będziemy…
s.E.
____________________________________________________________
*Ks. Dolindo Ruotolo, W twej duszy jest niebo, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2018, s. 181.
Z książki: Echa, czyli 50 książek w jednej, s. Ewa M. Elżbieta Kolinko ocd
Z moich lektur
Dodano: 22 kwietnia 2024

|
WADA |
CNOTA |
|
troska o sprawy doczesne |
pragnienie nieba |
|
troska o sprawy materialne |
ufność Bogu |
|
przygnębienie |
beztroska |
|
lęk egzystencjalny |
duchowość |
|
cura terrenorum |
caeleste desiderium |
O złodzieju dusz, cóż tam opowiadasz? Twoje poczynania i dążenia są oszustwem, bowiem nie ufasz Bogu, chociaż On codziennie troszczy się o ciebie. Jak ciało nie może obyć się bez duszy, tak żaden owoc nie urośnie bez Bożego udziału. Spójrz na umarłych, ich kości leżą w bezruchu, ponieważ nie potrzebują już duszy. W swoim kruchym życiu niczego nie osiągniesz bez Bożej łaski! W codziennym zgiełku po prostu zapomniałeś o Bogu i nawet o Niego nie pytasz, dlatego twoje życie jest pozbawione sensu.
Jednak ja mam swą ojczyznę w niebie i żyję w harmonii ze wszystkimi stworzeniami. Jestem życiową siłą dla wszystkich poczynań i istnień oraz skarbem dla wszystkich Bożych sił. Jestem ucieleśnieniem radości i zachwytu nad miłością Boga do człowieka. Na swoich skrzydłach lecę przez wszechświat i wszystko wypełniam sprawiedliwością. Wspinam się na najwyższe góry, aby oko w oko podziwiać Boże dzieła. Nie szukam niczego poza zbawieniem i uzdrowieniem dla wszystkich ludzi. Jestem grą na strunach i dźwiękiem cytry dla Bożej życzliwości, która przenika mnie od stóp do głów.
Rozmaite tematy
Dodano: 15 kwietnia 2024

Dokument watykańskiej Dykasterii do spraw Ewangelizacji: „Naucz nas się modlić” jest inspirowany słowami papieża Franciszka, który ogłaszając bieżący rok Rokiem Modlitwy, będącym przygotowaniem i wprowadzeniem w Jubileusz roku 2025, zwrócił się do wiernych słowami: „Proszę was o wzmożenie modlitwy, aby się przygotować do dobrego przeżywania tego wydarzenia łaski i doświadczyć w nim mocy nadziei Boga. Dlatego dzisiaj rozpoczynamy Rok Modlitwy, to znaczy rok poświęcony odkrywaniu na nowo wielkiej wartości i absolutnej potrzeby modlitwy w życiu osobistym, w życiu Kościoła i świata” (Anioł Pański, 21 stycznia 2024 roku).
Nie sposób zatem pominąć to wydarzenie i ten temat, gdy piszę „z karmelitańskiego zacisza”, miejsca nieustannej modlitwy. O niej zatem będzie tak ten, jak prawdopodobnie, także kolejne moje refleksje w tegorocznych miesięcznikach.
Zanim otworzą się dla nas Bramy Miłosierdzia, Drzwi Święte Jubileuszu Odkupienia, warto się do niego przygotować właśnie wzmożoną modlitwą, głębszym, osobistym dialogiem z Bogiem, refleksją nad naszą wiarą. W swoich katechezach Papież wielokrotnie wskazywał, że modlitwa jest drogą do zetknięcia się z najgłębszą prawdą o nas samych, gdzie obecne jest światło samego Boga. Mówił: „Dzięki modlitwie możemy przybyć z sercem gotowym na przyjęcie darów łaski i przebaczenia, które przyniesie Jubileusz, jako żywy wyraz naszej relacji z Bogiem. Zanurzmy się zatem w modlitwie, będącej ciągłym dialogiem ze Stwórcą, odkrywając radość ciszy, spokój doświadczonego przebaczenia i siłę wstawiennictwa w komunii świętych”.
Dobrze byłoby wrócić w tym roku do papieskiego nauczania o modlitwie – zwłaszcza z cyklu „Katechezy o modlitwie”, które zostały wygłoszone w dniach od 6 maja 2020 roku do 26 czerwca 2021 roku. Papież wielokrotnie w nich przypomina, że modlitwa jest intymnym dialogiem ze Stwórcą; dialogiem, który zaczyna się w ludzkim sercu, aby ludzkie serce znalazło „Serce” Boga, wypełnione Jego miłosierdziem, zdolnym przemienić nasze życie. W tym dialogu wierzący nie tylko rozmawia z Bogiem, ale uczy się także Go słuchać, znajdując odpowiedzi i wskazówki w świetle Jego cichej obecności. Modlitwa staje się w ten sposób mostem między niebem i ziemią, miejscem spotkania, w którym serce człowieka i serce Boga splatają się w nieustannym dialogu miłości.
Już u początku swego nauczania o modlitwie Ojciec święty zwraca uwagę, że „Modlitwa to nie magiczna różdżka! – nie jest to sztywna formuła, która powtórzona poprawnie, podobnie jak w handlu, daje żądany produkt; w modlitwie to Bóg ma nas nawrócić, a nie my powinniśmy nawrócić Boga” (Audiencja generalna, 26 maja 2021 roku). Oznacza to, że siłą modlitwy nie są takie czy inne słowa, wypowiedziane tak, a nie inaczej, tyle i tyle razy… ile ofiarowane ma być Bogu w modlitwie całe nasze serce, nasze życie, także nasza niemoc, cierpienie i nędza!
Zatrzymał moją uwagę powyższy fragment, także z bardzo praktycznego powodu, który wydawać się może drobny i nieistotny.
Otrzymuję czasem wiadomości telefoniczne z pięknymi duchowymi przesłaniami. Cieszę się wtedy, że są osoby, które angażują się, by Boże prawdy przekazywać także w ten sposób: zgrabne słowo, piękny obraz, wyraziste przesłanie. Ale docierają też religijne treści ze słowami: prześlij to do 5, 10, 15 osób. Jeśli tego nie zrobisz, to znaczy, że nie wierzysz wystarczająco, wstydzisz się swojej wiary, jesteś mało gorliwy, albo, co więcej: spotka cię coś złego, natomiast dosięgnie cię bez wątpienia dobro, gdy to zrobisz.
Jedną z reguł duchowego rozeznawania św. Ignacego jest obserwowanie początku, środka i końca myśli, sprawy, pomysłu. Bo to pod koniec często ‘wystaje diabli ogon’, który zdradza jego inspirację i obecność. Podobnie i w tego rodzaju przesłaniach, które obiecują lub straszą, jest pewna ‘magiczność’, o której pisze Papież. Zapewnienia, że Bóg na tak wykonaną czynność ‘musi’ odpowiedzieć łaską, błogosławieństwem, lub odpowie karą w przypadku jej braku to czysta magia odległa całe światy od wiary. Zatem „magiczna różdżka i sztywna formuła”, o której mówi Ojciec święty, tu ma także swoje miejsce. Takie modlitwy są bliższe magii, wróżbiarstwu, fatalizmom, przymusom (względem Boga i człowieka), a to wszystko jest bardzo odległe od Bożego działania, a ma znamiona złego ducha, który chce spłycić, wykrzywić, ośmieszyć. Jako wierzący w miłującego Boga, który patrzy na nasze serca, a nie na sztywne formuły, nie rozsyłajmy takich przesłań – nie budują one ani prawdziwej, szczerej i ufnej wiary, ani głębokiej religijności człowieka, wykrzywiając przy okazji prawdziwy obraz Boga.
A teraz, po długich 40 dniach postu spędzonego w ciszy, zadumie, refleksji i modlitwie niech zabrzmi w naszych sercach i ustach – Alleluja! Po wielokroć powtarzane, śpiewane, nucone, wykrzykiwane, nie według magicznych nakazów, ale z potrzeby serca, które chce wołać: Alleluja – Chwała Panu, który żyje, jest obecny i chce nas prowadzić do coraz głębszej z Nim zażyłości.
s. E
