Rozmaite tematy
Dodano: 30 czerwca 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”
O powołaniu słów kilka…
Różany ogród pani Marii został doszczętnie ogołocony. Moja sąsiadka ścięła wszystkie róże na wieść o tym, że wyjeżdżam z rodzinnego domu i wstępuję do Karmelu w odległej Gdyni. Z naręczem róż, w towarzystwie siostry i brata z dziewczyną, wyruszyłam w podróż. Co prawda, mój brat do końca nie wierzył, że moją miłością jest Jezus. Optował raczej za jakimś przystojnym marynarzem, który w Gdyni czeka na jego siostrę…
Tak, trudno uwierzyć, że Jezus może tak mocno zawrócić w głowie młodej dziewczynie, że przerywa studia, zostawia rodzinę i przyjaciół, rezygnuje z perspektyw, które roztacza życie i jest gotowa przekroczyć próg klauzury, ukryć się za kratami i murem Karmelu… Po co, a nade wszystko – dlaczego?! Tak pytali bliscy, rodzina, znajomi…
O miłości małżeńskiej pisałam w majowym numerze miesięcznika. Teraz spróbuję odsłonić coś z miłości Jezusa, która potrafi postawić świat na głowie!
Bo jak inaczej nazwać to, że dotychczasowe życiowe plany jawią się jak stare, niemodne już ubrania – nie pociągają, nie zachwycają, nie są atrakcyjne?
Jak wytłumaczyć, że powszechnie śpiewana pieśń: „Nie bój się nie lękaj się, Bóg sam wystarcza” – brzmi w sercu z taką siłą przekonania, wyłączności, smaku Boga, wobec którego wszystko inne staje się przaśne, blade, płytkie i nijakie?
Skąd się bierze to, że czas spędzony z przyjaciółmi, spotkania, imprezy, kawiarniane dyskusje, zabawowe pomysły już nie zachwycają i nie sycą, a chwila, która ma być spędzona nad Ewangelią zamienia się w godziny, po których nie wiadomo – gdzie byłam, co to było, co się działo, i dlaczego tak trudno wyjść z tej otwierającej się głębi pełnej smaku, słodyczy, bliskości, bezpieczeństwa, nasyconej Bożą miłością i obecnością?
Kto ma moc wlać w serce tak głębokie przekonanie, że praca ludzkiego umysłu i rąk ma tak ograniczony zakres – choć jest tyle ewangelizacyjnych i życiowych pomysłów na realizację dobrych, pożytecznych planów? Większą siłę, moc i skuteczność ma oddanie siebie Bogu i modlitwa, która dotrze wszędzie, w każdy zakamarek świata i ludzkiego serca, by otworzyć dostęp dla łaski Bożego miłosierdzia.
Takiego postawienia na głowie ludzkiej logiki, takiej pewności, takich przekonań zakorzenionych na głębinach, które nie podlegają zmiennym nastrojom, nie wygasają wraz z emocjami czy mijającym czasem, nie wymyśli żaden, nawet najbardziej charyzmatyczny człowiek. Takich przekonań nie wyduma się też samemu, a jeśli nawet się je zbuduje ze słów i myśli, nie da się im takiej wagi, która sprawia, że można spokojnie w tę stronę przechylić i zawierzyć całe życie. I to nie jeden raz, nie na chwilę, na dzień, miesiąc czy rok, ale na zawsze.
Tego dokonać może jedynie Bóg!
Pamiętam doskonale miejsce i czas, gdy dotarły do mnie słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). Tak, powołanie, które stawia na głowie cały świat, wywraca dotychczasowe przekonania, odsłania absolutnie nowe i zachwycające smaki sycące ludzkie serce – to jest absolutnie i wyłącznie Boże działanie, które ma moc zmienić serce człowieka, jego myślenie, dać siłę działania zgodnie z rozpoznaną nową perspektywą. Co więcej, dać równocześnie doświadczenie wolności, pokoju, bezbrzeżnej miłości, dla której warto zostawić wszystko…
Na ostatnim, pożegnalnym spotkaniu w moim pokoju ze studencką bracią, po zwyczajnym zabawowym czasie z dobrym winem, Krzyś (obecnie profesor uniwersytecki) otworzył leżącą na stoliku książkę: „O naśladowaniu Chrystusa”. Padły słowa: „…chodzi o to, aby opuściwszy wszystko, opuścić samego siebie…” Pozostały w mojej pamięci do dziś.
Gdy młoda dziewczyna opuszcza rodzinę, bliskich, perspektywy rozwoju w świecie, miłości drugiego człowieka – wszyscy się dziwią, podziwiają wręcz, wyrażają zaskoczenie – jak można oddać życie w tak młodym wieku, gdy otwiera się tyle możliwości? Mogę zaświadczyć: to, co pociąga, ma siłę tysięcy magnesów, zachwyca i w pełni nasyca, budzi radość zdążania ku pełni życia. Nie odczuwa się wówczas bólu straty, trudu opuszczenia – ono jest otulone łaską, wypełnione zachwytem nowego życia, które kiełkuje w głębi serca zalewając je słodyczą. Ból straty i lęku o dziecko odczuwają natomiast rodzice i bliscy.
Potem, gdy ludzie patrzą już spokojnie na osoby konsekrowane, czasem tak, jakby się takimi urodzili i było to dla nich jak najbardziej naturalne życie, oni rozpoczynają kolejny etap: „pozostawianie siebie”. Już nie ludzi i rzeczy, ale właśnie siebie w codziennej rezygnacji, umieraniu sobie, wyrzeczeniu się własnych wizji, punktów widzenia, własnej woli. W życiu trwa kolejny, intensywny etap dojrzewania do pełni, jaką się niegdyś, przed laty przeczuwało, zobaczyło w proroczym widzeniu na głębinach serca. Pozostawianie siebie – zapewniam, że to zadanie na całą resztę życia…
Swoje oddanie można zamienić na chłodną rutynę, sprowadzić do zewnętrznych tylko form, zasypać pyłem codzienności, jak pisałam w poprzednim numerze miesięcznika, o fiasku małżeńskiej miłości… Taka postawa to początek dramatu zmarnowanego życia, bo jak napisał niegdyś jeden z naszych ojców karmelitów: „Jeśli ktoś wkroczył na drogę taką jak nasza, to albo dojdzie do przemienienia na szczycie góry, albo umiera zasuszony w piasku pustyni: nie ma drogi pośredniej”.
Obyśmy mieli odwagę umierać dla siebie, by owocnie żyć dla Boga i braci… O to, proszę, módlcie się dla nas, osób konsekrowanych, oddanych Bogu na służbę.
s. E.
