Na tych stronach chcemy przybliżyć Wam dzieje naszej potrójnej historii związanej z Górą Karmel, z Bornem Sulinowem i z ulicą Parkową zanurzoną w przyjeziornym lesie. Pamięć o własnych korzeniach jest gwarantem dobrze ukierunkowanego rozwoju, odnowy. Do twórczej wierności natomiast jesteśmy zaproszone już od pierwszego dnia budowania nowego klasztoru w Bornem (15.08.1997), mieście brzemiennym w historię bólu, przemocy i krzywdy, które staramy się błogosławić modlitwą pojednania.

KARMEL MARYI MATKI POJEDNANIA

W BORNEM SULINOWIE

 

Krótka jest historia naszego Karmelu, ale może właśnie ta bliskość początków, żywa pamięć pierwszych natchnień i poszukiwań, zmagań, trudów i radości – a wszystko zanurzone w głębokiej modlitwie –  czyni ją obfitą i treściwą, bo noszoną w pamięci większości sióstr.

W wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 14 sierpnia 1997 roku, dziewięć sióstr z Karmelu Matki Bożej Wielkiego Zawierzenia w Gdyni – Orłowie rozpoczęło regularne życie zakonne w nowym klasztorze w Bornem Sulinowie.

Pod opieką i przewodnictwem Maryi rozpoczęłyśmy nasze karmelitańskie życie oddane Bogu, Naszemu Panu i Jego Kościołowi, młodej diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej oraz tworzącej się dopiero wspólnocie parafialnej Bornego Sulinowa. Borne to miasto ze wszech miar szczególne: powstałe w latach trzydziestych XX wieku jako baza wojskowa, najpierw wojsk pancernych Wehrmachtu, a później Armii Czerwonej, było przez 60 lat swego istnienia miejscem bez Boga, miejscem bezmiernej pychy, pogardy, nienawiści, krzywdy, cierpienia, a zarazem grzechu. Od początku nosiłyśmy w sobie żywą świadomość, że tę ziemię trzeba przywrócić Bogu, a ziemi tej i nowym jej mieszkańcom, przybyszom z różnych stron Polski,  “dać Boga”.

Pierwotna nazwa miejscowości, Gross Born, znaczy wielkie źródło. Jedną z pamiątek pozostałych po Rosjanach, niejako symbolem ich epoki, jest pomnik umieszczony na cmentarzu żołnierzy radzieckich przy wjeździe do miasta: dłoń z karabinem wymierzonym w niebo – znak zwycięstwa czy wyzwanie rzucone niebu?… Herbem zaś dzisiejszego Bornego jest drzewo, z listowiem i korzeniami, na biało-niebiesko-zielonym tle. Trudno nie dostrzec w tych nakładających się obrazach dalekiego zarysu prawdziwego Źródła życia, Drzewa życia, które ostatecznie objawiło się w Krzyżu, w Jezusie Zbawicielu. To dlatego na kończącym ulicę Parkową rondzie, już w klauzurze, bardzo szybko stanął (dla przeciwwagi…) duży Krzyż, wysoką wieżę zwieńczył następny, a głos dzwonu równoważy odgłosy wystrzałów, jakie przez lata raniły ciszę tego miejsca.

Nim nadszedł dzień wyjazdu z rodzimego Karmelu w Gdyni – Orłowie, przez wiele lat poszukiwałyśmy miejsca na nową fundację. Powstały bowiem w 1981 roku Karmel gdyński już w 1985 roku był pełen. Wzrastająca liczba zgłaszających się dziewcząt, rozeznanie wspólnoty i zgoda naszych przełożonych otwarły drogę wieloletnim poszukiwaniom. A były one liczne i różnorakie – od Przemyśla po Sejny, od Petersburga po Zieloną Górę… jednak żaden z tych pomysłów nie doszedł do etapu poważniejszej realizacji. Dopiero w czerwcu 1993 roku jeden z rekolektantów pełen młodzieńczego zapału zaczął opowiadać o Bornem i przekonywać: niech siostry przyjadą do Bornego Sulinowa. Od niego dowiedziałyśmy się o pustym miasteczku pozostawionym przez przebywających tam od czasów wojny Rosjan, w którym jednym z pierwszych mieszkańców i proboszczem parafii in spe był dawny katecheta Szymona – ks. Remigiusz Szrajnert. Ziemia ta, przekonywał Szymek, jest tak opuszczona, wystudzona, że trzeba rozgrzać ją modlitwą i miłością. I tak w 1993 roku grupa sióstr wyjechała na pierwsze rozpoznanie terenu…

Samo Borne robiło wrażenie miasta widma; wymarłe, opustoszałe budynki straszyły pustymi lub zamurowanymi oczodołami okien. Długie rzędy hangarów, garaży i warsztatów, przeważnie już bez drzwi i szyb, świadczyły o ponurej przeszłości, a zarazem o przemijaniu niezwyciężonych, zdawałoby się, potęg tego świata. Uwagę sióstr przyciągnęła najsympatyczniejsza “dzielnica” miasta, niegdyś oficerskie osiedle zanurzone w wysokich sosnach przechodzących w gęsty przyjeziorny las, stanowiący swego czasu naturalną granicę miasta. Jedne budynki zbyt małe, inne za blisko ulicy, bez miejsca na ogród, sporo już wykupionych. Wybór padł na ostatni dom ulicy ‚Pabiedy 12’ (Zwycięstwa) – potem będzie to ulica Parkowa. Choć mury wyglądały solidnie, dach w niezłym stanie, to jednak cała reszta straszyła… Wyjeżdżający Rosjanie zabrali wszystko, co możliwe, wiele poniszczyli, reszty zniszczeń dopełnili okoliczni ludzie… Po rozmowach z władzami pobliskiego Silnowa, obejmującego patronat nad Bornem, pojawiła się nadzieja nieodpłatnego uzyskania wybranego obiektu oraz terenu na ogród – około 4 hektarów.

Kolejne 4 lata to mozolne oczyszczanie budynku i prace remontowe. Każdego poniedziałku 3 – osobowa grupa sióstr dojeżdżała do Bornego, by doglądać prac. Wożona makieta klasztoru ożywiała nadzieję – dwa dobudowane skrzydła, nowa kaplica, wieża, mur okalający nasz las… choć to daleka jeszcze przyszłość.

Ale to już wtedy, podczas modlitw w prowizorycznej kaplicy, zrodziła się myśl o tytulacji Karmelu. Na ścianie zawisł niemiecki krzyż, a obok, podniszczona, słaba reprodukcja ikony M.B. Włodzimierskiej. Niemiecki krzyż i ruska ikona w polskim Karmelu…tak, ten znak zaczął przemawiać: Pojednanie. Postanowiłyśmy zawierzyć Karmel Maryi, Matce Pojednania – Matce Jezusa, który jest Pojednaniem, który we własnym ciele, własną Krwią  burzy mur dzielący ludzkość, łączy ziemię z niebem, jedna z Ojcem każde Jego dziecko (Kol, Ef). Upraszać pojednanie dla świata, dla zwaśnionych narodów, ludów, a nade wszystko dla ludzkich serc, rozbitych i zagubionych w sobie, między sobą, przed Bogiem – tak odczytałyśmy nasze zadanie, powołanie tu w Bornem. Jasno też pojęłyśmy, że aby być znakiem i narzędziem pojednania, trzeba nim żyć na co dzień, w przestrzeni własnego serca i wspólnoty…

Zdecydowałyśmy się na przyjazd dziewięcioosobową fundacyjną grupą dość wcześnie, gdy istniejący koszarowiec miał odremontowany zaledwie parter i piętro. Budowanie klasztoru i wspólnoty splatało się w jedno. Wyzwania prowokowane przez spartańskie warunki i liczne niewygody tworzyły swoisty poligon. Czasem był urokliwy, ubogi i cichy jak kilometry wrzosowisk na pobliskich poligonach, a innymi razy wymagał wielu zmagań i wyrzeczeń… Drzwi długo jeszcze zamykane na skobel, przed nimi leżący na cegle dzwonek przyciskał kartkę z napisem – „jesteśmy na rekreacji w lesie, prosimy dzwonić”… i lata, lata całe warkotu betoniarek, wiertarek, młotów itp. A przy tym od pierwszego dnia proste karmelitańskie życie, godzina po godzinie, dzień po dniu wydawane Temu, który nas tu zgromadził, byśmy były znakiem i narzędziem Jego Miłości, Nadziei i Pojednania.