Karmelitańskie pisanki

Dodano: 01 grudnia 2019

coz-jeszcze

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Nie zostawiaj mnie samej, Panie

nie-zostawiaj-mnie-samej

Nie zostawiaj mnie samej, Panie

Bo z popiołu się iskra nie wzbudzi

Na Zachodzie słońce nie wstanie

Lecz samotnym być można wśród ludzi

Pąk złamany jeszcze rozkwitnie

Kiedy łzami go hojnie podlejesz

Promień światła ciemność przeniknie

Zgasłe oczy rozbłysną nadzieją

Gdy nic nie ma, to może złudzenie

Szarość często dla cudów okryciem

Serce drży przed miłości olśnieniem

Twa Obecność prawdziwym jest

życiem

s. R.

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2020

TIK TAK

Tik tak tik…zastygła Ziemia
Zakrztusił się czas pytaniem
Jak długo każesz czekać nam
Tyś lękiem jest, czy wahaniem?

Zakwilił ptak i kropla drży
Serce kołacze błaganiem
O Ty, coś w cieniu ukryta
Czy strach zwyciężysz kochaniem?

Zaszumiał „tak„wiatr w zachwycie
Czas znów strumieniem popłynął
Cień stał się słońcem w zenicie
Dziewica brzemienna Dzieciną

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

boze-rosisty

Boże rosisty

Boże rosisty, Boże ulewny
Spłyń na mą duszę, ziemię spękaną
Niechaj cię wzruszy jej lament rzewny
Usłysz błagalne serca wołanie

Boże rosisty, Boże źródlany
Spłyń na mą duszę, ziemię bezwodną
Niech się przemieni w sad urodzajny
Wszelkim owocem dla Ciebie płodny

Niech się otworzę do dna istnienia
Przyjmę Cię w każdą życia szczelinę
Boże miłości, Boże zbawienia
Przemień mnie w siebie, niech w Tobie zginę

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Maryja

Maryja-dotyk Boga     

Maryja-uśmiech Boga

Maryja-cud Najwyższego

Kim jesteś o Najpiękniejsza?

Obłokiem Obecności

Niesionym tchnieniem Ducha

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Maria Magdalena

Mogła, w bólu pogrążona
Zostać sama w sobie, w grobie
Nad swą stratą pochylona
Nie rozpoznać Cię w ogrodzie
O porannym wschodzie słońca
Kiedy noc dobiegła końca
Że On wstał, by wstała ona

s. R.

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2019

Lazurowa Pani

Lazurowa Matko Boża,
Która stroisz świat w błękity
Chabry siejesz pośród zboża
Niezabudki, aksamitki

Szafirowa toń Twych oczu
W lustrach wody się uśmiecha
Lazurowa Matko Boża
Tyś niebieską nam pociechą

W szumie wiatru, dżdżu szeleście
W ludzkiej i wszelakiej mowie
Wszystko śpiewa o Niewieście
Matce Bożej Lazurowej

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Nie ma nic

Nie ma nic, pustynia i żar słońca
Nie ma nic, lecz wracaj, patrz i czekaj
Nic-tylko wiatru szept gorący
Nie ma nic, więc trwać, czy też uciekać?

Wytrwaj aż spłynie życiodajna kropla
Spalony step, jak morze zazieleni
A z kropel stanie się wodospad
A ten jeziorem na spieczonej ziemi

Daj sercu pewność Ciebie, Panie
Pośród pustyni dzikiej, czy na łące
Byś, kiedy przejdziesz wreszcie na spotkanie
Odnalazł we mnie wiarę czuwającą

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Maria Magdalena

Wylała się w olejku
Na stopy ukochane
A w duszy jej był ranek
Jak potem w Zmartwychwstanie
Gdy chciała znów tym gestem
Uczcić Ukochanego
Zmarłego, Żyjącego
A wokół pachniał nard

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Św. Piotr

Święty Piotrze od koguta
Takiś bliski, swojski, święty
Boś się zląkł uderzeń knuta
Wiesz co rozpacz, znasz udręki

Święty Piotrze od baranków
Dusz rybaku i pasterzu
Nad jeziorem, o poranku
Jezus Kościół ci powierzył

s. R.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

godzien-jest

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2019

Boże, któryś stworzył mrówki i komary

Jakieś miał wobec tychże plany i zamiary

Czyś je dla pożytku uczynił, czy kary?

Mrówki tylko czasem dokuczą, utrapią

Czerwone zaś szczególnie umęczyć potrafią

Zaskoczą cię, oblazą, pogryzą, podrapią

mrowki2

Niczym to jednak wobec komarzego rodu

Tych krwiopijców, co nas kłują bez powodu

Bezlitosne, nie z głodu to czynią, nie z głodu

Gzy krwiożercze krążą i tną wszystkich wkoło

Skaczesz pokąsany, lecz ci niewesoło

Do nosa ci włażą, pod kołnierz, na czoło

Jeszcze raz Ci zadam natrętne pytanie

Po coś stworzył te owady, Miłosierny Panie

Wybacz to znękane, owadzie biadanie

Wszak lepiej się uśmiechnąć mimo utrapienia

Złość i pomstowanie zgoła nic nie zmienia

Minie lato i miną owadzie zmartwienia

s. R.

Z moich lektur

Dodano: 01 października 2019

Po co światu mnich? – taki tytuł nosi książka, rozmowa z polskim trapistą żyjącym we Francji, ojcem
Michałem Zioło. Po prawie 400 stronicową książkę nie każdy zainteresowany w jakiejś mierze życiem
mniszym sięgnie, ale przy krótkich wpisach, jakie zamierzam umieszczać przez jakiś czas na stronie
naszej czytelni, może zatrzyma się więcej osób, zastanawiających się, co oni tam za tymi kratami
robią: co, jak, dlaczego, po co i dla kogo…? To ostatnie pytanie może jest najprostsze, bo to Bóg jest
źródłem, celem i usprawiedliwieniem naszego ukrytego życia, ale pozostałe wciąż są otwarte. Co na
nie odpowiada swoim rozmówcom o. Michał Zioło, znany niegdyś dominikanin, a od ponad
dwudziestu lat ukryty w wielkim prowansalskim opactwie Notre-Dame d’Aiguebelle trapista…?

Po co te dzwony i wczesne wstawanie w klasztorze?   – o tym są pierwsze rozmowy, pierwsze zapisy.
W sumie nic dziwnego, to uderza mieszkających w klasztorze jako pierwsze: przecież tu ciągle coś
gdzieś dzwoni i to od świtu… Głos dzwonu przychodzi do nas z góry, czasami jak piorun, wcale nie jest dyskretny, to informacja dla nas, że zaraz będzie przechodził Ktoś cichy i pokornego serca i warto oddać Mu chwałę. I zrobić Mu przyjemność. Jest to też znak dla ludzi, że jesteśmy i czuwamy. Poza tym, jak świat światem, nigdy nie słyszano, a Biblia o tym zaświadcza, żeby Izrael gromadził się sam.

To Bóg gromadzi swój lud. Jego głos. (…) Jeżeli sobie odmawiam snu i zaczynam czuwanie, to chcę przez to pokazać, że jest Ktoś, dla Kogo warto z tego snu zrezygnować. Kiedy dwoje zakochanych ludzi nie może się ze sobą rozstać i przedłużają ten moment, ile tylko się da, to nikt się nie dziwi. Każdy powie: To normalne, oni się kochają. A kiedy mówimy o Panu Bogu, to zaraz pytamy: A dlaczego wstajemy tak wcześnie? A czemuma to służyć? Jeśli w klasztorze wszystko zostanie zracjonalizowane, to należy zamknąć klasztor i się rozejść.
Modląc się czuwamy nad tymi, którzy śpią, a przede wszystkim z tymi, którzy nie mogą spać: z chorymi, z tymi, którzy cierpią, umierają…*

*Michał Zioło OCSO, Po co światu mnich? Wydawnictwo W drodze, Poznań 2018, s.17.

Poezje

Dodano: 15 stycznia 2019

Z Nieba Anioł

Spłynął z Nieba Anioł zadziwiony

Zaszumiał skrzydłami, dzwoneczkiem zadzwonił

Nisko się pokłonił

„Jestem” – rzekł wzruszony

Pan Bóg nieskończony

Posłał mnie do Ciebie

Z gorącym pytaniem, odwiecznym błaganiem

„Czy oddasz Mi siebie?”

s. R.

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2019

cisza1

Biały welon o…

Dodano: 1 sierpnia 2020

o płaszczu

Biały, duży, ciężki płaszcz – to charakterystyczny element ubioru mniszki karmelitańskiej. Za każdym razem przed włożeniem całuję go (stricte mały wyhaftowany na nim krzyżyk). Ten gest i jego symbolikę wciąż odkrywam, chcę zrozumieć i właściwie duchowo przeżyć.

  • Owinięcie w białe płótno – od razu kojarzy mi się ze złożeniem do grobu zawiniętego w całun martwego ciała – i tak jest… Codziennie rano przychodzi mi coś w sobie pogrzebać i oddać wraz z eucharystyczną ofiarą Jezusa…
  • Ponadto, przywodzi mi na myśl starotestamentowych proroków, choćby Eliasza. Jego płaszcz był znakiem Bożego wybrania i atrybutem Bożej mocy, którą ów człowiek był obdarzony. Oto zostaję przyobleczona „w moc z wysoka”, bo „nie własną siłą człowiek zwycięża”…
  • I stają mi przed oczyma anawim Jahwe – ubodzy Pana. Ewangelia wspomina o ludziach, których całym mieniem był płaszcz, za dnia osłaniający od żaru słońca, a nocą od zimna i wilgoci. To minimum konieczne do życia, którego nie można było zabrać biedakowi. I ja, co dzień, w ubóstwie doświadczam opieki Boga i dostaje wszystko, co potrzebuje do życia, zwłaszcza Eucharystię.

Mniszka – profetyczny znak, niejako pogrzebana za życia, najuboższa z ludzi, bo Bóg wybiera to, co najmniejsze, słabe, ostatnie, nędzne. Za kratą, śmiem twierdzić, że znajdują się naprawdę ostatnie z ostatnich. Pan sam troszczy się o nas, osłania i podnosi, dając, jak uczniom na górze Tabor, poznanie swoich tajemnic i człowieczej nicości.

…I tak postrzega nas świat – jako stworzenia głupie i niepotrzebne, podobne do żebraków; odrzuca tak jak odrzucał proroków…

Ale to nie przekreśla świadectwa, które dajemy za każdym razem, gdy wkładamy płaszcze i idziemy do chóru celebrować Mszę świętą: „Żyje Bóg, przed którego obliczem stoję!”.

„Nic nie jest potrzebne, tylko Miłość Moja, która Cię chroni, karmi i ubogaca. W twoim ubóstwie jest bogactwo Moje, które twoim się staje. Raduj się nim i Miłością Moją tak, jak radowali się wielcy synowie Moi i święte córki Moje.

Zaufaj do końca i w Moje dłonie oddaj wszystko i każdy dzień, abyś doszła do zupełnego ogołocenia na ziemi i pełnego bogactwa w Niebie”.

z: „Słowo pouczenia” A. Lenczewska

Biały welon o…

Dodano: 01 stycznia 2021

o bibliotece

Jak często potrzebujemy zjeść?

Czasem są to lekkie przekąski, innym razem obfite obiady czy wykwintne kolacje…

I w Karmelu szanujemy prawo natury – posilamy się trzy razy dziennie. Nasze Konstytucje ściśle określają ilość i miejsce spożywania posiłków, regulują kwestie postu…

Ponadto św. Teresa nakazała, aby jedzenie było pożywne i smacznie przyrządzone.

Niemniej od wieków Kościół wie, że jak ciało potrzebuje dobrej strawy, tak i duch ma swoje potrzeby. Niestety łatwo go zagłodzić, gdyż łaknienie duchowe bywa wręcz całkowicie wypchnięte ze świadomości. Dlatego Zakon zatroszczył się o nasze „duchowe żołądki” – w naszym planie dnia, mamy wyznaczoną aż godzinę na czytanie duchowe.

Przed wstąpieniem byłam molem książkowym, ale czytałam dużo tzw. lekkich pozycji, rozrywkowo.

Dzięki studiom teologicznym miałam dostęp do poważnych dzieł i zasmakowałam, jak ważne jest, by karmić swój umysł dobra lekturą teologiczną, czy konferencją. Niedawno słuchałam wykładu naukowego na temat wszechwiedzy Boga – po raz kolejny doświadczyłam rozbrojenia, (choć trochę) z ramek, w które wkładam Boga i wyjścia ze skostniałego sposobu myślenia o wszechświecie… Potrzebowałam do tego konkretnej dawki wysiłku intelektualnego i pomocy mądrzejszych ode mnie…

W naszym życiu podejmujemy tzw. formację permanentną, gdyż nie ma takiego momentu, w którym można powiedzieć „wiem, rozumiem, wystarczy”. Św. Teresa nakazała wszystkim przeoryszom, by troszczyły się o zapewnienie siostrom dostępu do dobrej lektury. I nasza biblioteka jest obficie zaopatrzona. Wciąż od dobrodziei dostajemy nowe pozycje – za co jestem bardzo wdzięczna!

Często dobry artykuł z katolickiego pisma, wykład, książka – to kanał, przez który mówi Bóg, to budulce mojej wiary, światło na ścieżce… Jezus niektórym mistykom wprost mówił:

„Idź do swej celki. Chcę bowiem żebyś pisała (…) pisz dla moich dusz:

(…) z miłości do dusz jestem więźniem Eucharystii. Pozostaje tam, aby ludzie mogli przyjść do Mnie z każdą przykrością i szukać pociechy w najczulszym z serc, u najlepszego Ojca i Przyjaciela, który ich nigdy nie opuszcza. Eucharystia jest pomysłem Miłości! A ta Miłość, która zużywa się i wyniszcza, nie znajduje wzajemności! Nie lękajcie się, przyjdźcie do Mnie. Gdybyście wiedzieli, jak Ja was miłuję!”

(z: Wezwanie do miłości. Zapiski objawień Pana Jezusa Józefie Menendez zakonnicy Najświętszego Serca Jezusa.)

s. T.      

Biały welon o…

Dodano:

o procesji rezurekcyjnej

Chyba każdy dorosły katolik, chociaż raz w swoim życiu był na procesji rezurekcyjnej z radością czcząc Jezusa Zmartwychwstałego. Ja przez wiele lat przed wstąpieniem, dni Świętego Triduum przeżywałam w kościele oo. Dominikanów we Wrocławiu. Tam Liturgia była zawsze wspaniale przygotowana, za oprawę muzyczną odpowiadała doskonale wyćwiczona schola, nie brakowało różnorodnych instrumentów. Czułam głębokiego ducha wiary i wyjątkowy klimat ogromnej świątyni wypełnionej po brzegi ludźmi.

Dlatego dużym przeskokiem były dla mnie pierwsze Święta w Karmelu, w naszym małym chórze, gdy siedziałam tuż przy kracie, o kilka metrów oddalona od ołtarza… Poczułam się zaproszona do bardzo bliskiej, intensywnej obecności przy Jezusie. Porywa mnie Liturgia Wielkiego Tygodnia w Karmelu (a z ta garstką osób, które modlą się z nami w kaplicy tworzymy rodzinę :))

Dziś chcę opowiedzieć o naszej procesji rezurekcyjnej. Przyznam, że bardzo mnie zaskoczyła i urzekła borneńska tradycja. I jestem pewna, że nie ma tak w żadnym innym klasztorze 🙂

Otóż, gdy nadchodzi czas procesji, kapłan z Najświętszym Sakramentem wychodzi z kaplicy, za nim idą wierni, kierują się do naszej zakonnej bramy. Tam w dwóch rzędach stoją już siostry, w białych płaszczach i z pochodniami w ręku – jako najmłodsza wraz z drugą „białą” siostrą staje u boku kapłana oświetlając monstrancję – przyboczna straż Jezusa! I w należytym porządku wszyscy ze śpiewem na ustach idziemy do figury Maryi stającej na polance w naszym ogrodzie, gdzie brzmi z głębi serc uroczyste Salve Regina. Ponieważ jest to głęboka ciemna noc, drogę znaczą nam płomienie rozstawionych zniczy oraz pochodnie sióstr.

Gdy jeszcze nad nami świeci piękny ogromny księżyc i skrzą się gwiazdy – widok zapiera dech w piersiach, ponadto jest to moment szczególnego zjednoczenia nas (sióstr z chóru) i ludzi (z kaplicy) w radości i uwielbieniu Boga, który jest pomiędzy nami zwycięski i zmartwychwstały…!!! Śmiem twierdzić, że jest to mistyczne doświadczenie 🙂

Jezus pozostał z nami na zawsze!

ALLELUJA!

            „Miłość rozpala we Mnie pragnienie, by stać się pokarmem dla dusz, albowiem zostałem między ludźmi nie tylko po to, aby żyć z doskonałymi, ale aby podtrzymać słabych i żywić maluczkich. Ja przyczynie się do ich wzrostu i Ja ich umocnię. Ich dobre pragnienia będą Moja pociechą, ich nędza miejscem Mego wypoczynku”.

(z: Wezwanie do miłości. Zapiski objawień Pana Jezusa Józefie Menendez zakonnicy Najświętszego Serca Jezusa.)

 

s. T

 

 

Biały welon o…

Dodano: 01 kwietnia 2020

o matrace

Matraka – kołatka – drewniane narzędzie służące do budzenia. Cóż mogę powiedzieć? To coś okropnego! Wydaje, przynajmniej dla mojego ucha, bardzo nieprzyjemny dźwięk. Ostro wyrywa ze snu o godzinie, w której raczej powinno się „przewrócić na drugi bok”. Przynajmniej ja, do momentu „wstąpienia”, tak robiłam. Nie należę do typu „skowronków”, zdecydowanie jestem „sową”. 🙂

Dlaczego zatem mnisi i mniszki, zakonnicy i zakonnice, a także wiele ludzi świeckich wstają tak wcześnie, skracają czas snu? Odpowiedź jest jedna: bo Ktoś na nas czeka…!

Już nie reaguję na matrakę, jak na „zło konieczne” – to wezwanie mojego Umiłowanego 🙂

Jedna z Sióstr napisała dla mnie krótki wierszyk, który stał się moim życiowym mottem:

Twoje serce wybrał sobie dobry Bóg,

gdy szukał przyjaciela-brata,

Sam ci siebie ofiarował,

byś nie szukała pośród świata.

Gdy byłam na studiach postanowiłam sobie, że będę wstawać godzinę wcześniej, by przed zajęciami udać się do kaplicy lub kościoła na godzinę modlitwy (wykłady zaczynały się około 9.00 / 10.00). Bywało różnie – czasami „walczyłam z sobą”, by wyjść z domu, a potem jak to się mówi modlitwa „sama płynęła” i napełniała mnie wielką radością. Innym razem frunęłam stęskniona przed tabernakulum, a potem musiałam trzymać się ławki, by nie uciec…

Ale Bóg wynagrodził z wielką hojnością moją wierność – chociażby przez dar powołania 🙂

Uderzyły mnie Jego słowa:

„Potrzeba ci modlitwy, która jest oddechem duszy: nieustannym napełnianiem duszy Mną, tak jak oddychając, napełniasz płuca powietrzem, by żyć.

Najdoskonalszą kontemplacją jest ciągłe przebywanie w Mojej obecności – miłosne łączenie się ze Mną w duszy. Aby żyć w takim stanie kontemplacji nie trzeba żadnej techniki, ani żadnych ćwiczeń, trzeba tylko kochać.

Kontempluj nieustannie i niezmiennie żar Mojej Miłości, którą nosisz w sercu i wsłuchaj się w swoją tęsknotę – ona mówi ci o Mnie”.

(cytat z: Alicja Lenczewska – Słowa pouczenia)

s. T. 

Poezje

Dodano: 15 stycznia 2021

Weź serce moje

Weź serce moje jako poduszkę

Niech Cię ogrzeje, do snu kołysze

Niechaj Ci bajki szepce na uszko

Kiedy już usną święci Rodzice

I ja tam sobie w kącie przycupnę

      Razem z osiołkiem, co siano skubie

      I się zamyślę nad Bożym cudem

      Co tak to ludzkie plemię hołubi

Śpij słodko, Jezu w stajni ubogiej

W dziwnym orszaku, co jak Ty mały

Kruszyno droga, coś w ciele Bogiem

Coś wolał ziemię od Niebios chwały

s. R.

Rozmaite tematy

Dodano: 01 stycznia 2021

Rok św. Józefa

Gdy świat w huczny, radosny i, trzeba przyznać, zwykle także hałaśliwy sposób świętuje początek nowego roku – tym razem, ze względu na pandemiczne ograniczenia, pewnie ciszej, skromniej, mniej tłumnie – Kościół go ma już za sobą, bo liturgiczny początek roku to pierwsza niedziela Adwentu, gdzieś z początkiem grudnia. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi natomiast papież Franciszek ogłosił rok św. Józefa, który potrwa do 8 grudnia 2021 roku. Nie będzie zatem nietaktem, gdy pierwszego stycznia, przy Bożej Rodzicielce, którą czcimy w Kościele, postawimy także św. Józefa, Jej Oblubieńca. Inspiracją do tego stał się podarowany nam w świątecznej poczcie obrazek, który mocno zatrzymał moją uwagę.
Nietypowa i intrygująca jest ta figura Józefa. Nie piszę świętego Józefa, bo wyobrażenie budzi wątpliwości: czy jest to Józef Egipski, czy Józef z Nazaretu?

Za tym pierwszym przemawia, w warstwie plastycznej, siedząca, frontalna pozycja postaci, właściwa dla starożytnych przedstawień, a szczególnie dla pierwszego po faraonie, którym Józef został mianowany w Egipcie. Szata zdaje się mniej semicka a bardziej egipska z zaokrągloną linią dekoltu ozdobionego prawie złoconym owalem czy przywołujący egipskie rysunki szeroki, geometryczny pas u dołu tuniki. Zastanawia też, czy rysunek u podnóża Józefowego tronu, kojarzący się z Maryją i Dzieciątkiem Jezus, to szkic tego, co miało się po czasach Józefa Egipskiego wydarzyć w historii Izraela, czy jednak Święta Rodzina tak nietypowo rozmieszczona w tej rzeźbie…?
Wydaje się, że warto spleść w jedno te dwie biblijne postaci Józefów, tak jak to robi Kościół upatrując w Józefie egipskim zapowiedź Józefa nazareńskiego, a Oblubieńcowi Maryi przypisując atrybuty i cechy starotestamentalnego Józefa.
Duże, egipsko-semickie oczy uważnie wpatrzone w odbiorcę dzieła, skupiona mina, otwarta, czujna twarz cała skierowana w stronę patrzącego. Co więcej ogromne ucho, tak właśnie: nie tylko wielkie, bo takie jest to prawe, ale lewe jest po prostu ogromne, jakby rozciągnięte nieustannym wsłuchiwaniem się, gotowością słuchania, zapewnieniem: nic mi nie umknie, słucham cię uważnie, nadstawiam ucha, pomagam sobie dłonią. A ręce też wielkie – bo tak jeden jak i drugi Józef, to byli ludzie solidnej pracy. Te dłonie mówią nam, że św. Józef nadal nie przestaje pracować dla naszego dobra, dbać o nas, starać się. Jego dłonie nie są bezczynne, ale zapracowane, wielkie i ciężkie, bo można na nie liczyć, oprzeć o nie swój zmęczony policzek, wypłakać się w nie – obejmą nas i nie puszczą… Także stopy są większe niż wymagałaby tego harmonia całej postaci. Czy to dlatego, że Józef nie umościł sobie ciepłego gniazdka w niebie, ale wciąż przemierza naszą ziemię, by pomagać…? Wzywany jest przecież, gdy mamy trudności z pracą czy jej znalezieniem, gdy ciężko przychodzi nauczyć się tego, co jest naszym zadaniem, gdy szukamy męża lub żony, gdy brakuje pieniędzy, środków do życia, domu, godnych warunków bytowania, wzywany także w ostatnich godzinach życia, jako patron dobrej śmierci, bo to Jego odchodzeniu, zgodnie z tradycją, towarzyszył Jezus.
Jeśliby przyjąć, że autor myślał wyłącznie o św. Józefie z Nazaretu, może zastanawiać takie usunięcie, umiejscowienie w dalekim tle Maryi i Jezusa. Ale z drugiej strony może to być właśnie kapitalne przedstawienie Józefa na nasze czasy, na ten rok Jemu poświęcony. Jezus i Maryja są już bezpieczni, żyjący niebem i w niebie, chociaż sami są nieustannie zaangażowani w pomoc ludziom. Święty Józef nie musi zatem ich chronić, co nie znaczy, że kocha ich mniej – wręcz przeciwnie! Teraz może chronić nas: wędrować po świecie, by być blisko każdego z nas; wysłuchiwać naszych próśb, trosk, zmartwień, kłopotów, pytań i opowieści; brać w swoje mocne, spracowane i pewne dłonie nasze życie, serce, nas samych, chronić ramieniem i prowadzić do Maryi i Jezusa.
Na koniec tej refleksji i w wielu chwilach nowego roku, pozostaje nam włączyć się w tę piękną modlitwę i uczynić ją swoją:
Święty Józefie, moc Twej modlitwy sprawia, że najtrudniejsze sprawy Tobie powierzone, stają się łatwymi do rozwiązania. Błagamy Cię więc, wejrzyj na nasze obecne potrzeby, przybądź nam z pomocą, pociesz w naszych smutkach, obawach, troskach i bólach. Oddal od nas niebezpieczeństwa nam grożące, weź pod swoją opiekę nasze życie, nasz dom i wszystko, co Twojej przemożnej opiece polecamy. Okaż nam, święty Józefie, jak dobry jesteś dla tych, którzy pragną pozostać na zawsze Twoimi wiernymi sługami. Święty Józefie, Ojcze i Opiekunie naszej rodziny, przyczyń się za nami.
Amen

s.E.

Poezje

Dodano: 15 grudnia 2020

Spocznij we mnie

Spocznij we mnie, spocznij we mnie

Jak w kołysce

Słowo – Dziecię, z Nieba Chlebie

Boży Liście

Spocznij we mnie, a ja w Tobie się ukryję

Nieskończony

Narodzony dziś z Maryi

s. R.

Biały welon o…

Dodano: 1 grudnia 2019

o celi

Pojęcie cela wywołuje pejoratywne skojarzenia, kojarzy się z miejscem kary: zamkniętym i zakratowanym, małym i niewygodnym… i często z nieciekawym współlokatorem (czy współlokatorami). Ale dla mnicha…

Trochę czasu mi zajęło przyswajanie sobie pojęć właściwych dla zakonnego życia, jak na przykład: chór, infirmeria, lanżeria, refektarz, prowizeria… Jeszcze dziś zdarza mi się, gdy myślę o chórze – mówić kaplica.

Natomiast określenie „cela” wraz z rzeczywistością, która się pod nią kryje – szybko przylgnęło mi do serca. To mój wewnętrzny świat w tym klasztornym wszechświecie wyznaczonym przez klauzurowy mur. Jest miejscem samotności, intymności, wyłączności, spokoju, odpoczynku… a wszystko to w Bliskości.

Co więcej, w tej małej przestrzeni, gdzie znajduje się łóżko, biurko, mała półeczka, jest jeszcze tzw. „kącik modlitewny” – tam mam świeczkę, mały wizerunek Jezusa, klęcznik-stołeczek modlitewny… Tu czuję się jak dziecko w łonie matki, otulona, bezpieczna, spokojna… To mój azyl.

Oglądałam kiedyś film „War Room – Pokój walki. Siła modlitwy” (polecam!) – Główna bohaterka „kącik modlitewny” urządziła sobie w szafie (z racji, że to realia amerykańskie można powiedzieć, że w garderobie) i doświadczyła, tak jak i ja, jak wspaniale jest stworzyć w swoim domu, a co za tym idzie, i w swoim sercu, miejsce spotkań z Bogiem – „wejdź do swej izdebki i módl się w ukryciu”. Łatwiej wtedy zawalczyć o modlitwę, o skupienie, czas, wyciszenie.

Nieustannie zmaga się we mnie stary i nowy człowiek. Nowy tęskni do modlitwy, do tego, by dać się Bogu przytulić, a stary – chciałby robić cokolwiek innego, już wyrwa się do kolejnych zadań i obowiązków, ucieka myślą w przód lub w tył… A w celi, w tym centrum duszy, w tym „kąciku” zawsze jest On i czeka, wierny, obecny, czuły i mocny, uzdrawiający, uwalniający, obdarowujący… Mówi mi:

Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – wyrocznia Pana – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie. Będziecie Mnie wzywać, zanosząc do Mnie swe modlitwy, a Ja was wysłucham. Będziecie Mnie szukać i znajdziecie Mnie, albowiem będziecie Mnie szukać z całego serca. Ja zaś sprawię, że Mnie znajdziecie – wyrocznia Pana. (Jr 29, 11-14a)

Kiedy myślicie o życiu modlitwy, o obcowaniu ze Mną, myślcie, jak wejść do sanktuarium swej duszy, by tam się ze Mną spotkać. Nie macie do Mnie przychodzić, macie na stałe zamieszkać w celi swej duszy, gdzie stale mieszkam – wasz Bóg i Oblubieniec. Jestem przecież waszym Przyjacielem najwierniejszym, najczulszym, rozumiejącym was całkowicie. Więc dzielcie i współprzeżywajcie ze Mną wszystko, wchodźcie w każdej chwili, kiedy tylko możecie, do naszej celi, by się w jej ciszy Mnie poradzić, do Mnie przytulic, wielbić Mnie i mówić Mi słowa miłości i oddania, wtedy nic nie będzie „wasze” a wszystko „nasze”.

(z: „Słowo pouczenia” A. Lenczewskiej)

s. T.      

Z moich lektur

Dodano: 15 listopada 2020

Przypominam sobie jeszcze wieczorną modlitwę przed zaśnięciem. Było to tak uspokajające, gdy matka i ojciec jeszcze raz przychodzili do mego łóżka i modlili się ze mną – do Ciebie, dobrego Boga. Byłeś mi tak bliski jak moja kołdra i moje pluszowe zabawki. Należałeś do inwentarza mojego małego życia, mimo że nie myślałem o Tobie osobiście w jakiś szczególny sposób. To robili przecież dorośli, niejako Twoi sojusznicy, którzy mnie strzegli. A gdy wieczorem modliłem się z matką i ojcem wypowiadając słowa modlitwy: „Strzeż mnie, Panie”, to było to dla mnie tak oczywiste, jak pocałunek rodziców na dobranoc. *

Czytając powyższy fragment można oczyma wyobraźni widzieć starszą już osobę wspominającą minione życie mocno oparte na fundamencie wiary. Nic podobnego. Autorem powyższego tekstu jest ukryty pod pseudonimem Theo Kern niemiecki dziennikarz deklarujący się jako agnostyk. W swojej książce: Ostatnie rozmowy agnostyka z Bogiem zachęcony przez znajomego księdza zapisuje swoje wadzenie się z Najwyższym. W swoich rozmowach nie jest ani uładzony czy ugrzeczniony, wręcz przeciwnie – rzuca Bogu w twarz swoje zarzuty, mnoży pytania, wykazuje Boże „błędy” w zaplanowaniu, urządzeniu i kierowaniu światem. Oczywiście, zastanawia się, czy nie rozmawia jedynie z własną wyobraźnią, bo przecież jako agnostyk, nie wie, czy Bóg tak naprawdę istnieje, czy nie… Czemu z tych kilkunastu rozdziałów, które autor napisał u kresu życia, umęczony nowotworem (zmarł w dwa tygodnie po napisaniu ostatniego rozdziału, a książka, opracowana przez przyjaciela księdza, została wydana już po jego śmierci) wybrałam wspomnienia z dzieciństwa, a nie z bardziej dojrzałego wieku…?

Może właśnie dlatego, że uderzające i znaczące jest, że człowiek, który już od młodości mienił się agnostykiem, mocno sprzeczał się z Bogiem i jego wyznawcami w swych licznych artykułach, pod koniec życia rozmawia właśnie z Nim. Dopuszcza możliwość Jego istnienia, a w miarę pisania nie potrafi ukryć tęsknoty za tym, by tak właśnie było. Lęk przed śmiercią i niebytem rodzi w nim pragnienie, by wtulić się bezpiecznie, jak w dzieciństwie, w czyjeś ramiona – czy Bóg tak nas właśnie przyjmuje na granicy życia? – zastanawia się.

Myślę, że te spotkania z Bogiem u początku jego życia, gdy Bóg był tak naturalny, oczywisty, tak bliski jak moja kołdra i moje pluszowe zabawki, odcisnęły głęboki ślad, który choć mógł wydawać się zupełnie zatarty przez późniejszą niewiarę i doświadczenia życia, przetrwał aż do jego kresu. Słyszymy jak wielu mówi: dziecko jeszcze nic nie rozumie, po co je uczyć modlitwy, po co zabierać do Kościoła, dorośnie to się zdeklaruje, wybierze. Ale jakiego wyboru miałby dokonać młody człowiek zanurzony wyłącznie w rzeczywistości laickiego jedynie świata? Między czym ma wybierać, gdy brak mu poznania tej drugiej strony: Boga, wiary, pokoju płynącego z życia w łasce? Jak może mieć upodobanie w smaku chleba, którego nigdy nie jadł, a nawet nie widział pachnącego w koszach piekarni…?

Owszem, dziecko nie rozumie, ale chłonie całym sobą, a ufność złożoną w rodzicach w sposób naturalny przenosi na Boga. Pisze nasz agnostyk: nie myślałem o Tobie osobiście w jakiś szczególny sposób. To robili przecież dorośli, niejako Twoi sojusznicy, którzy mnie strzegli. Kto doczytał aż dotąd może zechce jeszcze usłyszeć kilka słów o porannej modlitwie, gdzie w kontekście tejże padają słowa: modlitwa oczywista, obecny Bóg, uspokajające doświadczenie, poczucie pewności…

Modlitwa poranna była równie oczywista. Wstać bez Ciebie? Rzecz nie do pomyślenia. Byliśmy po prostu przygotowani na to, że jesteś obecny na początku dnia na podobieństwo światła poranka. To ujęcie w jasno określone ramy dnia dzięki Twej obecności było niewiarygodnie uspokajające. Ranki i wieczory z kochanym Bogiem – to rzeczywiście obdarzało poczuciem pewności. *

s.E.

___________________________________________________________

*Theo Kern, Ostatnie rozmowy agnostyka z Bogiem, Wydawnictwo WAM, Kraków 2012, s. 23.

Poezje

Dodano: 01 listopada 2019

Listopadowy wiersz

Kładzie się cieniem na pięknie świata
Jak na jedwabiu parciana łata
Na życiu śmierci rana

Ten, który umarł zna ból rozstania
I gorycz śmierci, mękę konania
Zna radość zmartwychwstania

I tylko wiara groby zamknięte
Otworzy świętym i tym mniej świętym
Śmierć już jest pokonana

Ból, co rozrywa, dławi, łez morze
Boże umarły, żyjący Boże
Na Sercu Twoim złożę

I gąbką czasu łzami zroszoną
Ocieraj, Panie, znużone skronie
Nim się ku ziemi skłonią

s. R.

Biały welon o…

Dodano: 15 październik 2020

o pracy

Chcąc, nie chcąc – każdy jakoś zarabiać musi, co więcej nawet chcemy mieć dobrą prace i z satysfakcją realizować swoje zadania. Bóg w naszą naturę wpisał czynienie sobie ziemi poddanej – czyli pragnienie robienia czegoś sensownego i rozwijania się…

Przed wstąpieniem do Zakonu, by zarobić na chleb chwytałam się prac tzw. wakacyjnych; potem na studiach dorabiałam jako pomoc domowa i opiekunka dziecięca; następnie pracowałam jako przedszkolanka i nauczycielka w gimnazjum…

Miałam swoje marzenia – chciałam zostać wykładowcą, w tym celu zaczęłam studia doktoranckie… W pewnym momencie odkryłam powołanie i zweryfikowały się moje plany… W Karmelu raczej nie da się zrobić kariery naukowej. Co zatem robię?

Na rozmowie z siostrami zapytano mnie o moje umiejętności:

  • Czy umiesz szyć? – Nie.
  • Czy umiesz malować (chodzi o zdolności artystyczne, np. pisanie ikon)? – Nie.
  • Czy umiesz gotować? – Nie. (Umiem usmażyć schabowego – co tu się nie przyda i ugotować ziemniaka, ale nigdy nie gotowałam dla dużej ilości osób, a w klasztorze gotuje się codziennie na około 20 osób).
  • Czy umiesz śpiewać? – Nie! (Raz w życiu zaśpiewałam psalm w kościele – w moim przekonaniu pierwszy i ostatni).

Ogarnęła mnie zgroza – przeleciała mi przez głowę myśl, że się nie nadaje do Zakonu, by się jakoś poratować dodałam, że: Umiem sprzątać… (to jest jakiś atut!) 🙂

Pomimo braków i niskich kwalifikacji zostałam przyjęta – po pierwsze dlatego, że szeroko pojęte kompetencje to rzecz drugorzędna, ważniejsze jest czy masz powołanie, czy nie; po drugie wiele jest w człowieku talentów nieodkopanych, żyjąc w klasztorze odkrywamy w sobie rzeczy zaskakujące… Zaś siostry cierpliwie przyuczają do różnych prac.

Dziś moim „urzędem” jest szwalnia – czyli szycie szat liturgicznych. Gdy został mi przedzielony ten obowiązek padł na mnie blady strach. Nigdy nie siedziałam przy maszynie do szycia i sama z siebie bym nie usiadła…

…a dziś szyję i sprawia mi to wielką radość, która jest pomnażana przez świadomość, że to co robię bezpośrednio służy kultowi Bożemu. Śpiewam w czasie Mszy św. – choć zdarzy mi się zafałszować czy pomylić – ale wyrozumiałość sióstr jest ogromna (mamy próby śpiewu). I regularnie gotuje dla wspólnoty w czasie swoich kuchennych dyżurów – i dzięki Bogu zjadliwie.

W tzw. jutro, przy zmianie urzędów – przyjdzie mi się uczyć nowych rzeczy… i chcę podjąć wszystko z wiarą i miłością!

Praca w Karmelu jest prosta – dużo miejsca zajmują codzienne zwykłe obowiązki: pranie, gotowanie, sprzątanie, jak w każdym zwykłym domu – i każda czynność, jeżeli robiona jest z Bogiem i dla Boga ma wymiar chwalebny i zbawczy; może uczcić Boga i nieść pomoc duszom. A On sam stawia się do pracy pierwszy, przed nami, i już na nas czeka, by błogosławić dzieła naszych rąk!

 

„Przed każdym podejmowanym działaniem twoich rak, umysłu czy serca zwracaj się do Mnie, abym tchnął w nie Mego Ducha, aby wypełniało je Boże życie i aby służyło rozszerzaniu się Królestwa Bożego wszędzie, gdzie jesteś i gdzie sięga myśl twoja”.

(z „Słowo pouczenia” A. Lenczewska)

 

„Kiedy sądzicie, że jest cicho, Ja pracuje. Kiedy myślicie, że nic się nie dzieje, Ja pracuję. Kiedy uważacie, że niewiele zrobiono, Ja pracuję. Ja zawsze pracuję, uwierzcie w to”.

(z „Łagodny Duch” C. A. Ames)

s. T.

Karmelitańskie pisanki

Dodano: 01 październik 2020

jestes

Biblijne migawki

Dodano: 15 września 2020

Dary czy Dawca…?

Anno, czemu płaczesz? Czemu się twoje serce smuci?
Czyż ja nie znaczę dla ciebie więcej niż dziesięciu synów?  1 Sm 1, 8

dawca

Brak potrafi czasem ściągnąć, zogniskować całą naszą uwagę. Przestajemy widzieć to, co mamy, to, czym jesteśmy obdarowani, lecz zamykamy się w naszym bólu. Co więcej, spojrzenie skoncentrowane na naszym braku, niezrealizowanym oczekiwaniu, zamyka serce nie tylko na inne dary, ale częstokroć zamyka je na Tego, który jest Dawcą darów i Darem największym – na Boga, który w Jezusie obiecuje każdemu z nas:  Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął, a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.  J 6,35

s. E.

Poezje

Dodano: 1 września 2020

Na łące

Na rudej łące, rudy lis
Za rudym raz motylem gonił
I potknął się, bo rudy rydz
Przed słońcem swoją rudość chronił

Pod kapeluszem rudym też
Na baczność stał na jednej nodze
I nagle: trzask, bo rudy zwierz
Omal stratował go, niebożę

Jednak uprzejmość w świecie dzikim
Nierzadko całkiem też się zdarza
Rudzielec błysnął śmiechem lisim
Rydz zaś się zwykle nie obraża

Toteż w najlepszej komitywie
Pogwarkę se ucięli długą
Rudy zaś motyl z nieba spłynął
I spijał nektar trąbką rudą

s. R.

Poezje

Dodano: 15 sierpnia 2020

glod-i-pragnienie

Biały welon o…

Dodano: 1 sierpnia 2020

o welonie

W tym roku 2020 jeden z dwóch „białych welonów” z naszej wspólnoty został zamieniony na czarny. To znaczy, że kolejna kobieta na tym świecie złożyła profesję uroczystą – czyli ślubowała Bogu wyłączność i życie radami ewangelicznymi aż do śmierci. Takie wydarzenie w wymiarze duchowym wstrząsa niebem i ziemią 🙂

Mam nadzieję, że rychło Bóg powoła kolejne dziewczęta do naszej wspólnoty, by sztafeta „białych welonów” nie została przerwana…!

Dziś zdaje się coraz trudniej oderwać się i iść za wezwaniem, ale jestem pewna, że Bóg woła… i „100 krotnie” (tzn. nieskończenie więcej) odda tym, którzy oddadzą się Jemu. Rzecz w tym, że nie jest łatwo… Zwłaszcza na początku, ale dobrze mieć utkwione oczy w celu, by utrzymać kurs i nie dać się porwać burzom wewnętrznym i zewnętrznym, lecz w zaufaniu poddać oczyszczeniu, przez które przeprowadza sam Pan.

Welon to chyba najbardziej charakterystyczny element zakonnego stroju. Świadczy o osobie, która go nosi – to widzialny znak służebnicy Bożej. W naszym przypadku jego kolor też ma znaczenie…

Biały kojarzy się z młodością – czy wręcz dzieciństwem, to czas nowicjatu i okres ślubów czasowych. Czarny – z dojrzałością i dorosłością – noszą go profeski wieczyste, które po wielu latach formacji podejmują ostateczną decyzję, by przez poświęcone życie w Zakonie stać się Oblubienicą Najwyższego.

Welon dodaje, moim zdaniem, wdzięku i piękna kobiecie, albo inaczej – z jednej strony ma jej fizyczne wdzięki przysłonić, ale z drugiej wydobywa te duchowe.

Twarze otoczone welonem są jakby wyrazistsze, wyeksponowane – szczególnie oczy – zwierciadło duszy, to przez nie chce patrzeć Jezus…

Każde zgromadzenie ma swoją formę welonu, a każdy krój jakoś oddaje charyzmat danej wspólnoty… Nasze welony, są w większości skryte pod szkaplerzem – dla mnie to znak jeszcze głębszego ukrycia i wtulenia w Maryję 🙂 Jestem tu gdzie jestem, bo chcę się stawać do Niej podobną – prawdziwie być i kochać Boga i ludzi…

W kontekście ślubów wieczystych przypominają mi się słowa:

„Podstawą powołania powinno być gorące umiłowanie Boga, ukochanie Mnie ponad wszystko i wszystkich. Miłość, dla której pozostawia się wszystko, zapomina o sobie i przyjmuje każdy trud i cierpienie.

Idąc za głosem powołania nie trzeba spodziewać się ani pragnąć łatwiejszego życia, mniejszego cierpienia i trudu niż w świecie, komfortu psychicznego, czy fizycznego.

Odejście od świata do służby przy Mnie nie może być podyktowane chęcią ucieczki od trudu życia w świecie i zła, jakim świat jest wypełniony. Świat nie jest piekłem, a życie w kapłaństwie lub zakonie nie jest niebem. Niebo lub piekło każdy człowiek nosi w swoim sercu: Niebo, gdy dusza jest zatopiona we Mnie, piekło, gdy porzuca Mnie i żyje według reguł narzuconych przez świat. Niebem Ja jestem, a piekłem wszystko, co jest poza Mną.

I można żyjąc w świecie, żyć jednocześnie w Niebie Miłości albo żyjąc w zakonie czy kapłaństwie, tkwić w piekle oziębłości i umiłowania siebie.

Droga, na którą powołuję Moich Wybranych, zawsze jest drogą Moją i Maryi – tak samo trudną i bolesną, wymagająca zaparcia się siebie i wytrwałości…”

z: „Słowo pouczenia” A. Lenczewska

Z moich lektur

Dodano: 01 października 2019

Zatrzymał moją uwagę fragment książki Irénée Hausherr, który Henri Caffarel umieścił w swoich Listach o modlitwie:

„Tylko istoty obdarzone rozumem mogą się modlić, czyż jednak psalmista nie mówi o «pisklętach kruka, które wołają do Boga»? «Poezja!» – mógłby odpowiedzieć św. Tomasz z dużą dozą pogardy oschłego logika. Udzielił jednak znacznie głębszej odpowiedzi. Tak, komentuje, pisklęta kruka modlą się po swojemu, z powodu «naturalnego pragnienia, za którego sprawą wszystkie rzeczy dążą do Bożej dobroci». Wszystkie rzeczy dążą do Boga i w tym sensie można powiedzieć, że wszystkie rzeczy się modlą. Różnica w modlitwie między istotami rozumnymi a istotami pozbawionymi rozumu wynika jedynie ze świadomości zdolnej do refleksji oraz z wolności. Pragnienie Boga, głuche i uśpione w istotach niższych, a w nas charakteryzujące się świadomością i wolą, to jeden i ten sam, konieczny ruch, który wszystkie rzeczy łącznie, a zarazem każdą z nich osobno, unosi ku ich pierwszemu źródłu, będącemu jednocześnie ich celem ostatecznym.

W porządku naturalnym jest to najgłębsza przyczyna naszej modlitwy: czy tego chcemy, czy nie, samo nasze istnienie jest modlitwą. Zależni od Boga przez wzgląd na nasze korzenie, wyciągając się ku Niemu niczym roślina, która pnie się po ciemku ku górze, wiedziona istotną potrzebą, by napotkać promień słońca, stale się modlimy, niejako nieświadomie, dopóki nasz głód Boga nie zostanie zaspokojony na miarę jego intensywności – a świadoma modlitwa jest tylko uzmysłowieniem sobie przez rozum i potwierdzeniem przez wolę tego głębokiego dążenia”.

Zatrzymał mnie ten fragment, bo potwierdził i nazwał ten wewnętrzny dynamizm, jaki zauważam przy spotkaniach z moimi niewierzącymi przyjaciółmi. Skoro odkrywają, a czasem boleśnie doświadczają, tęsknoty i pustki na głębinach serca, dążą do pełni życia, do szczęścia, któremu, ja to wiem, na imię Bóg, mogę tym ich tęsknotom i pragnieniom nadać kierunek, zaadresować precyzyjniej niż ich szukanie po omacku na to pozwala. Mogę ich tęsknotą wołać do Boga – niczym roślina, która pnie się po ciemku ku górze…

Czy nie zarzuci mi ktoś, gdy przeczyta te słowa, że panoszę się nieproszona w przestrzeni ich serca…? Miłość mnie usprawiedliwia, daje cierpliwość i nadzieję, że któregoś dnia to niewyrażone pragnienie stanie się wyrażone, gdy odkryte zostanie sekretne znaczenie tego przyciągania i w ich sercach zabrzmią słowa: „Ty jesteś moim umiłowanym dzieckiem. Czekam na ciebie. Pragnę Cię. Zdaj się na to prawo ciężkości, a wpadniesz w moje ramiona”.

(Henri Caffarel, Nowe listy o modlitwie, Wydawnictwo Promic, Warszawa 2015, s. 18-19.)

s. E.

Poezje

Dodano: 15 lipca 2020

W ogrodzie

Spoczywasz na kamieniu

Mamo Niepokalana

Z otwartych dłoni Twoich

Łaska spływa na świat

Na głaz, co pod stopami

Jak serce skamieniałe

By zmiękł i stał się ciałem

Do nóg Twych padł, jak kwiat

s. R.

Biblijne migawki

Dodano: 1 lipca 2020

Oto jestem – uczyń ze mną, co uznasz za słuszne

Czekam na pustynnych równinach, dopóki nie nadejdzie dla mnie słowo…(por.1 Sm 15, 28)

tak król Dawid, zdradzony przez bliskich i własnego syna, Absaloma, gdy musiał salwować się ucieczką, powiedział do kapłana odsyłając Arkę Przymierza do Jerozolimy. Nie zabezpieczał się zmuszając niejako Boga, by w znaku Arki podążał za nim na pustynię. Oddał swoje losy w ręce Boga przyjmując los wygnańca. Jeżeli Pan będzie mnie darzył życzliwością, to przywróci mnie, tak, że znów będę mógł zobaczyć Arkę razem z przybytkiem; jeżeli jednak powie: Nie znajduję w tobie upodobania – oto jestem – niech czyni ze mną co uzna za słuszne! (por.1 Sm 15, 26)

Wyznać – oto jestem – przyjąć wszystko, co mnie spotyka i cierpliwie trwać w każdej sytuacji,

to nie postawa zarezerwowana dla wielkich mężów wiary, świętych, ale możliwa dla każdego, kto nawet w zbolałym sercu strzeże zazdrośnie prawdy, że mój Bóg jest dobry, jest dobry zawsze i uczyni ze mną, tylko to, co uzna za słuszne, czyli najlepsze dla mnie.

Zatem w pokoju: czekam na pustynnych równinach, dopóki nie nadejdzie dla mnie słowo…(por.1 Sm 15, 28)

s. E.

Poezje

Dodano: 15 czerwca 2020

slowa-sa-jak-ziarna

Słowa są jak ziarna w żyznej glebie
Spoczywają w ciszy, długo dojrzewają
Rosną, nabierają mocy, a gdy trzeba
Rodzą się, wydają plon i umierają

Słowa są jak iskry pośród nocy
Drogę wskażą i zachwycą pięknem
Dla spragnionej duszy są jak rosa
Nieco zwilżą ją, nie sycąc zupełnie

Trzeba dużo milczeć, by słowo usłyszeć
Być jak łowca skarbów, poszukiwacz pereł
By dobre odnaleźć, wiele złych odrzucić
Wziąć jedno prawdziwe, miast fałszywych wielu

Słowo Boże, drogi Przyjacielu
Zechciej mówić w głębi serca mego
I przemieniaj tak, jak na weselu
Słów mych wodę, w wino Słowa Twego

s. R.

Rozmaite tematy

Dodano: 01 czerwca 2020

Pascha s. Marii Klary od Miłosierdzia Bożego –
przejście ze wspólnoty otaczających ją sióstr w ramiona Ojca.

 

S. Maria Klara od Miłosierdzia Bożego – Sylwia Szpytko

Urodziła się 27.04.1973 r. w Wałbrzychu, jako pierworodna córka Tadeusza i Barbary. Ma o rok młodszą siostrę, Elżbietę i 21 lat młodszą, przyrodnią siostrę Elizę, z drugiego związku mamy. Rodzice rozwiedli się, obie córki wychował ojciec.

Pierwsze znaki powołania odczuła jako mała dziewczynka, gdy mama opowiadała jej o „zamkniętych siostrach, które całe życie się modlą”. W liceum wiedziała już, że chce, by Jezus był jej jedynym Oblubieńcem. Wtedy też, na Oazie, po raz pierwszy zetknęła się z pismami św. Jana od Krzyża, które bardzo ją pociągnęły.

Wstąpiła do Karmelu wrocławskiego po maturze, w roku 1992, tam spędziła 12 lat. Pierwszą profesję złożyła 8.grudnia 1994 r., a wieczystą 3 lata później. Do Bornego przybyła w 2004 roku, na 3 miesiące odpoczynku, które przedłużyły się do 1,5 roku. W 2006 poprosiła o przyjęcie do naszej wspólnoty. Przyjęłyśmy ją na 3 lata, po nich zaś na stałe. Kiedy pytałyśmy o motywację prośby o przeniesienie, powtarzała niezmiennie: „Tu jest mój dom”. Nie każda z nas rozumiała, co się kryje dla niej pod słowem „dom”, ale intuicyjnie czułyśmy, że jest to coś bardzo ważnego. W Bornem znalazła duchową matkę w św.p. s.Teresie (Kieniewicz), z którą bardzo się związała i miała w niej mocne oparcie.

Dała się poznać jako osoba o dużej wrażliwości na drugiego człowieka, pielęgnowała przyjaźnie i była im wierna do ostatnich chwil życia. Kilka dni przed śmiercią zaprosiła siostry, by przychodziły do niej, aby się pożegnać – każda osobiście.

Była bardzo sumienna, dokładna i obowiązkowa, zatem powierzano jej odpowiedzialne prace zarówno w klasztorze we Wrocławiu, jak i potem w Bornem Sulinowie. Była kilkakrotnie radną, kołową, ogrodniczką, infirmerką, ekonomką, zakrystianką, zajmowała się habitami, szyła i haftowała szaty liturgiczne. Kochała liturgię, pięknie śpiewała, zatem prowadziła śpiewy podczas oficjum i na mszy św. Była miłośniczką śpiewu gregoriańskiego. Pod koniec życia uczyła nas zasad tego śpiewu wedle metody z Solesmes. Przygotowywała też lekcje dla nowicjatu. Miała smykałkę do historii, prowadziła ciekawe lekcje z historii Kościoła. Czytała Ojców, a jej ulubionymi teologami byli Benedykt XVI i kard. Sarah. Najbliżsi mówili, że była „bardzo poukładana”. Jednak nie była sztywna, ani zasadnicza. Miała duży dystans do świata i do siebie, potrafiła ironizować i śmiać się z samej siebie. W Bornem bardzo jej się podobały kapituły. My bywałyśmy często nimi zmęczone, a s.Klara na to mawiała, że ceni sobie nasze „burze mózgów” i cieszy się, gdy każda siostra swobodnie wypowiada swoje zdanie na różne tematy. Lubiła też rekreacje, odprężało ją proste bycie ze wspólnotą. Kochała motyle, potrafiła nazwać wszystkie niemal gatunki, jakie wylęgają się w naszym lesie. Robiła im piękne zdjęcia, potrafiła czekać i zbliżyć się do tych płochliwych stworzeń na kilka centymetrów.

Choroba nowotworowa została odkryta 4 lata temu i szybko postępowała, zajmując kości, a potem inne organy. S.Klara nie poddawała się, walczyła podejmując kolejne chemie i operacje, a także pomagając sobie dietą. W końcówce życia znalazła oparcie w św. Hildegardzie, której wizja świata bardzo jej odpowiadała. Znalazła pokój w konsekwentnym, całościowym dążeniu do harmonii ze sobą, z innymi i z Bogiem. W ostatnich tygodniach życia odżywiała się głównie odrobiną orkiszu, mąki kasztanowej i kopru włoskiego. Śmiałyśmy się, że wszystkie prognozy lekarskie, które opiewały jej rychłą śmierć, zostały obalone przez hildegardową dietę. Na niej siostra czuła się dobrze, nie cierpiała na dodatkowe dolegliwości, płynące z zajętej przez nowotwór wątroby.

Dała nam świadectwo pięknego, powolnego, cierpliwego odchodzenia i oswajania się ze śmiercią. Kochała życie, nie chciała umierać, miała wiele planów i marzeń. Ale zawsze powtarzała jak refren: „Chcę tego, co Jezus chce, niech będzie jak On chce”. Odprawiałyśmy kilka nowenn o jej uzdrowienie, i niezmiennie, na pytanie, czy chce być uzdrowiona, odpowiadała – „Chcę, by było tak, jak Bóg chce”. Swoją chorobę ofiarowała za mamę, która od jej wieczystej profesji całkowicie zerwała z nią kontakt.

Gdy nadeszła ostatnia prosta, w marcu tego roku, przeżyła prawdziwą „żałobę po życiu”. Opłakiwała swoje skrócone przez chorobę życie. Potem wkroczyła w fazę pogodzenia i oswajania się z myślą, że śmierć realnie się zbliża. Z coraz większym pokojem i pogodą ducha, a nawet humorem przygotowywała się na ten moment, porządkując swoje rzeczy i żegnając się z bliskimi osobami. Jezus dał jej wielką pociechę spotkania z mamą. W marcu siostra napisała do niej pożegnalny list, pełen słów miłości i wyrozumiałości. Reakcja mamy była natychmiastowa – zadzwoniła do niej i rozmawiały pierwszy raz od 23 lat… Mama od początku choroby wiedziała, że życie Klary jest zagrożone, jednak nie potrafiła zdobyć się na spotkanie z nią. Wkrótce mama przyjechała i nastąpiło wymarzone pojednanie/ Mama była pełna skruchy i żalu za swoje zamknięcie na najstarszą córkę. Tato Klary natomiast okazywał jej zawsze wiele miłości i troski. Przez ostatni miesiąc jej życia mieszkał u nas, wykonując rozmaite prace jako elektryk, a także ogrodnik – tego fachu nauczył się od naszego pracownika, pana Andrzeja. Mógł też niemal co dzień choć przez chwilę rozmawiać z córką w rozmównicy. Siostra niemal do końca była samodzielna, uczestniczyła z nami we mszy św., codziennie chodziła na spacery – opierając się o którąś z nas. Dopiero w ostatnim dniu życia nie była w stanie przyjść na Eucharystię do chóru. Była bardzo osłabiona, wychudzona i odwodniona, organizm był już bardzo wyniszczony. Nawet wtedy wszakże zażądała, by „spacer” odbył się za sprawą otwartego na oścież okna w infirmerii. Siedziała na wózku i zachwycała się kwiatkami. Do końca żyła pełnią życia, na miarę swoich sił. W ostatnich miesiącach objawiła się z mocą jej autonomia. Tydzień przed śmiercią poprosiła nas, byśmy modliły się dla niej o dobrą śmierć. Czuła się wyczerpana chorowaniem.

Otrzymałyśmy wielką łaskę, mogąc być przy niej w chwili śmierci. Agonia zaczęła się ok. godz. 21 i trwała 6 godzin. Wtedy ogarnęły ją totalne bóle, bo dotąd dawało się lekami niemal całkowicie je uśmierzać. Przez cały ten czas towarzyszyła jej Nasza Matka z s.Agnieszką, s.Miriam i s.Barbarą, które były najbliżej niej w czasie choroby. Nasza Matka przeprowadzała ją na drugi brzeg podając jej wodę z Lourdes, która na pół godziny uśmierzyła bóle. Następnie pytała ją, czy ofiarowuje swoje cierpienie w konkretnych intencjach, na co s.Klara odpowiadała zdecydowanym „Tak”! Wezwała wspólnotę ok. 2.30 w nocy, 23. maja, bo chciała, „by siostry jej pomogły”. Gdy tylko zaczęłyśmy modlitwy przy jej łóżku, uspokoiła się i, ściskając krzyż, czekała na swój kres. Na chwilę przed śmiercią w jej oku pojawiła się łza. Widziała już Kogoś…? Jej śmierci towarzyszył wielki pokój, a nas ogarnęła radość. Odeszła w czasie odmawiania tajemnicy Wniebowzięcia, za pięć trzecia. Wierzymy, że Maryja zabrała ją prosto do Jezusa, do Nieba, jak tego bardzo pragnęła.

Pogrzeb s.Klary odbył się 26. maja 2020 r. Od 9.00 do 12.00 ciało w otwartej trumnie było wystawione w chórze zakonnym, blisko kraty. Każdy, kto chciał, mógł Siostrę pożegnać. O godz. 12.00 została odprawiona Eucharystia w naszej kaplicy przez 13 księży odzianych w białe ornaty – takie było życzenie Zmarłej. Przewodniczył jej biskup pomocniczy naszej diecezji, Krzysztof Zadarko, N.O. Jan Malicki przeczytał biogram Siostry, a o.Serafin Tyszko wygłosił płomienną, paschalną homilię. Obecni byli rodzice i obie siostry. Równolegle w kościele parafialnym była odprawiana Eucharystia w intencji s.Klary dla osób, które nie zmieściły się w kaplicy klasztoru (według przepisów epidemiologicznych mogło być u nas tylko 7 osób). Potem udaliśmy się procesyjnie na cmentarz klasztorny, także osoby, które doszły z kościoła parafialnego. Zdaje się, że zmieściliśmy się w liczbie 50 osób… Ceremonii pogrzebu przewodniczył Ojciec Prowincjał. Mimo łez i żalu, towarzyszyła nam Boża radość i odczuwalny przez wszystkich pokój. Usłyszałyśmy później od kilku osób, że pierwszy raz uczestniczyli w takim pogrzebie, byli nam bardzo wdzięczni. Wszyscy włączyli się w piękny śpiew s.Sary, Uczennicy Krzyża, która podczas spuszczania trumny do grobu mocnym głosem zaintonowała: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie!”

Klaro, wierzymy, że wstąpiłaś w Życie, które zawsze tak bardzo kochałaś.

Poezje

Dodano: 15 maja 2020

+

Pragnę wejść w ciszę

by słuchać Ciebie, Słowo

Choć nic nie słyszę,

po prostu chcę być z Tobą.

Trzeba wiary, by pustka

obecnością się stała,

by milczeniem – nieistnieniem

wołać: Tobie chwała.

Kocham Cię! To jedno

tłucze mi się w głowie

Więcej nie trzeba,

resztę serce dopowie.

s.M.

Biały welon o…

Dodano: 1 maja 2020

o ogrodzie

Do każdego karmelitańskiego klasztoru, zgodnie z zaleceniem Naszej Świętej Matki Teresy, przylega ogród – większy lub mniejszy, ale konieczny do zachowania zdrowia duszy i ciała osób żyjących w ścisłej klauzurze. Nasz ogród, zdecydowanie większy, jest miejscem wytchnienia i inspiracji.
Mimo, że nasz teren jest bardzo piaszczysty, dzięki ludziom dobrej woli, nawieziono ziemi pod „grządki”, na których hodujemy rozmaite kwiaty, miedzy innymi do kaplicznych bukietów.

Do moich obowiązków należy, w ograniczonym zakresie, sadzenie i przycinanie, przede wszystkim zaś podlewanie i plewienie – niedawno mianowano mnie pomocniczką ogrodniczki! Przez te kilka lat, które spędziłam w Karmelu zdarzyły się sezony zlewane nieustannym deszczem, jak dwa lata temu, gdy pogodnych dni w lecie było bardzo mało, i takie, jak w zeszłym roku, gdy panował upał i zaledwie kilka razy padało.
W konsekwencji nasza praca nie przynosiła pożądanych efektów… Część kwiatów w ogóle nie wzeszła, choćby dlatego, że cebulki zgniły lub zostały zjedzone przez nornice. Innym razem młode pędy (kwiatostany) nie zdążyły się rozwinąć, bo ostro przypaliło je słońce… Jedyne, co zdaje się, że zawsze rośnie – to chwasty, co gorsze dziś wyrwane za kilka tygodni wschodzą na nowo…

I tak jest w naszym życiu duchowym, czasami wydaje się, że ta nasza praca wewnętrzna jest syzyfowa, a warunki zewnętrzne niesprzyjające, niemniej ją podejmujemy: regularnie wyrywamy chwasty naszych grzechów w spowiedzi, walczymy z wadami, choć co jakiś czas, „szorujemy po dnie” i czujemy, że „jest gorzej niż było”. Staramy się podlewać spragnioną duszę żywą wodą przez modlitwę, choć często „nie idzie” i raczej przypomina ona próbę „przeczekania” niż przylgnięcie do Boga.
Gdy przyjdzie myśl, że coś już się osiągnęło, jakiś poziom, etap, znowu pojawia się kąkol, albo zaleją takie doświadczenia, że grzęźniemy w błocie…
Ale mimo to, co roku coś wykiełkuje, wzejdzie i się rozwinie (i w wymiarze duchowym, i w wymiarze fizycznym) tak, że mam co wziąć w swoje dłonie i ułożyć pod tabernakulum. W ten sposób oddaje chwałę Bogu, oddaję Mu to, co sam mi dał – to owoc współpracy!

On panuje nad pogodą mojego życia, wie, po co ten trud i przeciwności; jakie ma plany, co do mnie i jaki będzie efekt końcowy – jakimi barwami i kształtami będę Go zachwycać w niebie. Dopóki jestem na ziemi kwiaty mej duszy będą wystawione na upał i deszcz, działanie szkodników (demonów nękających pokusą), zarastane przez chwasty (wad i słabości). Ale zawsze i w każdych warunkach mogę uwielbiać Boga. On patrzy na determinację i wierność, bo ostatecznie to On wszystkiego dokona… i stawi mnie przed sobą taką, jaką chce mnie mieć…

A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen.

1 P 5,10-1

s. T.

Karmelitańskie pisanki

Dodano: 15 kwietnia 2020

Jezu-ufam-Tobie

Rozmaite tematy

Dodano: 06 kwietnia 2020

Zza krat Karmelu

Niewiele wiem o tym, jak wygląda codzienne życie w czas pandemii koronawirusa. Jak uciążliwe są ograniczenia w wychodzeniu z domu i załatwianiu koniecznych spraw. Jak niewygodne są maseczki, choć je szyjemy, jak męczące używanie rękawiczek, czy nieustanna dezynfekcja. Jak trudne jest stałe przebywanie w domu. Jak głęboko drąży serca i umysły niepokój o zdrowie własne i bliskich, o pracę i płacę, słowem – o przyszłość…

Niewiele wiem o tym, co to dla was znaczy, gdyż karmelitanka bosa i tak nie wychodzi z domu na zakupy, jest pozbawiona (chyba, że jest przeoryszą) wielu egzystencjalnych trosk, no i nieustannie przebywa w domu – klasztorze, dodatkowo odgrodzona murem i kratami. Może tylko z tą różnicą, że w większej przestrzeni i w milczeniu, co może jedynie złagodzić ewentualne starcia, jakie w tym czasie przymusowej kwarantanny pewnie zdarzają się w rodzinach.

Wiem jednak, co znaczy pragnąć zdrowia i pokoju serca dla bliskich nam osób i tych dalszych. Wiem, co znaczy głęboko przeżywać los tych, co odchodzą, może niepojednani z Bogiem, w samotności, w lęku i udręce. Wiem, co znaczy współodczuwać.

Ale wiem jeszcze jedno: że nasze serca i całe nasze życie jest ukryte w dłoni i sercu Boga. Że On troszczy się z miłością o każdego z nas bez wyjątku. Że nigdy nie pozwoli, aby w nasze życie uderzył ślepy i nierozumny przypadek, bo On naszą historię pisze własną krwią, którą za nas wylał. To dlatego mogę być spokojna w czas ogólnego zagrożenia, które czyha nie wiadomo z której strony i zdaje się tym bardziej niepokoić im bardziej jest niewidoczne. Mogę i możemy być spokojni, bo wiemy, kto nad nami czuwa i to, że nic nie umyka Jego troskliwej i czułej uwadze.

A ten czas, tak inny, wymagający i budzący rozmaite obawy, o dziś i o jutro, to równocześnie Boże zaproszenie: do intensywniejszego z Nim kontaktu, bo przecież czasu nam teraz nie brakuje; do refleksji nad swoim życiem, kierunkiem w jakim zmierzało nim nas zatrzymał koronawirus; do odważnego stanięcia w obliczu ewentualnej własnej śmierci z pytaniem – gdzie jest mój skarb, co nim jest, gdzie jest moje serce, czym zajęte, czy jestem gotów, w słabości ale i zaufaniu, stanąć przed Bogiem, gdyby śmierć przyszła właśnie teraz…; do modlitwy za siebie i bliskich, a szczególnie za zakażonych, chorych i pomagających im; także do modlitwy za umierających, bo teraz z odchodzeniem wiążą się dodatkowe cierpienia (zaskoczenie, bo wirus tak intensywnie i niespodziewanie atakuje, samotność, brak obecności i wsparcia bliskich, intensywniejszy lęk i przerażenie tych, którym daleko do Boga…).

To ich mamy naszą serdeczną modlitwą składać w ręce Boga upraszając Jego miłosierdzia. Tak, czas pandemii to czas swoistych rekolekcji – przy zamkniętych kościołach, bez sakramentalnej Komunii, ale z tym żywiej obecnym Jezusem w naszej codzienności, tym rychlej odpowiadającym na nasze tęskne, może zalęknione czy niepewne, ale szczere wołania serca.

Niech się nie trwoży wasze serce i się nie lęka (J 14,1) – mówi Jezus – wasze życie, cenny dar jaki wam ofiarowałem, jest przeze Mnie strzeżony, bo przecież nawet włosy na waszej głowie są policzone (Mt 10,30), więc cokolwiek miałoby was spotkać nie będzie złośliwym i bezrozumnym przypadkiem, ale będzie tym co najlepsze dla was, na terazwierzycie Mi? (por. J 14,1)

s. E

Biały welon o…

Dodano: 1 kwietnia 2020

o obiedzie z Jezusem

Mój drogi Czytelniku: czy zdarzyło Ci się jeść obiad z Jezusem? Czy przy Twoim stole przygotowałeś Mu miejsce – położyłeś najlepszą zastawę, zapaliłeś świece? I czy potem czekałeś aż potrawy znikną z półmisków?

Przyznam szczerze, że aż do momentu wstąpienia do klasztoru nawet przez myśl mi coś takiego nie przeszło.

Oczywiście znany jest mi zwyczaj „wolnego miejsca” przy wigilijnym stole, ale nikt nigdy go nie zajął, nikogo „obcego” przy nim nie powitałam, (gdy dziś to wspominam odczuwam żal, że być może gdybym lepiej poznała swoje otoczenie – sąsiadów z kamienicy, z pewnością znalazłaby się osoba samotna, z którą mogłabym zasiąść do wieczerzy).

W Karmelu „nowicjat” – czyli najmłodsze członkinie wspólnoty, mają za zadanie w Niedzielę Palmową udekorować refektarz, gdyż w ten dzień przy stole prezydialnym (czyli tam gdzie zwyczajowo siedzi przeorysza wraz z podprzeoryszą) zasiada Jezus.

Pomysłowość sióstr, co roku zaskakuje – dominuje motyw pobytu Jezusa w domu rodzeństwa: Łazarza, Marty i Marii, czyli przyjaciół, u których Nasz Pan szukał pokrzepienia i życzliwości przed czekającą Go męką. To także antycypacja w Ostatniej Wieczerzy i zadatek uczty w Królestwie Niebieskim.

Zatem w tym dniu i u nas, u sióstr z Bornego Sulinowa, Jezus szuka czułego, obecnego serca, które chce przy Nim i z Nim być, w chwili, gdy oczekuje na swoją Paschę. Rozmyślając o tej tradycji – wzruszam się głęboko!

Z drugiej strony oczami naszego ciała nie widzimy Jezusa i obiad nie znika z talerzy – choć przyznam szczerze, że za pierwszym razem odczułam zawód, że tak się nie stało 🙂 Ale Bóg nie lubi sztuczek, nie jest magiczny – tu chodzi o doświadczenie wiary i by uzewnętrznić postawę serca. To pewien sposób na zmaterializowanie przyjaźni.

Tak się zastanawiam, czy gdyby jedzenie faktycznie zniknęło z talerzy – poczułabym się lepiej? Byłabym bardziej wierząca? …gdy zaglądam do ewangelii czytam, że wielu widziało cuda Jezusa, a i tak nie wierzyli, domagali się coraz więcej znaków (faryzeusze, albo uczeni w Piśmie), a Jezus ostatecznie zapłakał nad Jerozolimą, która nie rozpoznała czasu swojego nawiedzenia… Dziś sztuczki robi szatan, by przez nie wciągać ludzi w okultyzm.

Cudu zaś doświadczam na każdej Eucharystii i przy każdym tabernakulum – cudu sakramentalnej żywej i prawdziwej obecności Jezusa na ziemi.

Napisałam, że podany Jezusowi obiad nie znika, muszę dodać sprostowanie, jednak znika – jest zwyczaj, że przyrządzone dania podajemy pierwszemu przychodzącemu w tym dniu gościowi 🙂 a w nim jest Jezus!

Tymczasem On w naszym refektarzu pragnie żebyśmy zjedli razem obiad, bo potrzebuje mnie tak, jak potrzebował przyjaciół z Betanii… ucztujemy razem, bo czas Wielkiego Tygodnia to uobecnianie tamtego czasu sprzed dwóch tysięcy lat, niejako zjednoczenie dwóch czasów, a może wręcz czas poza czasem – Boże teraz

 

„Karmię się twoją miłością i umieram z pragnienia, gdy o Mnie nie pamiętasz. Przytul Mnie i ukochaj i opatruj Moje Rany i osłoń Mnie, gdyż w wielu duszach trwa Moja Droga Krzyżowa i Moje Konanie…”

(z „Słowo pouczenia” A. Lenczewska)

„Nie zapominaj o Mnie. Tęsknij za Mną, tak jak Ja tęsknię za tobą. Miłuj Mnie tak, jak Ja ciebie miłuję. Szukaj Mnie tak, jak Ja szukam ciebie. Widzisz, że nie opuszczam cię nigdy!”.

(z: Wezwanie do miłości. Zapiski objawień Pana Jezusa Józefie Menendez zakonnicy Najświętszego Serca Jezusa.)

s. T

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2019

Cieśla

Ty, któryś życia prozy szarej
Ikoną piękna codziennego
O twarzy ogorzałej, starej
Mądrością świętą, przemodloną

O dłoniach dobrych, szorstkich, twardych
Zdrewniałych od ciesielskiej pracy
Sercu, jak Tora delikatnym
I oczach, które lśnią, jak gwiazdy

W kędziorach Twoja broda, głowa
Oczy brunatne, jak Twa ziemia
Ziemia świętego Jeszuruna
Ty, któryś jest, jak drżąca struna

Co w harfie Boga Najwyższego
Cierpliwie czeka, trwa i ufa
Czeka na dotyk Wszechmocnego
I słucha, tylko Jego słucha

By grać tę serca pieśń jedyną
Co stale brzmi w głębinach ducha:
Posłuchaj Święty Izraela
I Święty Izrael posłuchał

s. R.

Rozmaite tematy

Dodano: 29 luty 2020

ŚLUBY WIECZYSTE S. BARBARY OD JEZUSA OBLUBIEŃCA- 20.02.2020 r.

Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci…?, zapytał mnie Jezus.

22 lutego 2020r. – tajemnica tego dnia pozostanie w moim sercu na zawsze.

Trudno opisać to, co się wydarzyło. – Szaleństwo miłości!

To wielka tajemnica, której pojąć nie zdołamy, także my bezpośrednio jej doświadczający: Bóg potężny i wspaniały wybiera człowieka… by go poślubić, Stwórca swoje stworzenie! Wszechmoc zawiera przymierze miłości ze słabością.

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść…

„Mario Barbaro od Jezusa Oblubieńca”, zawołał, na początku Liturgii, Pan, jak niegdyś młodego Samuela.

Hineni – „Oto jestem, Panie, Ty mnie wezwałeś”. Nie ja Ciebie, ale Ty mnie wybrałeś, przeznaczyłeś na to bym była Twoją i doprowadziłeś do dnia dzisiejszego.

Hineni – „Oto jestem. Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Ty mnie poprowadź. Dziś znam Twój głos, choć nie zawsze tak było. Wołałeś mnie po imieniu wiele razy, lecz ja Cię nie znałam, nie słyszałam, słyszeć nie chciałam…

Hineni – „Oto jestem”. Odpowiadam jak Abraham, gotów złożyć syna w ofierze. Świat nie ujrzy syna mego łona…, lecz Bóg podarował obiecane stokroć więcej – duchowych synów, braci i siostry.

Hineni – „Oto jestem”. Powtarzam w zachwycie za Mojżeszem. Miejsce na którym stoję, jest ziemią świętą, tu Bóg przygląda się i wysłuchuje płaczu swojego ludu. Tu, gdzie modlitwy wznoszą się jak dym kadzideł, i bramy nieba się otwierają. Gdzie zstępuje anioł mówiąc: Nie bój się…, znalazłaś łaskę u Boga, On chce dokonać rzeczy wielkich…

Pragnienia Oblubieńca są moimi więc i ja wołam chcę, chcę, chcę … Fiat voluntas Tua! Nie lękam się, bo Pan mi obiecał: Wystarczy ci Mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali. A zatem z zuchwałością dziecka obiecuję od dziś już na zawsze z Maryją Dziewicą żyć wiernie w całkowitym oddaniu się Chrystusowi, naśladując Jego samego, czystego, ubogiego i posłusznego.

Czarny welon opada na ramiona, zasłania twarz, a ja ogłaszam zebranej społeczności niebian i ziemian „Zostałam poślubiona Temu, który jest Synem Odwiecznego Ojca, narodził się z Maryi Dziewicy i stał się Zbawicielem całego świata”. Radujcie się ze mną wszyscy, którzy to słyszycie. Dziś na stole ołtarza składamy Bogu Ojcu złączone w miłosnym uścisku Ciało i Krew Umiłowanego oraz życie Jego oblubienicy. Tak ołtarz staje się łożem miłości, a prezbiterium komnatą weselną. Lilie i białe różyczki, jak druhny, tańczą pośród mirtowych gałązek Oblubieńca. Mój Miły jest mój, a ja jestem Jego. Teraz i na wieki!

Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałam się uwieść i nie ma dla mnie szczęścia poza Tobą!

Wesele oraz szczęście przeżywane we wspólnocie promieniuje, także ślubnych gości nawiedził Duch radości i pokoju. Stąd też wielu z nich pragnie jeszcz wrócić do tego miejsca, gdzie doświadczyli przedsionku nieba uczestnicząc w Godach Baranka.

W mojej codzienności pozornie niewiele się zmienia, rano zakładam czarny welon, a nie jak dotychczas biały, oraz zajmę miejsce w kapitule klasztoru, natomiast istotowo już nic nie jest tak samo. Nie ma już Barbary, jest Jezus i Barbara! On i ja jedno jesteśmy i nic nas rozdzielić nie zdoła.

Panie Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię miłuję! Niech tę odpowiedź uwiarygodni każdy kolejny dzień.

s. Barbara

Poezje

Dodano: 15 lutego 2020

orbita

Rozmaite tematy

Dodano: 01 luty 2020

Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

za: karmel.pl

Właśnie zakończył się radosny, a przyznać trzeba, także kolorowy, pachnący, pełen serdecznych znaków życzliwości i miłości, okres Bożego Narodzenia. Już na wieczorne czuwanie, po komplecie wieńczącej uroczystość Chrztu Pańskiego, trzeba było wydobyć ze stalki nowe brewiarze. Wchodzimy w czas określany liturgicznie jako okres zwykły, pierwszy tydzień – słowem, powraca codzienność…

Otwierając ten nowy brewiarz natrafiłam na zakładkę z napisem, który przytoczyłam powyżej: Bóg kocha codzienność. On rozumie wielkość inaczej niż my.

Codzienność i wielkość – pierwsze skojarzenie i wrażenie podpowiadają, że są to słowa należące do odmiennych rzeczywistości. Codzienność jawi się nam zwykle jako zwyczajność, powtarzalność, szarość aż po nudę, czy wręcz rutynę. Gdzie zatem leży tajemnica jej wielkości widziana przez Boga a często niezauważana przez nas? Doskonale wiemy i pamiętamy, że tak w wymiarze ogólnym, narodowym, jak i osobistym, dotykającym naszego skrawka ziemi, potrafimy się zmobilizować do walki, gdy stają przed nami duże, wyraziste wyzwania, gdy np. wróg jest jasno określony, niebudzący wątpliwości, że jest nieprzyjacielem i stoi po drugiej stronie barykady. Stajemy się wówczas mężni, waleczni, odważni, z szerokim, niezważającym na siebie gestem, rozmachem, czy wręcz brawurą… Gorzej jednak bywa w codzienności, gdy sprawy, o które trzeba walczyć są drobne, zwyczajne, jak poranne wstawanie na dźwięk budzika, czy klasztornej matraki, wykonanie nieciekawej pracy do końca, wytrwanie na modlitwie do ostatniej wyznaczonej minuty, wierność drobnym postanowieniom, której nikt nie widzi, nie podziwia, nie nagradza… Trudniej też walczyć, gdy wróg jest ukryty – czasem w nas samych, a mający na imię lenistwo, wygodnictwo, egoizm, niepohamowana ambicja, pycha, łakomstwo, zachłanność, lub gdy sam szatan, przebierając się w anioła światłości, rozmywa rzeczywistość, mami swoimi kłamstwami, bagatelizuje powagę spraw, proponuje tysiące, wiarygodnych zdawałoby się, wymówek, usprawiedliwień, by odpuścić sobie, zrezygnować z walki, starań, wierności dobru…

Dlaczego Bóg tak kocha codzienność, możemy się jedynie domyślać, zbierając naszą wiedzę i doświadczenie a także słuchając świętych, by wymienić chociażby mistrzynię codzienności, jaką jest święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Ona i wielu innych nie tyle pytają, dlaczego Bóg kocha codzienność, co dzielą się tym, co odkryli, czyli jak odnaleźć i spotykać Boga we własnej codzienności, zawsze i we wszystkim.

Taka codzienność bez fajerwerków, gdy już znikną kolorowe, świąteczne dekoracje, czerwone i złociste bombki, szarfy i ozdoby, pachnąca jedlina, codzienność pozornie zwyczajna, ma swój łagodny koloryt, ukryte piękno, które rozjaśnia Boża obecność. Nasz Bóg się wcielił i pozostał z nami. Od wieczności ukochał człowieka, wędrował z nim, rozmawiał jak przyjaciel z przyjacielem, aż po cud Wcielenia, narodzenia w ludzkim ciele, gdy zamieszkał nie tylko ze swoim ludem, ale w sercu swego ludu, w sercu każdego człowieka. Dyskretny i delikatny, choć niepojęty i potężny, mieszka w nas i pośród nas. Daje się rozpoznać w ciszy wieczoru, w mozole pracy, w łagodności serca, które namaszcza Swą łaską…

Wielkość, to odkryć obecnego Boga i trwając w wewnętrznym zjednoczeniu z Nim przyjmować i podejmować wszystko, co niesie codzienność. To wyznawać Bogu z wiarą – wszystko mądrze uczyniłeś, ziemia jest pełna Twej łaski. Wielkość, to przyjąć każdy drobny dar i zadanie, jakie Bóg przed nami stawia każdego dnia.

s.E.

Poezje

Dodano: 15 stycznia 2020

Zimowa kolęda

Kołyszą się nocą zimową
Płatki śniegowe nad głową
Mama Niemowlę kołysze
A ja kołysankę Mu piszę

Kołysze się księżyc na niebie
I liść się kołysze na drzewie
I okręt co płynie po morzu
Kołysze się jak ptak w przestworzu

Kołysze się zboże na polu
Co chlebem się stanie na stole
I ja Ciebie Jezu kołyszę,
By słowo Twe w sercu usłyszeć

Świat stary zaś, cały się chwieje
Wraz z ludźmi, co zmienni jak trawa
I tylko ten Bóg, co w kołysce
Stałą miłością nas zbawia

s. R.

Z moich lektur

Dodano: 01 stycznia 2020

W kwartalniku Sióstr Wspomożycielek, które poprosiły o możliwość zamieszczenia naszej ikony przedstawiającej Maryję Matkę Pojednania (patronuje Ona naszemu klasztorowi, a wspomnienie i odpust przypadają właśnie na 1 stycznia, święto Bożej Rodzicielki), z miłym zaskoczeniem przeczytałam refleksję Pana Grzegorza Sokołowskiego na temat tejże ikony. Spojrzenie kogoś, kto nie wiedząc jak się rodziła idea wezwania naszego Karmelu i ikony je wyrażającej, a widzi jedynie wizerunek Maryi, ma swoistą świeżość i w konsekwencji ubogaca nasze patrzenie na Patronkę naszego Karmelu – Maryję. Wierzę, że ubogaci i zainspiruje także Was do przylgnięcia wraz z Maryją do krzyża Jezusa, szczególnie tego, który spotykamy na drogach naszej codzienności…

Matka Boża Pojednania – Orantka

Wśród trudów codzienności i cierpień ludzkiego życia, trzeba nauczyć się nie tylko krzyż przyjmować, ale także obejmować i przytulać. Będzie to jednocześnie lekcja przyjmowania bólu, który nie zostanie zmarnowany, lecz przyniesie owoce. Takiej czułości uczy nas przedstawiona na ikonie Matka Boża Orantka.

Nie jest to tradycyjne przedstawienie Maryi (…). Tutaj w postać Matki Bożej wpisany jest krzyż. To bardzo wymowne. Cierpienie Jezusa jest także cierpieniem Jego Matki. Nie towarzyszy Ona Synowi tylko zewnętrznie. Ból, który odczuwa Jezus umierając na krzyżu, jest także bólem Maryi. (…)

Gwoździe, które przebiły ręce i nogi Jezusa, przebiły także duszę i serce Jego Matki. Maryja jest pierwszą osobą, która w swoim ciele nosi konanie Jezusa. Przyjmuje je z godnością, a przez swoją postawę uczy także nas reakcji na doświadczenie cierpienia – bez buntu, krzyku, niezgody (…). „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele” (2 Kor, 4,10) – przypomina święty Paweł. Nic jednak nie kończy się na umieraniu i śmierci, jeśli zanurzone zostaje w śmierci Chrystusa. Jeżeli łączymy nasz ból i umieranie z konaniem Pana, nasze ciało przeznaczone zostaje do chwalebnego zmartwychwstania, ale też już teraz, w naszym doczesnym życiu objawia się w nim życie Jezusa. Maryja umiała to czynić w sposób doskonały, co obrazowo przedstawia ikona. Zjednoczenie dwóch istnień i dwóch cierpień jest zjednoczeniem, które prowadzi nie do śmierci, ale do życia. Pragnienie życia jest zakorzenione także w nas, a jego gwarancja wypływa właśnie z krzyża, który powinniśmy przyjąć i wpisać w nasze ciało. Wówczas przyniesie owoce.

Na wizerunku Matki Bożej zwraca też uwagę gest podniesionych dłoni. To kolejne metaforyczne odniesienie do lekcji przyjmowania cierpienia. W doświadczeniu bólu nie należy rezygnować z kontaktu z Bogiem. Być może wszystko wtedy będzie w nas wołać, że lepiej się oddalić, porzucić pobożne praktyki i wszystko będzie wskazywać, że Bóg nas opuścił i jest odległy, ale właśnie wtedy szczególnie potrzebujemy modlitwy. Ona przekona nas o bliskości Boga. Maryja unosi swe dłonie w modlitewnym geście wzywającym Bożej pomocy, szuka umocnienia i pokrzepienia w górze, u Stwórcy, bo wie, że tam jest Jej siła, która płynie z wysoka. Powraca tu starotestamentowy obraz Mojżesza, którego wojska odnosiły zwycięstwo nad Amalekitami, dopóki Mojżesz trzymał ręce w górze. Gdy zaś je opuszczał, natychmiast zaczynał przegrywać (por. Wj 17,8-16). To konkretne wskazanie, że w doświadczeniu trudności i cierpienia będziemy silni i wygramy, dopóki zachowamy modlitewną łączność z Panem i nie utracimy ufności w Jego pomoc. Moment zwątpienia i rezygnacji jest też momentem naszej przegranej. (…)

Przyjrzyjmy się jeszcze przez moment temu wizerunkowi. Na błękitnym tle krzyża dostrzeżemy delikatne promienie, które wychodzą w naszym kierunku. To promienie łask wyjednanie nam przez Mękę i Śmierć Jezusa. Wypływają one z głębi całego Jego cierpienia, ale na tej ikonie przypominają o prawdzie, że Maryja jest pośredniczką łask i one wypływają też z Jej Serca, bo Ona była zjednoczona z Jezusem na krzyżu.

Te łaski mają więc źródło w dwóch Sercach: Matki i Syna. Maryja w pewien sposób niesie krzyż, na tym wizerunku dosłownie niesie go na sobie, jest z nim zjednoczona. (…)

Ważne jest także to, że postacie Matki Bożej Bolesnej i Jezusa na krzyżu przedstawione zostały na złotym tle. Każde cierpienie ma wartość w oczach Boga. Jeżeli jest Jemu ofiarowane, staje się czymś drogocennym, jak złoto. (…) Ten niezwykły wizerunek może nam przypomnieć i nauczyć nas zjednoczenia z krzyżem, przylgnięcia do niego, a przede wszystkim odnalezienia wartości w cierpieniu. Z niego mogą wynikać łaski, które są złotem w oczach Boga…*

*Grzegorz Sokołowski, Matka Boża Pojednania. Orantka, w: Do Domu Ojca XIX (2019) nr 3, s. 42-44.

Karmelitańskie pisanki

Dodano: 15 grudnia 2019

Przyjdź!

Czy przyjdziesz do mnie w królewskiej szacie,

w zawoju męża, co czeka na gody,

czy w stroju innym – ubogim i zwykłym…

Czy w mroku nocy, czy w blasku poranka,

powitam Cię, Panie.

Czy ujrzę Ciebie i głos posłyszę,

czy wiara pozna Twe milczące bycie…

Przyjdź do mnie, Jezu,

przyjdź i bądź ze mną!

s.B.

Marana Tha!

Poezje

Dodano: 01 grudnia 2019

Nabrzmiało łaską Morze
Czas drży nadzieją spełnienia
Ty jesteś Słowem Boże
Źródłem każdego istnienia

Czas się  Słowem wypełnił
A Morzem czasu krawędzie
Słowo stało się Ciałem
Morze rozlało się wszędzie

Tyś Krwią w kielichu winnym
Na sianie dzisiaj złożony
Opłatkiem białym na ustach
Boże mój w czasie Wcielony

s.R.

Biały welon o…

Dodano: 15 listopada 2019

o stalce

Pisałam już o „kąciku modlitewnym” w celi, teraz chciałabym wspomnieć o analogicznym miejscu w chórze (innymi słowy w naszej kaplicy), a określa je pojęcie stalka.
Stalka – to termin, którego przed wstąpieniem do Karmelu nie znałam, chyba mogę powiedzieć, że to „mebel” stanowiący punkt orientacyjny w chórze, który wyznacza przestrzeń dla mnie i mojej modlitwy osobistej i wspólnotowej. Każdej siostrze zostaje ona przydzielona od pierwszego dnia jej zakonnego życia.
Nasz chór nie posiada ławek, klęczników, krzeseł, ale w dwóch rzędach pod ścianami stoją omawiane drewniane siedziska. Zawierają w sobie, jak pufa, półkę, do której możemy schować brewiarz, śpiewnik czy inne podręczne „akcesoria modlitewne”. Na nich siedzimy lub przy nich klęczymy podczas modlitwy (bezpośrednio na podłodze), każda siostra przy „swojej”.

Stalka jest tak skonstruowana, aby móc siedzieć zależnie od potrzeby, albo przodem do tabernakulum (w trakcie Eucharystii), albo bokiem do kraty, a twarzami do siebie (w trakcie odmawiania oficjum). Jej funkcjonalność służy zjednoczeniu naszych serc i ust, które podczas wspólnej liturgii wysławiają Boga. To symbol, który uczy mnie, że w niebie będę we wspólnocie wielu ludzi wspólnie uwielbiających Boga, że Bóg słucha tych „dwóch i trzech” zebranych w Jego imię. I doświadczam tego, jak „ciągnie” mnie modlitwa osób, które są obok mnie… Nawet, gdy każda z nas modli się w ciszy, jesteśmy razem przed Bogiem, „bo nikt z nas nie jest samotną wyspą”, choć do samotności (rozumianej, jako wyłączność dla Boga) jesteśmy powołane…

Potrzebujemy siebie nawzajem, nikt w Kościele nie jest singlem.

Ponadto ten wyznaczony w chórze kawałek podłogi, jest antycypacją „mieszkania”, które Jezus przygotował dla mnie w niebie. Uświadamia mi, że Bóg stworzył mnie dla siebie, chce mnie mieć przy sobie, chce mnie słuchać, chce na mnie patrzeć i dziś uczy mnie bycia z Nim – czyli po prostu kontemplacji i komunii… Tutaj daje mi czas na dojrzewanie do spotkania z Nim twarzą w twarz…

Cieszę się, że każdy ma swoje miejsce w Kościele, tu na ziemi i w niebie: oby żadne z nich nie pozostało puste, opuszczone, odrzucone…

„Od spotkania ze Mną twarzą w twarz dzieli cię nie tyle odległość czasu, co odległość dojrzałości twojej, której czas pobytu na ziemi jest podporządkowany. W dojrzewaniu nie przekroczysz granicy, jaka została ci dana w zaistnieniu twoim. Możesz ją osiągnąć jedynie przez wypełnienie woli Mojej. Pełnia Miłości do jakiej cię uzdolniłem – oto wola Moja. Oto dojrzałość twoja, która wyznaczy kres wędrówki twojej poprzez życie na ziemi.
Stworzyłem ci warunki ułatwiające odosobnienie, aby wędrówka twoja skierowała się do wnętrza duszy, gdzie poznawać będziesz istotę istnienia twojego we Mnie”.

(z: „Słowo pouczenia” A. Lenczewskiej)

s. T.