Rozmaite tematy
Dodano: 30 maj 2026

Za miesięcznikiem „W naszej Rodzinie”
Niech zakwitnie pustynia
Miesiąc Maryi, kwitnących łąk i miłości, słowem – maj. O miłości spróbuję zatem napisać tym razem. Może nie o tej pierwszej, nieśmiałej i gorącej zarazem. Ciekawej i niepewnej, mocnej jak śmierć – w przekonaniu zakochanych, a częstokroć kruchej i łatwo gasnącej, jak znikająca pianka na gazowanym napoju. Szumu robi wiele, ale szybko znika. Znika i zakochanie, jeśli się nie zaangażuje, by przemienić się w miłość, której moc nie jest tak ulotna jak bąbelki gazowanej wody. Ta moc tkwi w głębi, zakorzeniona, z szeroko rozrośniętymi korzeniami. Ale bywa też inaczej z miłością… W czytanej przeze mnie książce Gianfranco Ravasiego: Wyrzeźbić duszę, mocno przykuły moją uwagę dwa fragmenty: pierwszy – przez lekką, prowokującą kpinę a kolejny – przez głębię przesłania. Ale może posłuchajmy razem:
W opowieści zaczerpniętej z książki Bruce’a Marshalla pada zdanie opisujące pasażerów jednego z przedziałów pociągu. Naprzeciw opata, z koszem pełnym warzyw na kolanach, siedzą mężczyzna i kobieta w średnim wieku: „byli tak obojętni wobec siebie, że można by pomyśleć, iż są małżeństwem”.
Pomijając, budzącą uśmiech charakterystyczną dla Marshalla uszczypliwość, słowa powyższe rodzą pytanie: Czy jest możliwe zachowanie świeżej i żywej miłości na całe życie…? Z pewnością ona się zmienia, jak zmieniają się barwy i wygląd tych samych drzew w zależności od pory dnia, a tym bardziej pory roku. Wiosenne liście różnią się od tych dojrzałych letnich, czy kolorowych, jesiennych. Jest też zimowy czas, gdy liściaste drzewa wyglądają jak martwe – czas cierpliwości i trwania, czas strzeżenia nadziei i życiodajnych soków w głęboko ukrytych korzeniach. Obraz drzewa wyraźnie podpowiada postawy cierpliwości, ufności, wytrwania, nadziei, które na jego wzór winien strzec w sobie człowiek, tak w sobie samym, jak i w relacjach: koleżeństwa, przyjaźni, miłości. O nich mówi kard. Ravasi na koniec swej refleksji, używając innego obrazu. Przestrzega, że miłość może zgasnąć niepostrzeżenie, bez wielkich kłótni czy głośnych zdrad, ale „jedynie dlatego, że pozwala się, aby dzień po dniu jedno ziarenko obojętności wpadało we wzajemną relację. Ziarenka stają się zrazu warstwą pyłu, potem tworzą gęstą pokrywę i wreszcie powstaje pustynia miłości”.
Obraz pozornie łagodny i delikatny, bezgłośny, jak przesypujące się ziarenka piasku w klepsydrze, ale przerażający zarazem, bo sugeruje, że miłość można stłumić jakby mimochodem, niepostrzeżenie, przez zwyczajny brak uwagi, letniość i obojętność. Podobnie więdnie kwiat, którego zapomniano podlewać, względem którego zaniechano troski, uwagi. Jest to prawdziwe tak w relacjach między ludźmi, jak i w relacji z Bogiem, która na tę nazwę zasługuje jedynie wtedy, gdy przeniknięta jest miłością. Ona również wymaga pielęgnacji, troski, zadbania. Nie chodzi jedynie o odmówione modlitwy, uczestnictwo w obrzędach, zachowanie zwyczajów danej wspólnoty: parafialnej czy zakonnej. To subtelna, osobista więź zrodzona z miłości i ciągle odnawiana. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że gdy zdaje się, iż ogień miłości gaśnie, trzeba wrzucić choćby małe drewienko, by go podtrzymać. Tą skromną szczapą może być choćby czułość, z jaką wypełniam zwykły, codzienny obowiązek, wewnętrzny uśmiech, gdy wymawiam imię Jezus, wdzięczność za każdą chwilę i każdy dar. Chodzi o wspólny dla kochających się i bardzo osobisty język miłości, którym się posługujemy, by ziarna obojętności nie zdławiły ognia, ale by pustynia zakwitła. (zob. Iz 35,1-2)
s. E.
